piątek, 24 grudnia 2010

Niebieski Panie Dyrektorze...



Radosnych Swiat!!!

A pierniki niech nam nie mieszaja, tylko spokojnie wisza na choinkach












PS dopisany nieco pozniej
W naszym kosciele tegoroczna choinka rowniez jest ubrana ekologicznie - w owoce i ciasteczka. Po mszy wszystkie dzieci mogly do niej podejsc i wziac jedna z ozdob na pamiatke. Moja Mama udzielila mi pozwolenia, jako swojemu dziecku, ale spekalam ;-) Poprzestaje na swoich wyrobach.

wtorek, 21 grudnia 2010

Loteria swiateczna

Zaczelo sie od sniegu w niedziele. Sypnal z cala sila, ci, co wzieli pare dni urlopu, zeby spokojnie doleciec na swieta, utkneli w BXLi. Z Francji zaczeto sciagac plugi sniezne, a w poniedzialek wprowadzono zakaz wjazdu dla TIRow na autostrady i glowne drogi w Belgii, zeby zaradzic na 700 km korkow (na tak male panstwo, to calkiem niezle osiagniecie). Wczoraj lotnisko Zaventem oglosilo, ze odwoluje wszystkie loty do srody rano (choc aura juz bardziej przyjazna) z powodu braku plynu do odmrazania samolotow, a zamowienie z Francji nie moglo dotrzec, bo przeciez sa ograniczenia dla samochodow ciezarowych. Ci co szybko zareagowali wczesnym wieczorem mieli szanse przebukowac lot na wigilie na klase biznes. Godzine pozniej byly juz miejsca tylko na 26 grudnia. W miedzyczasie plyn sie znalazl (jakies skrycie schowane zapasy), ale zabraklo samolotow, bo przewoznicy obawiajacy sie zablokowania ich maszyn w Brukseli odwolali loty do Belgii i nie mialo co z niej wyleciec (np.do Warszawy).

Dzis od rana rozpoczelo sie targowisko: kto kiedy leci, jedzie, zostaje, gdzie kupic karpia, matjasy, skad Swiety Mikolaj, renifery z napedem odrzutowym. Dzieci rycza, rodzice dra wlosy z glow, prawdziwie swiateczna goraczka.

Ja stwierdzilam, ze moje zmartwienia nic tu nie pomoga i poszlam na niderlandzki. Wiekszosc kursantow nie dojechala i przezorni lektorzy zebrali wszystkie grupy do kupy, podzielili nas na zespoly i zrobili quiz. Byl stol trzymajacych sie razem Walonow, francuskie towarzystwo wzajemnej adoracji, a ja zostalam liderka grupy odrzutow skladajacej sie ze mnie, Wloszki, Irlandczyka, Niemca i Francuza, ktorego sila oderwali od znajomych. I co? I to byla najlepsza mieszanka zawodnikow. Wygralismy z hukiem, wiwatami i wynikiem 22 punktow na 20 (sic!!!).

Nie znalismy tylko odpowiedzi na 3 pytania: jaki jest drink robiony z uzyciem skorek od pomaranczy (nie grzaniec, ale prawidlowej odpowiedzi nie pamietam), jak sie nazywa sredniowieczne nakrycie glowy dla kobiet na obrazie Memlinga (hennin) i czego nie ma Mona Lisa: brwi, zmarszczek czy naszyjnika (my strzelilismy ze zmarszczkami, chodzilo o brwi).




Za to wspolnymi silami wykombinowalismy, ze:


  • Artysta pochodzenia bulgarskiego, ktory zajmuje sie opakowywaniem budynkow to... Christo
  • Osoby z rudymi wlosami maja wieksza tendencje niz inni do… piegow
  • Biblijna rzeka i dzielnica w Amsterdamie o tej samiej nazwie to… Jordan
  • Potrawa, ktora spozywa rodzina na obrazie Van Gogha to… ziemniaki
  • Poeta/prozaik rosyjski, potomek czarnoskorego niewolnika i ulubieniec cara Piotra I to… Puszkin
  • Novgorod znaczy... nowe miasto
  • Wyspy w ksztalcie palmy wybudowano w... Dubaju (trzeba bylo podac panstwo, wiec zaryzykowalismy z VAE, bo zapisanie Verenigde Arabische Emiraten przekraczalo nasze umiejetnosci)
  • Najpiekniejszy plac w Europie to oczywiscie... Grote Markt
  • Najmniejsza belgisjka prowincja to... Vaals Brabant
  • Slynny belgijski kolarz to... Eddy Merckx
  • Izraelska transseksualna piosenkarka pop, laureatka Eurowizji w 1998 roku to… Dana International (nie moge wyjsc z podziwu, ze moi koledzy to wiedzieli)

Slowem roznorodnosc doswiadczen wyniesionych z krajow calej Europy kluczem do sukcesu. Inne grupy nie mialy nawet polowy odpowiedzi.

Wygralismy bombonierke z opakowaniem przypominajacym plik 100-eurowek, zawierajacy w srodku czekoladki w zlotku w ksztlacie 1 eur (z Niemiec, ale wyprodukowane w Amsterdamie).

Mam nadzieje, ze passa sie odwraca, koniec z pierniczeniem sie, czas na swiateczny kiermasz radosci i nastroju. Nawet moje spojowki odzyskuja powoli swoja sniezna barwe. Lece jutro z samego rana.

niedziela, 19 grudnia 2010

Popierniczylo sie

Nadal jestem uwieziona w domu, bo zle sie czuje, kaszle i choc snieg za oknem wyglada pieknie, doleczam sie w cieple domowego kaloryfera (bo ogniska sie u mnie nie doszuka). I zamiast pierniczyc na blogu, postanowilam tym razem popierniczyc w kuchni. Dla odmiany bez mieszanki Doktora Oetkera, a z maki, cukru i miodu okazalo sie, ze tez sie da stworzyc niezgorsze cudenka.

Reszta tez mi sie lawinowo pierniczy. Najpierw popsul mi sie aparat. Obiektyw sie wysunal, dostalam informacje o bledzie i w zaden sposob nie chce sie zamknac spowrotem. Do tego cos mi sie stalo z okiem, bo zapuchlo, wygladam jak bokser po przegranej walce (czyli jakby mi ktos przypierniczyl) i cos mi sie z niego packa (zakladam, ze gdyby to byla alergia na pierniki, to objelaby oba oka, a nie jedno). Na szczescie pod moim domem otwarto nowy polski sklep i na dosc pustych jeszcze polkach wynalazlam pudelko rumianku i robie sobie oklad za okladem. 

Wracajac zas do pierniczenia w pozytywnym tego slowa znaczeniu, dzis znajoma sprzedawala wyroby wlasnej roboty po niedzielnej mszy, a dochod ma byc przeznaczony na zakup ksiazek dla dzieci do przykoscielnej biblioteki. W piatek rozeslala nam kilka bardzo zachecajacych zdjec, ktore na mnie podzialaly tak, ze z zazdrosci sama sie wczoraj wzielam za wypiekanie. Najpierw jej osiagniecia:










Niestety bylam w gorszej sytuacji, bo primo: brakuje mi know-how'u, secudno: posiadam tylko jedna foremke w ksztalcie choinki, tertio: pod koniec widzialam wlasciwie na jedno oko. Ale na coz ma sie kreatywnosc i samozaparcie! Poszperalam w necie i w ksiazkach i postanowilam zaczerpnac pomysly od rodziny Borejkow z powiesci pani Musierowicz ;-)

Najpierw wyprobowany juz przeze mnie przepis:

1 kg mąki
350 g płynnego miodu
przyprawy do pierników
2 łyżeczki sody, 1 - kakao, 
2 jaja
350 g cukru
150 g masła,

Jezeli miod jest skrystalizowany, rozpuscic go na malym ogniu. Wymieszac 3/4 kg maki z soda, przyprawami i kakao. W garnuszku zbrazowic, mieszajac, 80 g cukru, zalac polowa szkanki wody, zmieszać i wlac tak powstaly karmel do maki. Dodac reszte cukru, roztrzepane jaja i maslo (ja je tez rozpuscilam). Zmieszac, zagniesc. Pozostale cwierc kilograma maki sluzy do podsypywania przy ugniataniu. Zagniecione do gladkosci, surowe ciasto wlozyc do lodowki (moze dojrzewac nawet tydzien). 

Po rozwalkowaniu ciasta, mozna z niego foremkami wycinac gwiazki i choinki, albo przylozyc dowolnego ksztaltu szablon wyciety z papieru i obrysowac go czubkiem ostrego noza (tak powstaly moje aniolki i serduszka). 

Piec 10 minut w temperaturze 180 stopni. 



To efekt (zdjecie zrobilam telefonem, ktory, odpukac!, wciaz dziala):


A to z make-up'em ;-)



Dzis pierniki legly juz w walizce. W srode 'spierniczamy' do Polski. 

PS A na przyszlosc, dowiedzialam sie, jak zapanowac nad lukrem, zeby zamiast jednej wielkiej plamy zrobic ladne kropki czy kreski. Otoz wlewamy go do zwyklej torebki foliowej, w ktorej robimy malenka dziurke. Wyprobuje nastepnym razem. Poki co moje wypieki maja dosc prymitywne wzornictwo. Za to sa bardzo smaczne (zabraklo mi pudelek i niektore egzemplarze zostawilam sobie na deser ;-). 

sobota, 18 grudnia 2010

czwartek, 16 grudnia 2010

„Kilowaty nie na straty”

Dzis w pracy udalo mi sie wymknac na lunch do kantyny (z tesknota, po niemal tygodniu jedzenia tego co sobie sama przyrzadzilam, czyli po 3 dniach kulebiaka, a trzech kolejnych z zupa jarzynowa). Tam zaskoczylo nas przycmione swiatlo i zaczelismy dywagacje, czy:


  • ciemnosc ma nas zniechecic do zagladania w talerze, bo w stolowkach lepiej czasem nie wiedziec co sie je, a smakuje i tak zwykle dosc podobnie
  • postanowiono wprowadzic swiateczny nastroj
  • zastosowano polityke oszczednosci elektrycznosci

I gdy wrocilam do domu i wlaczylam TV Polonie, tam akurat nadawano retransmisje koncertu z okazji 60tej rocznicy powstania Zrzeszenia Studentow Polskich. I natrafilam na taka piosenke:



Piosenka pozytywka elektryczna z elementami łagodnej perswazji

Słowa i muzyka: Stanisław Klawe

Obywatele, czy znacie poetę
rodem z Weimaru, nazwiskiem Goethe?
Ja znam, lecz sprawa zaczyna się gmatwać
gdy mam zrozumieć: „więcej światła”
Gdy tu tymczasem na łamach gazety
po prostu rym wyszedł spod pióra poety
(teraz już wiemy, dla kogo etaty):
„Kilowaty nie na straty”


Gaście światło, obywatele
Elektrownie czekają na prąd
Jasna przyszłość naszym jest celem
Lepiej będzie widoczna stąd


Tu pragnę wytknąć poecie Goethemu
niekonsekwencję w obrębie systemu
Gdyż słów rzuconych w euforii
niepomny, odszedł w mrok historii
Więc zamiast szukać w całym dziury
spróbujmy zaniechać klasyków lektury
Już czas się wziąć za współczesne cytaty:
„Kilowaty nie na straty”


Gaście światło, obywatele…


I jescze mała prośba na koniec
ponieważ mi się spieszy:
Zostawcie może światło zielone
na przejściu dla pieszych!

http://zsprn.home.pl/public/images/stories/Blog/Aktualnosci/60_LAT_ZSP_program.pdf

Zatem wcale nie jestesmy tacy innowacyjni z ta polityka energooszczednosci ;-)

„Kilowaty nie na straty”

środa, 15 grudnia 2010

Filozofowanie w wirtualu

Tak mi sie przypomnialo, ze jak sie przeziebilam, to mi znajoma poradzila, zebym zwolnila tempo i zostala filozofem. Dlugo nad tym myslalam, ale moje zastanawianie sie doprowadzalo mnie na manowce, bo na przyklad doszlam do smutnego wniosku, ze sobie wszyscy dobrze radza z moja nieobecnoscia i ze jestem latwo zastepowalna (to raczej w chorze, gdzie solowek zadnych nie mam i miec nie bede, bo w pracy w zwiazku z brakiem tak zwanego 'back-upa' jestem rzekomo niezbedna - przynajmniej az do transferu, ktorego mam pasc ofiara w przyszlym roku, czyli - ni mniej, ni wiecej - za 4 dni robocze, ktore mi do konca tego pozostaly). Na tym jednak moje przemyslenia skonczylam, bo nic z tego nie wynikalo, i zabralam sie do czynow (a o tym jest poprzedni wpis).

Kiedy po uzupelnieniu bloga i zjedzeniu obiadu polozylam sie na chwile i zasnelam przy Monteverdim, a obudzilam sie z kaszlem niczym suchoty Chopina, postanowilam zmienic klimat i po przejrzeniu zasobow mojej filmoteki wyciagnelam po raz kilkunasty spektakl teatralny 'Chlip-hop' z Magda Umer, Andrzejem Poniedzielskim i ich wirtualnym wirtuozem, czyli Wojciechem Borkowskim. Przedstawienie ma forme wymiany internetowej 'na lekkim czacie', podczas ktorej 'bibrzenie' tej trojki przeplatane jest piosenkami. No i duzo w tym filozofowania na temat naszych czasow. Dodajmy, ze bardzo trafnego. Bo na przyklad ja przez ostatnie dni przenioslam sie na skejpa, mejla i fejsbuka i choc wokol rozsiewalam zarazki i nie wystawialam nosa za drzwi, moje 'zycie towarzyskie' nie zamarlo (no przynajmniej 'po tej drugiej stronie'). Bohaterowie 'Chlip-hopu' potwierdzaja, ze internet to taka lepsza wersja domofonu - sterujemy nasza goscinnoscia, rozmawiamy, a mieszkania nam sie nie niszcza (a i sasiedzi zyja spokojnie, bo dzis nawet odwolalismy solfez w realu, skutkiem czego moge sobie siedziec i guglac do woli).

W necie oczywiscie placza sie fragmenty spektaklu i tu jeden z nich:




A na rozterki serca autorzy stosuja dorobek narodow smielszych uczuciowo i wychodzi im cos takiego:



Wniosek: zapatrujmy sie w przyrode, a nie w internet.

I ja, mimo regularnie prowadzonego bloga, sie pod tym podpisuje.

Jutro ze swiata wirtualnego wracam do rzeczywistego, ktory mnie od rana ta realnoscia zasypie jak snieg w Polsce i przydusi silniej niz kaszel stosem teczek do sprawdzenia.

Ci co chcieliby blizej poznac klimat chlip-hopu, a nie maja DVD ze spektaklem pod reka (brukselczykom moge go w swoim czasie uzyczyc) odsylam do wspanialego cieplego bloga:  http://chlip-hop.bloog.pl/. To generalnie spelnia moja potrzebe filozofowania...

Infekcja

Tydzien temu nawet nie przypuszczalam, ze az tak sie rozloze. Tymczasem dzis koncze 2.5 dniowe zwolnienie lekarskie i choc czuje sie juz lepiej, to tradycjnie dusze sie jak astmatyk. Nie dosc, ze wszystkie spiewy przeszly mi kolo nosa (pozostaje jedynie nikla szansa, ze w niedziele pojade ze schola do domu spokojnej starosci, ale nawet tego nie jestem pewna), to jeszcze stracilam wspaniale zapowiadajace sie przedstawienie o rosyjskich swietach.

Winowajaca prawdopodobnie jest zeszlotygodniowy wtorkowy koncert mlodych saksofonistow, gdzie w teatrze bylo zaskakujaco zimno, a ja ciarki, ktore mnie przechodzily, przypisywalam wrazeniom artystycznym, a nie rozpoczynajacej sie infekcji wirusowej. No i potem poszlo lawinowo i co dzien sypalam sie coraz bardziej.

Jedynym plusem tego mojego uwiezienia w domu jest fakt, ze wreszcie udalo mi sie przygotowac do wywolania zdjecia z ostatnich 12 miesiecy oraz zlozylam w calosc album z wojazy po Norwegii i Lazurowym Wybrzezu z 2009 roku (takie porobily mi sie zaleglosci!).

No i mialam wreszcie czas posluchac troche muzyki, ktora brzmi zupelnie inaczej jak w spokoju naloze sluchawki na uszy. Smiac mi sie chce, bo ze znajoma wszczelysmy sledztwo porownawcze, czy zachwalane nam 'Vespero Della Beata Virgine' i posiadane przez nas 'Vêpres de la Vierge' Monteverdiego maja ze soba cos wspolnego (okazalo sie, ze to jedno i to samo, tylko pierwsza nazwa jest po lacinie, a druga po francusku).

Do tego przeczytalam piekna opowiesc o 'Zlodziejce ksiazek' Marcusa Zusaka i teraz przerzucam sie miedzy 'Gra' Kosinskiego i 'Rock-mannem' Manna.

I obejrzalam pare zaleglych filmow. Przypadkiem sie zlozylo, ze o dwoch kompozytorach: Chopinie ('Pragnienie milosci' z Adamczykiem i Stenka - taki sobie) i Sainte Colombe ('Tous les matins du monde' na podstawie powiesci Pascala Quignarda pod tym samym tytulem w fajnym francuskim wydaniu z plyta, ksiazka - do ktorej wkrotce mam zamiar zajrzec - i broszurka opisujaca kontekst historyczny - film swietny, z bardzo oryginalna rola Depardieu - patrz ponizej).

No i gdyby nie bol gardla, katar, kaszel, ogolne rozbicie i poczucie utraconych przyjemnosci, to by bylo calkiem milo...


czwartek, 9 grudnia 2010

Hej Koleda

Trzeba miec pecha, zeby pierwszego dnia serii koncertow (praktycznie co dzien do wtorku wlacznie w roznych miejscach) sie... przeziebic!!! I to juz piaty raz w tym roku ;-( W domu zywie sie czosnkiem (w formie nie tylko zjadliwej, ale i smacznej z pomidorami i oliwa), w pracy popijam cieple mleko z miodem, odwolalam juz wszystko, co nie jest spiewaniem i wciaz mam cicha nadzieje, ze wydobrzeje. Gdyby nie gipex'y, to bym sobie serwowala jeszcze grzance (ostatnio podpatrzylam znajoma, jak je robi z wina z miodem, laskami cynamonu, listkami laurowymi, czarnym pieprzem i cytryna - efekt jest doskonaly), ale chyba nie bede przeginac z ta kuracja.

Pierwszy wystep z chorkiem w pracy udal nam sie nadspodziewanie dobrze, jak na nasz poziom przygotowania i najbardziej mnie zaskakiwali panowie nagrywajacy filmiki komorkami (az mi sie nie chce wierzyc, ze ktos to bedzie pozniej jeszcze ogladal). Z bolem gardla, zanim przejdzie na krtan, spiewa sie calkiem niezle. A i repertuar mielismy fajny. Sporo po angielsku (Glorious Kingdom, Good News), nic po francusku (!), 'Cicha Noc' w 4 jezykach, z polskich koled tradycyjnie wzbudzilismy zachwyt 'Przybiezeli do Betlejem'. Ponizej youtube'owe wersje moich trzech ulubionych kawalkow:

El noi de la mare (Katalonia)



O ce veste minunata (Rumunia)



Roshdectvo Christovo  (Bulgaria)

wtorek, 7 grudnia 2010

Prymitywisci (flamandzcy i nie tylko)

W zaden sposob nie moge pojac jak to malarstwo mozna nazywac prymitywizmem… W XV i XVI wieku w Niderlandach, ktore rozkwitaly i umacnialy swoja potege w handlu i tekstyliach, rozwinal sie nowy styl w malarstwie. Zamiast sztuki antycznej, ktora wowczas miala ogromny wplyw na Wlochow, tutaj baza byl gotycki realizm wystepujacy w rzezbie i malarstwie tablicowym i ksiazkowym.

W Brugii oprocz form z lodu mozna teraz obejrzec wystawe od Van Eyck'a do Dürer'a. Po lodowym szalenstwie i rozgrzewajacej czekoladzie z rumem (choc nadal tkwie w przekonaniu, ze dostalam raczej rum z czekolada), podzielilismy sie na podgrupy i skierowalismy sie ku sklepom, swiatecznym straganom czy muzeum (ja). No i w pierwszej sali stanelam jak wryta, bo za plecami uslyszalam dyskusje: 'Ja to bym chcial taki dywanik miec w domu', 'To pojedz ze mna kiedys do Turcji, mi tam ciagle takie wciskaja'. Odwracam sie, a tam spora grupa znajomych kontemplujaca po polsku pierwszy obraz Jana Van Eyck'a (ponizej jego fotka, ktora jest beznadziejnie marna w porownaniu z oryginalem). Po raz kolejny okazalo sie, ze gdzie sie nie ruszyc, tam nasi!


 



Ja sie troche oderwalam od reszty, pod koniec wystawy dogonil mnie znajomy z pytaniem, czy widzialam obraz zony Van Eyck'a.
- Tak.
- A widzialas babke, ktora wygladala zupelnie jak ona?
- Nie.
- Bo wiesz, ja to jej nawet powiedzialem, ze taka podobna. A ona sie zdenerwowala. No to tlumacze, na czym polega podobienstwo, ale nie bardzo chciala sluchac... Chyba pomyslala, ze ja o tych rogach mowie…

Dla zainteresowanych, Margareta van Eyck wygladala tak:


Chyba tez bym nie chciala, zeby mnie ktos do niej porownywal ;-) Choc ta moda sredniowieczna byla szalenie interesujaca.

A wystawa fajna. Skupia sie na interakcjach flamandzkiego prymitywizmu ze sztuka w centralnej i wschodniej Europie - jest tez kilka dziel wypozyczonych z Krakowa i Gdanska! A na srodku w gablotach pokazano pojedyncze kartki z ksiag pisanych przez klasztornych mnichow z pieknymi recznie malowanymi obrazkami. Wspaniale!

sobota, 4 grudnia 2010

My sie zimy nie boimy...

Podroz dookola swiata w temperaturze minus 6 stopni.

Japonska gejsza


Londynski Big Ben


Sobor Wasyla Blogoslawionego, Plac Czerwony, Moskwa


Walki bykow w Hiszpanii


Kuba i Ernesto 'Che' Guevara 


Karnawal w Brazylii


Indianin z Kanady


Autoriksza z Tajlandii


Sciana Placzu w Izraelu


Bar i napitki na rozgrzewke. Z tylu 16 metrowa zjezdzalnia


Brugia w sniegu. Taki widok nieczesto ma sie okazje zobaczyc






piątek, 3 grudnia 2010

Diabel w muzyce

Na ostatnie zajecia solfezu jeden wspoluczen przyszedl niezmiernie zadowolony i z szelmowskim usmiechem oswiadczyl, ze kategorycznie odmawia klaskania i tupania rownoczesnie, bo wyczytal, ze cierpi na chorobe zwana dyspraksja, ktora powoduje brak koordynacji ruchowej. Skoro na zajecia polskiego mozna przyniesc zaswiadczenie o dysleksji, na matematyke - dyskalkulii, to on na muzyce moze sie bronic inna dysfunkcja, ktora go zwalnia od mozolnych cwiczen. Jak nic wszyscy padlismy ofiarami tejze choroby. Zwlaszcza, ze poziom trudnosci rosnie szybko, doszlismy juz do trioli i szesnastek i jako dodatkowy gadzet (ktory nie wiadomo czy nam to klaskanie ulatwia, czy sprawia, ze trafia nas szlag) mamy nieublagalny metronom.

Wracajac zas do dyspraksji, przyznal sie do niej ostatnio Daniel Radcliffe, odtworca roli Harrego Pottera, ktory ma w zyciu codziennym problem z wiazaniem sznurowek. Ponoc zaburzenie to powoduje, ze ludzie nie potrafia zuc gumy i rownoczesnie wchodzic po schodach. I nie odrozniaja strony lewej od prawej (jak ja! sprawdzilam i dziala to u mnie we wszystkich jezykach). I pojec takich jak: w, na, za (z tym mam problem tylko po francusku w przypadku 'au-dessus' czyli nad i 'au-dessous' czyli pod). Jednak klaszcze, paszcza plaszcze i tupie wytrwale...

Ale to nie koniec odkryc w naszej muzycznej edukacji, bo zaczelismy pracowac nad interwalami, czyli odleglosciami miedzy dwoma dzwiekami (zeby nauczyc sie je rozpoznawac ze sluchu). Sekunda wielka, to dwa pierwsze dzwieki piosenki "Panie Janie", tercja wielka to "Stary niedzwiedz mocno spi", kwarta czysta to "Plonie ognisko w lesie" i tak dochodzimy do trytonu, czyli odleglosci calych trzech tonow. Brzmi to strasznie i w dawnej muzyce koscielnej granie ich bylo zakazane, bo uwazano, ze jest to dzwiek stworzony przez diabla ('diabolus in musica'). Dzis stosuje sie go w muzyce do filmow kryminalnych.

I tak wysluchalismy wszystkich zgrzytajacych dzwiekow z luboscia odgrywanych w moim salonie na elektronicznym pianinie, ktorego niedoskonalosc (w porownaniu z tradycyjnym instrumentem) efekt tylko poteguje. W konsekwencji czym predzej przygotowalam notki dla sasiadow z gory dziekujac za ich wyrozumialosc na blizej niezidentyfikowane halasy dochodzace z mojego mieszkania raz w tygodniu. Licze na ich zrozumienie i wsparcie dla nauki i sztuki ;-)

A na koniec ciekawostka ze strony:
http://www.filharmoniaslaska.art.pl/archiwum/2004/k-14-05.html o utworze z diablem w tytule:


Giuseppe Tartini (1692 - 1770)
Sonata g-moll z trylem "diabelskim"
Jeden z najznakomitszych skrzypków-wirtuozów, kontynuator włoskich tradycji muzyki skrzypcowej, spędził wiele lat jako skrzypek i koncertmistrz w orkiestrze bazyliki św. Antoniego w Padwie. Poza kompozycjami głównie sonatami i koncertami opublikował wiele traktatów dotyczących techniki gry skrzypcowej i akustyki muzycznej. Wprowadził znaczące innowacje, m.in. grubsze struny, smyczek z lekkiego drewna, a w technice gry rozszerzenie dynamicznej skali skrzypiec, podwójne chwyty i tzw. "diabelski" tryl, zastosowany w sonacie noszącej jego nazwę. Z powstaniem Sonaty wiąże się legenda przytoczona przez Josepha Jerome'a de Lalande'a, francuskiego astronoma, który będąc z wizytą w Padwie miał usłyszeć od Tartiniego następującą historię: Pewnej nocy w 1713 r. kompozytorowi przyśnił się diabeł stojący w nogach łóżka, który w zamian za duszę muzyka zaproponował swoje usługi. Tartini wyzwał go na muzyczny pojedynek. Diabeł wziął w ręce skrzypce i zagrał sonatę tak piękną i wykonaną z takim mistrzostwem i uczuciem, jakiego Tartini nigdy w życiu nie słyszał. Silne wzruszenie, towarzyszące słuchaniu muzyki spowodowało, że kompozytor obudził się i pochwyciwszy skrzypce próbował powtórzyć usłyszany we śnie utwór. Niestety, udało mu się uzyskać tylko namiastkę tego, co grał diabeł. Napisaną wtedy kompozycję nazwał Diabelską sonatą (choć występuje ona również pod nazwą Sonaty z trylem "diabelskim").

Mumia Fikacja i makabryczny wieczor

Jakby tak mocno wytezyc wzrok, to z mojego okna w pracy moglabym dojrzec Krolewskie Muzeum Sztuki i Historii. Przechodzilam kolo niego setki razy, nigdy nie zaszlam do srodka.

Az postanowilam upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i zobaczyc, jak przebiegaja brukselskie Nocturnes, czyli czwartkowe wieczorne otwarte drzwi w muzeach (z reguly w godzinach 17-22) i wybrac sie wlasnie do KMKG/MRAH (taka jest jego skrotowa nazwa). W dodatku wizyte polaczono z przedpremiera nowej wystawy 'Miedzy niebem a pieklem' o smierci w sredniowieczu, ktora oficjalnie miala byc otwarta dopiero dzien pozniej.

Ze znajomymi najpierw dluuuugo studiowalysmy oferte darmowych wykladow i wycieczek i po wielu dyskusjach zdecydowalysmy sie na dwa: spotkanie z kustoszem Mieke Van Raemdonck: The mommy of the embroiderer / collection  i oprowadzanie z przewodnikiem Mummification and burial in Ancien Egypt.


Slowem makabryczny wieczor, na ktory czekalysmy z niecierpliwoscia. Ja jeszcze entuzjastycznie opowiadalam znajomym:

- Ta mumia 'Hafciarka' to jakies slynne znalezisko (http://www.globalegyptianmuseum.org/detail.aspx?id=203). I jest na stale do obejrzenia w Brukseli! A potem idziemy jeszcze na wyklad o mumifikacji.
- Ale sie fajnie nazywa! - stwierdzila moja znajoma.
- ???
- No ta mumia Fikacja! Bo jedna to Hafciarka, z druga - Fikacja?

Na miejscu okazalo sie, ze prezentacji mumifikacji (a tym bardziej mumii Fikacji) nie bedzie, bo przewodniczka bala sie, ze z powodu sniegu nie uda jej sie wrocic wieczorem do domu i wyklad odwolala.

Za to zobaczylismy przekret stulecia. Otoz w samym rogu sali z mumiami leza szczatki kobiety. W latach 1899-1900 odkryl je Albert Gayet, slynny archeolog, ktory dramatycznie potrzebowal funduszy na kolejne ekspedycje i norma dla niego bylo podrabianie znalezisk, zeby zwiekszyc ich atrakcyjnosc i cene. Dopiero niedawno dokladne badania pozwolily ustalic prawde:
  • mumia okazala sie nie byc mumia, a zwlokami zasuszonymi w goracym piasku
  • pochodzi nie z 4, a z 6 wieku
  • choc popularnie nazywa sie ja 'Hafciarka', serca na jej zewnetrznej tunice nie sa wyhaftowane, a utkane (wtedy najdrozsza byla nie sila robocza, a material, wiec starano sie nie marnowac ani jednej nitki i hafty byly nadmiernym zbytkiem)
  • nigdy nie brakowalo jej wody i pozywienia, pochodzila z zamoznego domu i dlatego do pochowku ubrano ja w 3 tuniki
W sklad znaleziska wchodza chusty w motywy ptasie i kwiatowe, ktore datuje sie na zupelnie inny okres. Dodatkowo poduszki, ktore polozono po glowa i stopami Hafciarki, Gayet wypral (!!!) i golebie piora zastapil inna substancja do ich wypchania. 

Pozniej pani kustosz zaprowadzila nas do piwnic, gdzie pokazala stara tkanine, ktora obecnie poddawana jest analizie. Czarny wzor wykonano dzieki barwnikowi uzyskanemu z tysiecy zmarlych robakow, co znacznie podnosilo wartosc tuniki, a dodatkowo podobno nieprawdopodobnie... smierdzialo (jest to jedna z teorii tlumaczacych angielskie powiedzenie 'filthy rich' - 'obrzydliwie bogaty'). 

Po wycieczce udalysmy sie na nowa wystawe 'Miedzy ziemia i pieklem', ktora jest fajnie zorganizowana, ale jakos bardziej polecac jej nie bede (najciekawszy okazal sie teatrzyk kukielkowy, ktorym przez moment bawilysmy sie z kolezanka - ona manewrowala kosciotrupem, ja para krolewska i odegralam prawdziwa 'mort subite' ku zainteresownaiu innych zwiedzajacych i naszej uciesze). 

Za to na koniec niemal przebieglysmy wzdluz licznych labiryntow korytarzy w muzeum, zeby miec ogolny poglad o jego zasobach i musze przyznac, ze robi ogromne wrazenie!!! Nie moge zrozumiec, jak to mozliwe, ze przez 5 lat tam nie dotarlam... Kazdy znajdzie cos dla siebie: jest i piekna sala o islamie, starozytna Grecja i Rzym, mumie egipskie, porcelana, arrasy, ogromny zbior zegarow, karoce, rowery, sale poswiecone Ameryce i Azji. Slowem mydlo i powidlo tudziez mniejsza wersja British Museum w Londynie. Na obejrzenie calosci potrzeba co najmniej kilku dni. Do tego widac, ze caly czas staraja sie dostosowac ekspozycje na potrzeby wspolczesnego widza - robi sie interaktywna, zaskakujaca, dajaca do myslenia.

Muzeum ma tylko dwa minusy: chaos i podpisy jedynie po francusku i niderlandzku. Ale i tak na pewno tam wroce. Jak kiedys bede miala troche czasu i zadnych planow na weekend ;-)

Wiecej tu: http://www.kmkg-mrah.be/. Oplata za wstep wynosi 5 eur.


Un audioguide (FR-NL-GB-D) est inclus dans le prix du ticket d'entrée pour le circuit Gothique-Renaissance-Baroque, pour les collections Égypte, Arts du monde islamique et Arts roman et mosan.


A i nokturny okazaly sie doskonala inicjatywa i teraz pozostaje mi tylko zalowac, ze w tym roku tak malo z nich skorzystalam (edycja na 2010 wkrotce sie konczy). Nastepna okazja za niecaly rok!