czwartek, 31 grudnia 2009

Do siego roku!

Od polnocy jestem juz BXLi, sprzatam zawziecie i szykuje sie na przyjscie gosci, z ktorymi powitam Nowy Rok. A w miedzyczasie slucham Trojki przez internet, skad sie w koncu dowiedzialam, co oznacza wciaz powtarzane stwierdzenie 'Do siego roku'. 'Si' znaczy 'ten' i dawno temu w wigilie Bozego Narodzenia lamiac sie oplatkiem zyczono sobie 'Do siego roku', co znaczylo mniej wiecej 'doczekajmy tego roku, ktory nadejdzie'. Skladanie wiec takich zyczen w Sylwestra, kiedy do konca zostalo pare godzin, nie ma wiekszego sensu.

A zatem do roku 2011! Oby si/ten rok 2010, ktory nadchodzi, mijal nam w zdrowiu! By obfitowal w wiele pozytywnych wydarzen (zebym pozniej miala co opisywac ;-)! Bysmy go przezyli z usmiechem, optymizmem i w doskonalym towarzystwie! By sie spelnialy nasze plany i marzenia, a takze bysmy wciaz tworzyli kolejne!

Najlepszego!

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Swieta swieta...

... i po swietach.

Moj zoladek przezywal katusze, bo ciezko mi bylo sobie odmowic pysznego jedzenia - bigosu, ryb czy ciast, ale wyszlam z tego starcia zwyciesko (tylko po kazdym wiekszym posilku musialam odpoczywac i wiazac sadelko ;-).

Z ciekawostek - kuzynka sie przyznala, ze nasza rodzina sie powiekszy...

...a pod choinka znalezlismy zajaczka wielkanocnego ;-)


Okazalo sie rowniez, ze nasz chor ma spora konkurencje - dzis od znajomych dostalam plyte z koledami, do ktorych sami napisali slowa i skomponowali muzyke!!! Choc z drugiej strony moze to dla nas byc doskonale wyzwanie na kolejne lata... Nie wiadomo przeciez kto wyrosnie z maluchow, ktore przy nas debiutowaly ;-)

Jeszcze tylko ostatnie spotkania i lece do BXLi. Wtedy bedzie czas na kolejne wpisy.

wtorek, 22 grudnia 2009

Radosnych Swiat



Zdrowych rodzinnych swiat,
z zapachem choinki, koledami
oraz masa pysznego jedzenia,
ktore raduje podniebienie i nie szkodzi zoladkowi


wszystkim czytelnikom

zyczy

Wieczorynka



piątek, 18 grudnia 2009

Narnia cd

Tak bylo zaraz po swicie, czyli ok. 8.30

W ciagu dnia snieg moge podziwiac tylko przez okno

Jedno albo drugie (trzecie, posrodku, zaslania mi slup i coraz wieksza juka)

A biegacze biegaja ;-) I to w krotkich spodenkach.
Zimny chow skautow nie idzie na marne.



My w czasie lunchu dzis koncertowalismy i zbieralismy zabawki dla chorych dzieci w szpitalach. W repertuarze, jak rok temu, mielismy koledy po francusku (Il est né le divin Enfant!), wlosku (Tu scendi dalle stelle), niemiecku, niderlandzku, angielsku i hiszpansku (po jednej zwrotce Cichej nocy), lacinie (Adeste fideles) i po polsku. Aby jeszcze uatrakcyjnic nasz wystep, dodalismy Va pensiero z 'Nabucco' oraz hity z 'West Side Story' - I want to be in America i Maria (smiejemy sie, ze Ci mniej zorientowani moga sobie pomyslec, ze to kolejna koleda ;-). Oba szlagiery zaspiewalismy na samym poczatku - wyszly fatalnie, a my stojac na schodach odgradzalismy wszystkim sluchaczom wyjscie, wiec musieli cierpliwie czekac na kolejne utwory. Pozniej moglo byc juz tylko lepiej i przy Przybiezeli do Betlejem osiagnelismy szczyt naszych mozliwosci i az bisowalismy na koniec.

Teraz juz jestem w domku, dopakowuje walizke i jutro lece na 12 dni do Polski. Tam tez jest snieg! I mroz!

PS Jest tylko jeden negatywny aspekt mojego wczesnego wyjazdu na Swieta. Ponoc Nowego Roku nie mozna zaczynac z dlugami... A to mnie czeka w styczniu...

Na szczescie to tylko archiwizacja i wypelnianie zaleglych tabelek, wiec dzis zamiast na pietrzace sie stosy teczek na biurku moglam od czasu do czasu bezkarnie zerkac za okno. Za dwa tygodnie po sniegu bedzie pewne tylko wspomnienie, a park Cinquantenaire znowu zacznie przypominac cmenatrz z rowno wytyczonymi alejkami, a nie Narnie. Tylko biegacze beda nadal chomikowac dokola ;-)

czwartek, 17 grudnia 2009

Jak w Narnii, czyli pierwszy snieg

Square Ambiorix


Za palma widac slady po sankach ;-)

Avenue Michel Ange (kiedys tu mieszkalam)


Parc Cinquantenaire

Niewazne czym sie przyjechalo. Odsniezac u nas trzeba nie tylko auta.

I belgijski balwanek. Lekko niechlujny i niedbajacy o wyglad.

Mala Moskwa


Zaczelo sie od lekcji niderlandzkiego, na ktorej ogladalismy film flamandzki Aanrijding In Moscou. Jest to jedna z najwyzej cenionych lokalnych... komedii romantycznych ;-) Akcja, wbrew nazwie, nie rozgrywa sie w Rosji, a w dzielnicy belgijskiego miasta Gent. 41letnia mezatka z trojka dzieci zakochuje sie w 29letnim kierowcy ciezarowki, ktorego poznaje dzieki stluczce samochodowej (aanrijding) na parkingu supermarketu. Przyznam szczerze, ze jest to dopiero drugi belgijski film jaki w zyciu widzialam (pierwszy to Loft) i swietnie sie oglada znajome sklepy (np. Colruyt, czyli odpowiednik naszej Biedronki), tutejszy urzad pocztowy, jedzona wciaz bloedworst (cos w rodzaju kaszanki, czy niemieckiej blutwurst) itp. Aktorzy mowili gwara, ale na szczescie puszczono nam napisy w oficjalnym niderlandzkim.

A teraz bylam w kinie na filmie Le Concert Radu Mihăileanu. Opowiada historie dyrektora orkiestry Bolszoj w epoce Brezniewa. Za wspolprace z zydowskimi muzykami zostaje zwolniony i przez 30 lat pracuje jako sprzatacz. Pewnego dnia wykrada zaproszenie, aby poprowadzic koncert w Paryzu w Théâtre du Châtelet, gromadzi swoich dawnych kolegow i razem wyruszaja do Francji udajac slynna orkiestre. Piekny film z poruszajacym wykonaniem koncertu skrzypcowego D-dur Op. 35 Piotra Czajkowskiego. Mozna go obejrzec jeszcze w BXLi, a z czasem na pewno wejdzie na duzy ekran w Polsce.
http://www.youtube.com/watch?v=h0UUrar3uGg

Jakos tak duzo tych wschodnich klimatow sie wkolo mnie zrobilo - w Kolonii bylam w rosyjkim pubie, gdzie pilam drinka 'Smog nad Moskwa' ;-) Jeszcze troche, a sie zmotywuje do odswiezenia znajomosci rosyjskiego ;-)

środa, 16 grudnia 2009

Ja piernicze ;-)


Na niedzielne spotkanie zrobilam kolorowe pierniczki. Okazaly sie strzalem w dziesiatke i kolezanka mnie poprosila o przepis. Sciemniac sie nie dalo i musialam sie przyznac, ze trzeba isc do polskiego sklepu, kupic pudelko z napisem ‘Pierniczki’ dr Oetkera, do proszku dodac jajko i margaryne, wymieszac i zalaczona w komplecie foremka wyciac 60 ciasteczek, ktore po upieczeniu mozna wymyslnie ozdobic.

Wczoraj z chorzystami wymienialismy sie doswiaczeniami kulinarnymi. Kiedy opowiedzialam o moich wypiekach znajoma oswiadczyla, ze ma inny pomysl... Najpierw zartowalismy, ze idziemy do lokalnego sklepu, kupujemy mieszanke ‘Les Vieux Pierniki’ dr Oetkera i dodajemy l'œuf i du beurre. Et voilà ;-)

Ale sie okazalo, ze jej przepis jest prawdziwy i sprawdzony:

Składniki
 50g Margaryny
 200g Miodu
 200g Cukru
 450g Mąki pszennej
 1 Jajko
 40g Kakao
 1 Łyżeczka proszku do pieczenia
 Przyprawa do pierników
 Lukier do dekoracji

Opis przygotowania
Miód, cukier i margarynę rozpuść z łyżką wody. Dodaj przyprawę do pierników. Całość zagotuj, a następnie ostudź. Mąkę wymieszaj z kakao i proszkiem do pieczenia, dodaj jajko i masę. Składniki zagnieć na elastyczne ciasto, posyp mąką i zawiń w folię aluminiową. Odstaw do lodówki na kilka dni. Po tym czasie wyjmij ciasto z lodówki, a następnie rozwałkuj je na placek grubości 5 mm, w którym foremkami wycinaj pierniczki. Piecz je 10 – 15 minut w temperaturze 190 C. Ostudzone pierniczki dekoruj lukrem
.

A jesli chcemy je powiesic na choince, to najlepiej zaraz po wyciagnieciu z piekarnika robic dziurki slomka, poki pierniczki sa jeszcze cieple i miekkie.

Ten przepis ma sie pojawic w najblizszym numerze gazetki dla polskich dzieci w Belgii – ‘Co w trawie piszczy’.

A zatem pierniczmy! I niech nam idzie na zdrowie!

PS Ponoc nie mozna ich piec zbyt dlugo, bo beda miec gorzki posmak. Nalezy zatem uwazac, zeby ich nie spierniczyc ;-)

Zimno


Park Cinquantenaire / Jubelpark, dzis, godzina 13.50

Zimno, szron na trawniku, a biegacze biegaja...

wtorek, 15 grudnia 2009

Karuzela niekoniecznie z madonnami

Jarmark swiateczny jest tez w Brukseli. Slabszy niz w Kolonii, ale ma cos, czego nie znajdzie sie w zadnym innym miescie. Wspaniale karuzele! Nie takie tradycyjne jak z wiersza Bialoszewskiego, ale fantazyjna wizje artysty niczym z pokreconego snu. I do tego z lekko psychodeliczna muzyka. To co rok moj ulubiony punkt programu.

W poniedzialek nie bylo wiele dzieci chetnych na przejazdzke. Madonn tym bardziej. Ale za to udalo mi sie zrobic kilka zdjec.

Pierwsza karuzela znajduje sie posrodku placu miedzy Quai aux Briques a Quai au Bois à Brûler











Druga (moim zdaniem jeszcze lepsza) jest na Placu sw.Katarzyny (tuz pod kosciolem)





Oprocz karuzeli sa oczywiscie stragany i lodowisko







A Bialoszewskiego w wykonaniu Ewy Demarczyk w sumie tez warto wspomniec. Dla kontrastu.
http://sciagaj.org/JZOPr/ewa-demarczyk-karuzela-z-madonnami-mp3/

niedziela, 13 grudnia 2009

Debiut

Ukazala sie wlasnie nasza debiutancka plyta!!!





Dziwnie sie slucha samej siebie i na poczatku mialam troche mieszane uczucia, ale pozniej zauwazylam, ze wszelkie niedociagniecia nadrabiamy ogromnym entuzjazmem i w sumie wyszlo nam bardzo bardzo radosne nagranie. A jak sobie jeszcze przypomne ten ziab w kosciele w lutym, to mysle, ze odwalilismy kawalek dobrej roboty.

Plyta do nabycia po polskich mszach w kosciele oo.Dominikanow w Brukseli. A do nas mozna sie zglaszac po autografy ;-)

PS Nasz chor mozna tez znalezc na youtube ;-) To przyklad: http://www.youtube.com/watch?v=1aUU8Leq6UY

Czeski film

Czasem zastanawiam sie, jak wyglada zycie codzienne profesjonalnego artysty - aktora czy muzyka. Jakos nie moge sobie wyobrazic, ze czlowiek, ktory przez pare godzin przezywa tak silne emocje, wraca potem do domu jakby nigdy nic. Np. taki Sztur czy Cielecka, ktorych tydzien temu widzialam w bardzo ekspresyjnych rolach w (A)polonii Warlikowskiego - czy jest mozliwe, ze po tak trudnym przedstawieniu poszli razem np.na belgijskie piwo do knajpy? Bo to co dla mnie jest wielkim wydarzeniem, dla nich staje sie codziennoscia. Albo np. mi na probie teatralnej duzo czasu zajmuje wejscie w role zimnej, zdystansowanej, cynicznej wdowy - profesjonalistom tez czesto zdarza sie grac role sprzeczna z ich charakterem - jak oni to robia, ze na zawolanie zapominaja o niezrobionych zakupach, obowiazkach domowych, codziennych klopotach i kreuja jakas zupelnie nowa postac.

Wczoraj mielismy koncert z Czechami. Przebralam sie, nawet zrobilam makijaz i godzine przez wystepem stawilam sie u kolezanki, z ktora mialam jechac. Ona jeszcze sie szykowala, ale i tak czekalismy na reszte. Po kilku minutach przyszedl skrzypek i jak nas zobaczyl w bialych bluzkach, to mocno sie zdziwil, bo myslal, ze to ma byc tylko proba przed wtorkowym spiewaniem w Reprezentacji. Byl ubrany jak na codzien, nie wzial nut i nic nie przygotowal. Pozyczyl koszule od kolegi, ktory nas wyprawial w droge i ruszylismy. Pare razy sie gubilismy, na 5 minut przed rozpoczeciem koncertu bylismy pod kosciolem, ale... nie tym co trzeba. Uznalismy jednak, ze nikt nie zacznie bez nas, czyli 3 sopranow, 1 altu i skrzypka ;-) W lekkiej panice dzwonilismy do reszty chorzystow (z ktorych czesc miala juz wylaczone komorki) z pytaniem, gdzie u licha mamy sie stawic. Na szczescie bylo to tylko dwa kilometry dalej i do kosciola wpadlismy o 18.05, akurat jak sie wszystko zaczynalo. Na piewszy ogien poszli Czesi, wiec mielismy kilka minut, zeby zarzucic chusty i wyciagnac nuty, ale o rozspiewaniu sie nie bylo juz mowy. Skrzypek jeszcze zapowiedzial, ze nie zagra, bo jest za zimno i boi sie, ze cos sie moze stac instrumentowi (wlasnie go wymienil na bardzo drogi i dobry jakosciowo). Nasza dyrygentka zrozumiala, ze nie moze grac na poczatku, ale pozniej sprzet sie przyzwyczai do temperatury i...zapowiedziala elegancko goscinnego muzyka, wiec nie bylo wyjscia i napredce musial na oczach wszystkich wyciagac skrzyce i tworzyc na poczekaniu wstepy do koled. My w tym kosciele jeszcze nigdy nie spiewalismy, nie znalismy akustyki i ciezko nam bylo sie uslyszec, ale nadrabialismy usmiechem. W porownaniu z profesjonalnymi sztywnymi Czechami nasz spiew to czysty folklor, barwny wyglad i duzo glosnych koled z Podhala. Nasz honor zostal uratowany. A wrecz wszystkim bardzo sie podobalo, bo stanowilismy przeciwwage i ciekawa przeciwwage dla doskonale przygotowanych gospodarzy ;-)

Na koniec bylo wspolne wykonanie paru koled, podczas ktorych emocje juz nam zupelnie opadly, bo jak tu sie nie rozluznic spiewajac po slowacku:

Tichá noc, svätá noc!
Všetko spí, všetko sní,
sám len svätý bdie dôverný pár,
stráži Dieťatko, nebeský dar.
Sladký Ježiško spí, sní,
nebesky ticho spí, sní.

czy po czesku:

Tichá noc, svatá noc!
Jala lid v blahý klid.
Dvé jen srdcí tu v Betlémě bdí,
hvězdy při svitu u jeslí dlí,
v nichž malé děťátko spí,
v nichž malé děťátko spí!

Skrzypek przyznal, ze bral juz udzial w przeroznych wystepach, ale takiego spontanu, jak zyje nie widzial. A nam udalo sie zebrac sporo datkow na cele charytatywne i jakis obcokrajowiec kupil nasza plyte. Tylko czemu caly czas mielismy wrazenie, ze gramy w czeskim filmie...

piątek, 11 grudnia 2009

Theo, jedziemy do Lodzi

Z urodzenia jestem lodzianka. Jednak bardziej czuje sie justynowianka, choc do Lodzi dojezdzalam przez 12 lat do szkoly i pracy. Mimo to teraz, kiedy organizowane sa jakies uroczystosci w BXLi, czasem zalapuje sie na liste zaproszonych gosci.

Wczoraj mialam przyjemnosc wziac udzial lodzkiej wigilii, zorganizowanej dla 300 osob w pieknej sali Concert Noble. Byly koledy w wykonaniu zespolu Vivid Singers i sopranistki Aleksandry Zamojskiej, catering zapewniony przez restauracje braci Zielinskich, a kiedy podniosla atmosfera przy coraz bardziej pelnych zoladkach zaczela siadac, puszczono najnowszy spot reklamujacy Lodz, ktory zdobyl druga nagrode w kategorii 'Turystyka miejska' na Miedzynarodowych Targach Turystycznych w Berlinie w tym roku. Do dzis usmiecham sie na wspomnienie tego filmiku.

Na poczatek pare slow wyjasnienia. Lodz czasem okresla sie jako miasto czterech kultur. Do drugiej wojny swiatowej razem zyli tu Polacy, Niemcy, Zydzi i Rosjanie. Powszechna wsrod nich byla krytyka wiejskiego zycia i pochwala dla nowoczesnej rozwijajacej sie metropolii.

Najpierw Zydzi stworzyli lekka zabawna piosenke wyrazajaca ich tesknote za zabawa i zyciem w miescie: Itzek, komm mit nach Lodz... (Itzek, chodz ze mna do Lodzi). W 1974 roku przerobiona wersje Theo, wir fahr'n nach Lodz zaspiewala niemiecka piosenkarka greckiego pochodzenia Vicky Leandros i utwor natychmiast stal sie hitem numer jeden za nasza zachodnia granica.

Niedawno pomysl ten wykorzystano tworzac swietny spot reklamowy:

http://www.youtube.com/watch?v=k5BpmTnEXS0

Powiem szczerze, ze na mnie filmik robi bardzo pozytywne wrazenie. Az nie dowierzam, w jakim ciekawym i barwnym miescie sie urodzilam ;-)

Piosenka jest spiewana po niemiecku, ale udalo mi sie znalezc jej oficjalne tlumaczenie (choc mocno przeklamane, np. Theo w oryginale to amant, a nie kon):

Theo, do Łodzi - wio!
Theo, do Łodzi - wio!
Dość mam już wsi, tych krów i kóz,
Do Łodzi, Theo, ciągnij wóz,
Theo, do Łodzi - wio!

Theo, do Łodzi - wio!
Theo, do Łodzi - wio!
Tam każdy na pieniądzach śpi,
Tam służba mu otwiera drzwi,
Theo, do Łodzi - wio!

Kupię sobie bank,
I piękny frak,
Powóz będę mieć
I kawior jeść,
Szampana co dzień pić
Wśród eleganckich dam
W Łodzi będę żyć
Jak wielki pan!

Theo, do Łodzi - wio!
Theo, do Łodzi - wio!
Nie będzie cię tam pytać nikt,
Czyś Polak, Ruski, Szwab czy Żyd,
Theo, do Łodzi - wio!

Tam mam milion szans,
Tam płynie sznaps,
To nie to, co wieś -,
Ja wieś mam gdzieś,
Miniemy tylko Zgierz
I będę lodzermensch,
Nie kręć, Theo, łbem -
Ja lepiej wiem!

Theo, do Łodzi - wio!
Theo, do Łodzi - wio!
Jedźmy w kominów łódzkich las,
Żyje się, Theo, tylko raz,
Theo, do Łodzi - wio!

Tam spotkam miłość,
Zbuduję dom,
Było nie było -
Koniec z tą wsią,
Theo, do Łodzi - wio!
Theo, do Łodzi - wio!
Koniku, przejdź no w dziarski kłus,
Nadziei wieziesz pełen wóz,
Theo, do Łodzi! Wio!!!


Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź

I mimo powszechnego marudzenia na temat marnotrawstwa pieniedzy podatnikow, musze przyznac, ze jesli chodzi o promocje miasta, Lodz jest faktycznie w czolowce. Aktualnie startuje w konkursie o tytul Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

Inne wojewodztwa zorganizowaly mniej wystawne spotkania oplatkowe, choc ich plusem jest wieksza nieformalnosc i przyjazna atmosfera. U Wielkopolan i w Pomorskim spiewalismy my (ja akurat sie wymigalam, ale reprezentacja choru byla). W przyszlym tygodniu jeszcze koncertujemy na wigilii ogolnopolskiej.

Z kolei w pracy mielismy huczna miedzynarodowa impreze pod haslem przewodnim... cyrk (nie poszlam, wiec pozostawie to bez komentarza).

PS1 Na Wikipedii znalazlam informacje, ze tytułowa "Lodz" to dla wielu Niemców wciąż jeszcze synonim nieistniejącego miasta wiecznej szczęśliwości i zabawy. Ciągle tylko nieliczni z nich wiedzą, że Łódź istnieje naprawdę i jest całkiem blisko - w sąsiedniej Polsce. Hmmm. Nie weryfikowalam tej informacji wsrod znajomych Niemcow, ale do pewnego stopnia jestem w stanie to uwierzyc.

PS2 Znajoma sie przyznala, ze nasz wspolny kolega ja podpytywal, czy juz wrocilam do Brukseli i czy moze zorganizowac jakies wyjscie z tej okazji. Stanowczo wybila mu to z glowy tlumaczac, ze przede wszystkim nalezy wymyslic sposob, jak mnie zatrzymac w domu. Podobno ma sie do mnie zgloscic na wspolna nauke gry na pianinie ;-)

środa, 9 grudnia 2009

Opowiesc chasydzka

Przepisalam z fejsbuka od znajomej:

Stary rabin spotyka mlodego. Nie widzieli sie lata. Pyta: Co zrobiles ze swoim zyciem? Mlody chwali sie zona, dziecmi, dobra gmina przy synagodze. Stary przerwal: Nie pytalem, co dla ciebie zrobil Bog, pytalem co ty zrobiles, aby swiat byl troche lepszy...

Dom dzienny, dom nocny

Robie wiele rzeczy rownoczesnie - wtedy czuje sie tak, jakbym prowadzila wielka orkiestre. Tutaj mocza sie firanki, a tam juz nagrzewa zelazko, i obok, w cieple zelazka kragle jabluszka czekaja na dokonczenie obierania, zwisaja piekne, pachnace serpentynki lupin. A ja w tym czasie porzadkuje szuflade z nicmi i guzkami, i gotuje sie wrzatek, bo zaraz bede parzyla kure na rosol. Kazda czynnosc posuwa sie o jeden ruch, o jedna sekwencje: skacze z jednej do drugiej, staram sie nigdy nie powtarzac kolejnosci, staram sie sama siebie zaskoczyc, unosic sie lekko nad ziemia i tylko muskac kazda czynnosc. W gruncie rzeczy wierze, ze wszystko robi sie samo, a czlowiek musi tylko malym palcem popychac swiat do przodu; on juz sam wie, co ma byc.

'Dom dzienny, dom nocny' Olga Tokarczuk

Dzis mam wlasnie taki dzien - szybko konczylam zalegle rzeczy w pracy, zrobilam zakupy, pranie, w miedzyczasie rozmawialam z kolezanka, ktora przez telefon domowy sprawdza, czy jestem u siebie i odpoczywam ;-), troche ogarnelam mieszkanie, teraz mam chwile na bloga i facebooka, pogadam z rodzicami przez skypa, pozniej czeka mnie jeszcze prasowanie i jak zdaze, to zaczne wypisywac kartki z zyczeniami.

A na gwiazdke zrobilam juz sobie prezent i zamowilam najnowsza ksiazke autorki: Prowadź swój pług przez kości umarłych. Przesylka z ksiegarni wkrotce bedzie nadana, w sam raz zeby zdazyc na moj przyjazd.

W gronie Epsow rozgorzala niedawno dyskusja, ktore polskie ksiazki najlepiej sie nadaja na prezent dla cudzoziemcow. Najbardziej polecany byl Kapuscinski, ktory ma dodatkowa zalete, ze jest doskonala lektura rowniez dla osob niespecjalnie zainteresowanych naszym krajem. Na drugim miejscu jest wlasnie tlumaczona na rozne jezyki Olga Tokarczuk, Stasiuk, Lem, 'Madame' Libery, 'Wojna polsko-ruska' Maslowskiej w wersji francuskiej, czy... Chmielewska (np. Vse krasnoe Hmelevskaia I. jest dostepna na amazonie).

W sam raz na te pol roku mroku, ktore teraz mamy. Do wiosny i wycieczek jeszcze pare miesiecy.

niedziela, 6 grudnia 2009

Kolorowe jarmarki

Pamietam moje zdziwienie, jak dotarlo do mnie, ze jarmark, jak sama nazwa wskazuje (niem. Jahrmarkt) odbywa sie tylko raz do roku. I co rok, na poczatku grudnia, w duzych miastach, rozstawiane sa stragany i zaczyna sie tradycyjny jarmark swiateczny. Handluje sie ozdobami, rekodzielem czy wyrobami kulinarnymi (pieczonymi kasztanami, plackami, goframi czy grzanym winem, czyli niemieckim Glühwein'em).

Jeden z najwiekszych Weihnachtsmarkt'ow odbywa sie w Kolonii. A ze od ponad roku mam tam kuzyna, postanowilam w koncu skorzystac z propozycji odwiedzin i przy okazji wczuc sie w atmosfere swiat. Bilet na pociag kupilam juz pare tygodni temu, teraz uznalam, ze ten wyjazd jest moze dobra okazja, zeby skonczyc rozczulac sie i skakac nad soba, i pojechalam. I faktycznie. Dzis stwierdzam, ze ozdrowialam ;-)

Tu kilka fotek z kolonskich straganow:









Tym razem katedre kolonska zobaczylam wewnatrz, ale tylko przy wejsciu, bo przy dwoch probach zwiedzenia obiektu zawsze trafialam na msze (bede miala powod, zeby kiedys pojechac tam jeszcze raz). Przechodzilam tez obok filharmonii, ktora znajduje sie pod placem przy rzece i w czasie trwania koncertu stoi ochrona i pilnuje, zeby na niego nie wchodzic ;-) No i bylam w muzeum czekolady i teraz mam okazje wyprobowac wyrob o smaku selerowym, makowym czy szampanskim ;-)

A i spotkanie rodzinne z kuzynostwem wypadlo nader pomyslnie i sympatycznie. Ciag dalszy wizyt za dwa tygodnie...

środa, 2 grudnia 2009

Domowo i przedswiatecznie


Rozmawialam dzis z kolezanka, ktora przez ostatni miesiac dbala o kwiatki w moim mieszkaniu. We wrzesniu, wraz ze swoim swiezo upieczonym mezem spedzila u mnie drugi tydzien miesiaca miodowego i przyznala, ze jak teraz weszla i usiadla na sofie, to tak jej sie nostalgicznie i milo zrobilo. Zapewnila mnie tez, ze jakby byla potrzeba, to ona chetnie moze mi w przyszlosci tego domostwa pilnowac. Bedzie miala okazje sobie powspominac. A ze niedawno doszlam do wniosku, ze kredytu hipotecznego w Belgii nie mam szansy dostac, to pewnie dlugo sie nie wyprowadze i na moich 50 metrach jeszcze niejedne epsie dzieci sie beda chowac ;-) A potem nabede praw przez zasiedzenie ;-)

Teraz co prawda swieta za pasem, a ja zamiast wszechobecnych w sklepach gwiazd betlejemskich mam na stole mini Keukenhof w postaci 20 dorodnych tulipanow w pelni kwitnienia. Zamiast piernikiem, pachnie szarlotka (choc to okreslenie mocno na wyrost, bo zapiekam tylko stare jablka w ciescie). Za oknem deszcz i plucha, a z glosnikow plynie zimowa muzyka z ostatniej plyty Stinga If On A Winter's Night (kupilam niedawno i slucham na okraglo - rewelacja!!!).

Najbardziej podoba mi sie Soul Cake - nie do konca jest bozonarodzeniowa, bo male okragle ciasteczka duszy (soul cakes) z przyprawami, rodzynkami i owocami piecze sie na Wszystkich Swietych. Zwyczaj narodzil sie na Wyspach Brytyjskich w sredniowieczu - Anglicy i Irlandczycy wierzyli, ze kazde zjedzone ciastko to jedna dusza uwolniona z czyscca. Dzieci i zebracy chodzili od domu do domu i za ciastka/wino spiewali:

Soul Cake, soul cake, please good missus, a soul cake.
An apple, a pear, a plum, or a cherry, anything good thing to make us all merry.
One for Peter, two for Paul, & three for Him who made us all.


Dzis wszystko sie skomercjalizowalo i zamiast 'souling' jest zwyczaj 'trick or treat', czyli psikus albo cukierek/pieniazek. Za to w piosence u Stinga w tle przez moment przewija sie fragment jednej z najpopularniejszych koled angielskojezycznych God Rest Ye, Merry Gentlemen. Majstersztyk.

Swietna jest tez Balulaow. To brytyjska kolysanka dla malego Jezusa. Doskonale sie komponowala z porywistym wiatrem za oknem w niedziele. Az ciarki przechodza.

Oh my dear heart young Jesus sweet
Prepare thy cradle in my spirit
And I shall rock thee to my heart
And never more from thee depart
And I shall praise thee ever more
With songes sweet unto thy glore
The knees of my heart shall I bow
And sing that right balulalow

Na koniec jeszcze trzeci link, o tym jak tworzono plyte: http://www.youtube.com/watch?v=gFAleFnbRgw.

W tym roku nie bedzie koncertu bozonarodzeniowego w BOZARze. Zreszta moze i dobrze, bo przez nieobecnosci pewnie by mnie usuneli z listy chorzystow. Koledy spiewam tylko w pracy w czasie lunchu (dyrygent zdziwil sie, jak mnie zobaczyl w poniedzialek pierwszy raz na probie, ale repertuar znam z zeszlego roku, wiec nie zglaszal zadnych obiekcji); ludzi brakuje, a dzis juz rozeslano do wszystkich pracownikow informacje o naszych codziennych wystepach miedzy 14 a 18 grudnia polaczonych ze zbiorka zabawek dla dzieci w szpitalach (bedzie tez ulubione przez wszystkich pszypszepszeli do peplejem).

No i oczywiscie koncertujemy z polskim chorem. W niedziele odbyla sie inauguracja sezonu w Katedrze (ja wagarowalam) i lada dzien wyjdzie nasza plyta!!! Stinga nie przebijemy, ale i tak nie moge sie na nia doczekac ;-)

PS A nasz nastepny angaz jest u Czechow. Moze tym razem uda mi sie dolaczyc... I wersja francuskojezyczna:

wtorek, 1 grudnia 2009

Dzien swistaka

Powoli odzyskuje wiare w to, ze wszystko jest tak jak byc powinno. O 7.15 dzwoni mi budzik, sniadanko, spacerek. Szybko witam sie z Philippem, po czym w moim biurze na szostym pietrze cichutko zaczyna szumiec komputer i zaczyna sie kolejny dzien pracy.

Po godzinie lub troche pozniej przychodzi email o wszystko mowiacym temacie: 'Kawa teraz?' lub 'Lunch dzis?'. Ktos wpadnie zamienic kilka slow, czasem zadzwoni telefon, a poza tym dzibudziam moja robote - sprawdzam obliczenia, wypelniam kolejne tabelki, przerzucam setki papierow i szukam bledow i niescislosci, a nastepnie wzywam do siebie na dywanik lub sama wedruje osob, ktorych wypociny akurat sprawdzam.

Teraz jeszcze odwiedzin mam troche wiecej niz normalnie i zazwyczaj nikt nie okazuje az takiej radosci, ze mnie widzi, jak to ma miejsce w ostatnich dniach ;-) Kolega mi przykazal, ze jak bedzie trzeba cos ciezkiego podniesc/zaniesc, to mam go natychmiast wolac, ale najlepiej jakbym grzecznie siedziala przy biurku i szybciutko nadrabiala najpilniejsze zaleglosci.

Zreszta ja wczoraj rano pedzilam do pracy jak na skrzydlach, a na widok pracy, ktora mnie czeka, az mi sie oczy zasmialy. Koniec myslenia o badaniach i chorobach, czas sie zabrac za powazne rzeczy!

Zrobilam tylko wyjatek na przeprowadzenie blyskawicznego wywiadu wsrod znajomych na temat dobrego gastroenterologa i wychodzi na to, ze przed pierwsza wizyta bede musiala sobie przyswoic mnostwo francuskiego slownictwa, bo u poleconego lekarza z angielskim jest marnie. Ale kto powiedzial, ze bedzie latwo! Poszukam w wikipedii, zrobie sobie slowniczek i jakos sobie poradze.

Nie ma czasu sie umartwiac, trzeba dzialac ;-)


LEKARSTWO

Polski cyprys jalowiec
Lepszy kawaler niz wdowiec

Przeciez to nie do rzeczy
nie martw sie
bezsens tez leczy


2004
ks.Jan Twardowski

niedziela, 29 listopada 2009

Bilans


Od Puchatka Lakomczuszka
- miodzio dla chorego brzuszka ;-)


Plus dwa peki tulipanow dla wiosennego nastroju na koniec listopada.

Plus powitanie na lotnisku w Brukseli.

To bylo wczoraj. Dotarlam tam gdzie moje miejsce. Choc tylko na 3 tygodnie i lece do Polski na swieta.

Trudno bylo wrocic po miesiacu. Z jednej strony bardzo sie stesknilam za znajomymi i za praca, a z drugiej strony ostatnie tygodnie nie daja o sobie zapomniec. Do tego od nowa musze sie przyzwyczaic do mojego mieszkania (np.wciaz slysze przelatujace nad glowa samoloty, na ktore wczesniej nigdy nie zwracalam uwagi). Oprocz Epsek, Kubusia i kwiecia, czekal na mnie swiezutki, pachnacy i jeszcze cieply krupniczek (taki z warzywami, zeby nie bylo zlych skojarzen) plus kilka drobiazgow po gosciach z Wloch, ktorzy z polrocznym synkiem odwiedzili mnie na przelomie pazdziernika i listopada (wsrod pamiatek zostaly tez ich klucze od mieszkania ;-).

Jutro wracam do pracy ku chwale Europy.

Podczas 4 tygodni mojego zwolnienia:
- ratyfikowano traktat lizbonski
- wybrano prezydenta UE i wysokiego przedstawiciela ds.wspolnej polityki zagranicznej i bezpieczenstwa
- ogloszono nowy sklad Komisji Europejskiej

Dodatkowo:
- kolega, z ktorym bezposrednio wspolpracuje, juz mnie pocieszyl, ze nie ma duzo do zrobienia, tylko kilka najwiekszych, najgrubszych i najbardziej skomplikowanych teczek ;-)
- wyrzucono mnie z kursu francuskiego za nieobecnosci i mam straszne zaleglosci na niderlandzkim
- ominely mnie 2 wyjscia do teatru i seria wycieczek do muzeow, ktore organizowalam ze znajomymi w ramach dni otwartych w kazdy czwartek
- nie dotarlam na 30tke mojej znajomej w Amsterdamie
- nie spiewam na koncertach choranych

Plusy:
- pomieszkalam troche z rodzicami
- moglam miec zachcianki, ktore (wczesniej czy pozniej) byly spelniane: buleczki na sniadanko, pampuchy na obiadek, szarlotka czy swiezy sok z marchewek
- wyspalam sie za wszystkie czasy (choc wciaz spie jak susel)
- naogladalam sie polskich seriali do znudzenia

Podsumowujac:
Koszt leczenia w Polsce - ok. 4000 zl.
Cena dodatkowego biletu powrotnego do Brukseli - 400 zl.
Powitanie zgotowane przez Epski - bezcenne ;-)

piątek, 27 listopada 2009

Wieczorynka na tropie


Wczoraj wieczorem dzieki Pinki i Mozgowi odkrylam nowa swietna zabawe - geocaching, czyli poszukiwanie skarbow za pomoca GPSa. Uczestnicy w ciekawych miejscach ukrywaja gadzety i na podstawe informacji zamieszczonych w internecie (przede wszystkim wspolrzednych, ale rowniez historyjek, szyfrow, zagadek) pozostali delikwenci udaja sie na lowy. Od razu sprawdzilam polska strone http://opencaching.pl/, gdzie odnalazlam 2 miejsca w promieniu 2 km od mojego domu. A ze dzis jestem ostatni dzien w Polsce, nie bylo na co czekac i od razu z Tata wyruszylismy na poszukiwania.

Juz wczesniej wiedzialam, ze w galkowskim lesie 23 listopada 1914 w ciagu jednego dnia podczas bitwy o Lodz zginely tysiace zolnierzy. Głownie rosyjscy i niemieccy, ale nie brakowalo tez Polakow, wcielonych do armii zaborczych. Niedawno przy wejsciu do lasu postawiono kamien - pomnik z krzyzem katolickim i prawoslawnym, aby uczcic poleglych. Po krzyzach juz nie ma sladu, kamien wciaz tkwi na swoim miejscu. A 2 kilometry dalej znajduje sie cmentarz Sybirakow, ktory zostal zaznaczony na mapie geocaching pod haslem Operacja Lodzka. Musialam jeszcze rozszyfrowac podpowiedz - Orgbabjl geówaót - betonowy trojnog znalezlismy bez problemu, ale na miejscu spotkalismy robotnikow, ktorzy stawiali nowe ogrodzenie wokol cmentarza i prawdopodobnie ukryty skarb zostal przez nich przypadkowo usuniety. Trzeba bylo im wytlumaczyc, co z lopatka robimy przy slupkach, popatrzyli na nas z powatpiewaniem i zaznaczyli, ze oni nie maja czasu na takie glupoty. A ja musze przyznac, ze na tym cmentarzu jeszcze chyba nigdy nie bylam i w sumie mimo porazki tropicielskiej warto bylo sie tam wybrac (zwlaszcza, ze wlasnie minela 95 rocznica bitwy).




Drugi geocache ukryto nieopodal - nosi nazwe Bukowy Las. Las byl piekny, z bukow spadlo niedawno mnostwo lisci, skarbu nie odnalezlismy. Trzeba bedzie sprobowac ponownie, moze na wiosne ;-)

Zas na koniec zahaczylismy jeszcze o cmentarz ewangelicki znajdujacy sie obok naszego domu. Jak bylam w podstawowce, ta okolice calkowicie porastaly drzewa i krzaki i czasem sie zakladalismy, czy starczy nam odwagi, zeby tam pojsc (raz podczas biwaku harcerskiego zaprowadzono nas tam w srodku nocy). Kilka lat temu teren zostal wykarczowany i doprowadzony do porzadku przez jednego z mieszkancow Justynowa. Zrobiono to z duza fantazja i rozmachem, bo oprocz nagrobkow dawnych kolonistow z okolicy, mozna tam znalezc pomniki poswiecone... Slowackiemu, Mickiewiczowi i Norwidowi. Wyglada to tak:






Aktualnie mamy juz pomysly na ukrycie wlasnych skarbow, ale tym sie zajme najwczesniej za miesiac. Teraz musze pozegnac Justynow, las galkowski i zamieniam wiejski krajobraz...











...na planete Schuman. Jutro przybywam ;-)

PS1 Choc jak sobie poczytalam tablice informacyjne, zaczynam miec watpliwosci co do slusznosci powrotu do miasta (zdjecie ponizej, tak jak wszystkie inne, po kliknieciu mozna powiekszyc)

PS2 Belgijska wersja strony to http://www.geocaching.be/. Cos jest ukryte nawet przy Berlaymoncie ;-)