niedziela, 22 sierpnia 2010

Wolny weekend

Morza szum, ptakow skrzek, coraz wieksza plaza powiekszajaca sie pod wplywem odplywu Morza Polnocnego, slonce co prawda nie prazy, a my na plazy. Tak bylo wczoraj. Nie wiem, czy to nadmiar atrakcji w ostatnim miesiacu, czy brak Philippa, ktory od tygodni wakacjuje i ja pracuje za dwoch stresujac sie nieco (a co gorsza, wraz ze zmiana wierchuszki od pierwszego nasz doskonaly tandem zostaje zastapiony jakims obcym trojkatem i nikt nie wie, co z nami bedzie), grunt, ze w Domburgu padlam w sam srodek burzy piaskowej i wyjatkowo bez trudu przelezalam pare godzin w pozycji horyzontalnej, bowiem usnelam snem sprawiedliwego (z reguly po kilkudziesieciu minutach zaczyna mnie nosic, a tu wytrwalam kolo 4 godzin przerzucajac sie na komende znajomych z brzuszka na plecki i odwrotnie). Zreszta przez ta brukselska deszczowa pogode cala kanadyjska opalenizne diabli wzieli i musialam sie wziac do roboty, zeby na nowo wygladac zdrowo i promiennie. Aktualnie znowu jestem jak Indianka z dziada pradziada - czerwona od stop do glow (choc doprawdy nie moge zrozumiec, jak promienie sloneczne mogly sie przebic przez gruba wartwe chmur i piachu, ktory mialam na skorze), ale zakladam, ze byla to ostatnia okazja sie spiec w tym sezonie, wiec wszelkie dolegliwosci przyjmuje dzielnie i z godnoscia. No i w sumie fajnie bylo!

Na mile zakonczenie dnia pojechalismy jeszcze do mojego ukochanego Middelburga, w ktorym spedzilam kawal zimy 2004 i choc atmosfera w pracy byla ciezka jak gradowa chmura, miasto zawsze bedzie mi sie kojarzyc ze spacerkami po kolacji, wycieczkami w weekendy i wielka przygoda. Co prawda przypominaja mi sie tez codzinne zupki z papierka i moja reakcja na cene piwa (jak to punkt widzenia zmienia sie z punktem siedzenia - teraz kupno Heinekena przestalo zupelnie wywolywac we mnie jakie jakiekolwiek wyrzuty sumienia). Niestety w knajpie przetrzymali nas prawie 2 godziny i juz nie bylo czasu przejsc sie po miescie, ale za to zakupilam oryginalne stroopwafle, wiec i tak warto bylo sie tam zatrzymac.

Dzis natomiast po paru tygodniach przerwy wrocilam do nadrabiania zaleglosci kinowych. Na pierwszy ogien padl film 'Salt' z naszym rodzimym Olbrychskim i nieco bardziej egzotyczna Angelina Joli, ktora doskonale wypadla w roli Rosjanki.

A skoro juz mowa o Rosji - trwaja prace nad wyrobieniem wizy do Moskwy. Juz z ta amerykanska bylo mniej zachodu i do tego przyznawali prawo wjazdu od razu na 10 lat, a nie na glupie 4 dni!!! Tutaj bujalam sie mejlowo z rosyjskim hotelem o vouchery (choc musze przyznac, ze sa bardzo sprawni i szybcy w reakcjach), przycinamy fotki i wyszukujemy zaswiadczenia o ubezpieczeniu. No i ta cyrylica. Kolezanka przyslala linka do artykulu o rzekomej prognozie cieplej jesieni za Bugiem w ichnich znaczkach (ja bukwy pamietam, ale ich skladanie w calosc trwa u mnie wieki) i bylam super happy, jak na pierwszy rzut oka, bez zbednego kombinowania przeczytalam бабье лето, czyli ni mniej ni wiecej a 'babie lato' (choc to akurat nie bylo za bardzo skomplikowane ;-).

Babie lato, po tak brzydkim sierpniu, wszystkim nam by wyszlo na zdrowie!

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Slonce przebijalo sie przez chmury tylko ten moment niestety przespalas;-)
Brukselka