niedziela, 28 lutego 2010

La Maison Cauchie

Na obrzezach Parku Cinquantenaire, niedalego polskiego konsulatu na Rue des Francs, znajduje sie La Maison Couchie, czyli piekna kamienica bedaca rezultatem milosnych uniesien dwojga brukselskich artystow. Zbudowana w 1905 roku, jest uwazana za jedno z najwspanialszych dziel Art Nouveau w miescie, ktore kiedys okreslano jako swiatowa stolice secesji.

Paul Cauchie (1875 - 1952) i Caroline Voet (1875 - 1969), zwana na codzien Lina, spotkali sie na Akademii Sztuk Pieknych jako studenci. Pobrali sie w 1905 i od razu zdecydowali wybudowac dom na niewielkiej dzialce o szerokosci 6 metrow, ktora juz wczesniej nalezala do Paula (zgodnie z zarzadzeniem wladz miasta, front mogl miec szerokosc wielokrotnosci 6 metrow, ale tylko nielicznych bylo stac na 12, o 18 juz nie wspominajac). Wybor miejsca nie byl przypadkowy -  mimo ze budynek znajduje sie na bocznej uliczce, zgodnie z planem zagospodarowania terenu  na przeciwko nigdy nie miala byc zbudowana zadna kamienica. Fasade budynku zaprojektowali bowiem jako ogromna reklame swoich zdolnosci i umiejetnosci (Paul Cauchie byl czolowym sgrafficiarzem w Brukseli) i swojego atelier, ktore urzadzili w suterenie.

Sgraffito (wł. graffiare - ryć, drapać) - technika malarska polegająca na nakładaniu kolejnych, kolorowych warstw tynku lub kolorowych glin i na zeskrobywaniu fragmentów warstw wierzchnich. Poprzez odsłanianie warstw wcześniej nałożonych powstaje dwu- lub wielobarwny wzór.
Zrodlo: Wikipedia

Wyraznie zaznaczony dopisek 'Par nous - pour nous' (przez nas dla nas) podkresla, ze budynek mial charakter prywatny. Zreszta do dzis jest w rekach zapalencow, ktorzy uparli sie go odrestaurowac i  korzystaja z pomieszczen na gornych pietrach, a dol udostepniaja zwiedzajacym.


Jako jedno z dziel w stylu Art Nouveau, kamienica jest przykladem typowego dla tego okresu laczenia malarstwa, rzezby, architektury, etc. Meble, ceramika, bizuteria, ubiory, tkaniny - wszystko stanowilo jedna nierozerwalna calosc. Na sgraffitach w Maison Cauchie postacie wygladaja jakby siedzialy na szafie, a zatem mebla nigdy nie mozna bylo przestawic, zeby nie zaburzyc kompozycji. Byc moze to wlasnie spowodowalo, ze po paru latach ludzie mieli dosc plynnych linii i roslinno-zwierzecej ornamentyki. Panstwo Cauchie rowniez zatapetowali swoje dzielo w salonie. Dopiero niedawno odkryto 6 zmyslow, ktore wyryli na scianie:

Dotyk


Wzrok i wech


Smak



Sluch




Zas historia kamienicy mogla by posluzyc jako zrodlo inspiracji dla niejednej ksiazki czy filmu. Jest i wielka milosc (na jednym sgrafficie sa dwa serca z inicjalami panstwa Cauchie i ich data slubu) i zdrada, dzielo tworzenia i niszczenia. Za namowa notariusza dokonano podzialu na odrebne mieszkania, a w latach 70tych, kiedy w miescie tworzono struktury Wspolnot Europejskich, wymyslono, aby wyburzyc sciane pomiedzy sasiednim budynkiem i calosc zaadaptowac na modne apartamentowce dla eurokratow (taki los podzielilo wiele kamienic w okolicy Square Ambiorix, w czasie gdy miasto nie nalegalo, aby te secesyjne perelki utrzymac w dobrym stanie i w ich miejscu wybudowano paskudne blokowiska). W ostatniej chwili znalezli sie pasjonaci, ktorzy najpierw chcieli tu urzadzic wystawe poswiecona Tintin'owi, ale powierzchnia okazala sie zbyt mala (przy okazji odratowano dzielo Horty, w ktorym postanowiono stworzyc oddzielne Muzeum Komiksu), budynek odrestaurowano i obecnie pomieszczenia udostepnia sie zwiedzajacym oraz organizuje sniadania (dla max.8 osob) lub przyjecia czy koktajle (dla wiekszych grup).















Szczegoly mozna znalezc na stronie poswieconej kamienicy, a ja ze swojej strony bardzo polecam zajrzenie do srodka. No, moze tylko nie kazdy bedzie mial okazje isc tam na impreze urodzinowa, gdzie czyniac zadosc tradycji Art Nouveau wszyscy dotarli w obowiazkowych secesyjnych kreacjach (moja byla spontanicznie kompletowana  ostatniej chwili, ale w klimat sie wpasowalam). Przewodnicy po budynku zgodnie przyznali, ze juz dawno nie mieli tak barwnych gosci ;-)

wtorek, 23 lutego 2010

Historia damskiej torebki

W Amsterdamie jest mnostwo muzeow, do ktorych chcialam/chcialabym zajrzec. Mam juz za soba Van Gogha (ktorego obrazy oglada sie doskonale po lekturze ‘Pasji zycia’ Irvinga Stone'a), Heinekena (gdzie w cenie biletu byly 3 piwa, wiec zwiedzenie dostarczalo niezapomnianych doznan i wiele zabawy). W ten weekend pojechalam do stolicy Wiatrakowa na urodziny kolezanki z ogolniaka i przy okazji postanowilam skorzystac z brzydkiej pogody absolutnie niesprzyjajacej wedrowkom po miescie i zahaczyc o kolejne miejsca. U Anne Frank jak zwykle byla straszna kolejka, w Hermitage akurat szykowano nowa wystawe i budynek zamknieto i ostatecznie wyladowalam w Rijksmuseum. Tam szczegolne wrazenie (oprocz malarzy niderlandzkich, ktorych bardzo lubie, ale ilez mozna ogladac podobnych portretow) zrobily na mnie… domki dla lalek. A wlasciwie domiska. Na ponad 2 metry wysokie (wchodzilo sie na drabine, zeby zajrzec na gore), kilkupietrowe, z meblami, zastawami i wszystkim tym, co normalnie znajduje sie w pomieszczeniu, tylko ze w miniaturce. Jako dziecko tez mialam taki (no moze nie doslownie) domek – pokoj z kuchnia, z wyposazeniem zrobionym przez prapradziadka. Rewelacja!

Zas drugiego dnia ze znajoma poszlysmy odkrywac Amsterdam dla kobiet, czyli Muzeum torebek i portmonetek (Tassenmuseum). Powiem szczerze, ze jest to fascynujaca wystawa. Do tego miesci sie w pieknej kamienicy z 1664 roku i oprocz bogatej kolekcji na parterze urzadzono bardzo przyjemna czesc kawiarniana (w sam raz na moja ulubiona Koffie verkeerd, czyli holenderska wersje Lait russe'a, czyli po prostu Latte) i ogrod (z oczywistych wzgledow chwilowo nieczynny).

Historie torebki w tymze muzeum datuja od XVI wieku, kiedy to sluzyla glownie mezczyznom. Z biegiem czasu panie z bogatych domow zaczely uzywac malutkich sakiewek, gdzie trzymaly drobne dla biednych (zwano je jalmuzniczkami). Pozniej rozpowszechnil sie doskonaly wynalazek - kobiety pod licznymi warstwami swoich sukni wiazaly dwa worki po obu stronach bioder. W spodnicach zostawiano wyciecia, zeby latwo mozna bylo siegnac do skrzetnie ukrytych toreb. Na swoj sposob byl to prekursor obecnych kieszeni.



Innym pomyslem byly châtelaines. Nazwa doslownie oznaczala pania na zamku. W XVIII i XIX wieku gospodynie do pasa przyczepialy  pek lancuchow z narzedziami pierwszej potrzeby: kluczem do spizarki, przyborami do szycia, szklem powiekszajacym itp.

Kiedy moda sie zmienila, zabraklo miejsca na drobiazgi pod ubraniem i zaczeto wprowadzac torebki - smiesznotki (ridicule): wyszywane szklanymi paciorkami, o fantazyjnych ksztaltach (np.tulipana), sakiewki ponczochowe i inne. Zmienialy sie tez materialy, z ktorych je robiono: od koralikow, metali, przez skory wezy, krokodyli, pawie piora, kosc sloniowa, az po plastik (co pozniej zaowocowalo nowym trendem i popularnoscia toreb z napisem: I am not a plastic bag). Jak grzyby po deszczu pojawialy sie stosowne pamiatki ze znanych kurortow, z wizerunkiem zamku, kosciola czy mola i dopiskiem 'Pamiatka ze Spa' czy 'Karlsbad'.

Ciekawym przykladem byly rowniez ozdobne kopertki w ksztalcie splaszczonego jaja z wizerunkiem kobiety na froncie, w ktorych we Francji i Hiszpanii Pan Mlody wreczal swojej nowo poslubionej malzonce 13 monet symbolizujacych Chrystusa i 12 Apostolow. Zwyczaj ten przetrwal az do XVIII wieku. Diametralnie roznily sie od tego, w czym obecnie wreczamy podobne prezenty slubne.



Kilka zdjec z kolekcji mozna obejrzec na stronie muzeum: http://www.tassenmuseum.nl/default.aspx?pagename=de_collectie. Czesc z nich przekleilam powyzej.

Poza tym jako absolutna abnegatka mody i trendow w dziedzinie ubioru, mocno sie podszkolilam w zakresie slawnych projektantow. I tak, jedna z pracownic muzeum wyrazila przy nas swoje ogromne ubolewanie nad przedwczesna smiercia (udana proba samobojcza ok. 10 dni temu) Alexandra McQueena. Widzialysmy jego torebke, zas pozniej w internecie wyszukalysmy inne jego projekty. Tu poczetne miejsce maja buty (jedna pare nosila rowniez Doda):










I ja narzekam na buty narciarskie!!! Jakbym sie w czyms takim wywalila, to juz zupelnie nie wiem, jak bym sie podniosla ;-) Fantazja w projektach torebek czy kapeluszy jest mi jednak troche blizsza.

Wczoraj zas, mimo tylu bodzcow i wrazen estetycznych, wyciagnelam moj niesmiertelny plecak, wypchalam go podrecznikami do niderlandzkiego i strojem na gimnastyke i powloklam sie do mojej zupelnie niekreatywnej pracy. Ale za to zerknelam sobie na strone Pakamery i moze sprawie sobie jakas wymyslna torebke ;-)

PS Kiedy szperalam po necie, natknelam sie na blog nawiazujacy do wystawy Muzeum Narodowego w Krakowie http://zawszepodreka.blogspot.com/ Okazuje sie, ze w Polsce tez sa milosnicy starych torebek ;-)

piątek, 19 lutego 2010

Wyszywanki

Znajoma pozyczyla mi ksiazke Marjane Satrapi ‘Broderies’. Niczym europejskie panie z dobrych domow, ktore przed kilkuset laty w salonach poswiecaly sie haftowaniu, mlodsze i starsze Iranki, po wspolnym posilku, zaparzaly herbate w samowarze i zasiadaly do ‘wietrzenia duszy’, czyli pogadanek na najrozniejsze tematy. Babcie, matki, corki, wnuczki w ksiazce dziela sie plotkami - kto z kim, jak, kiedy i dlaczego. Znajduja sposoby na radzenie sobie z rzeczywistoscia w jakiej zyja i wymogami dotyczacymi kobiet – zwlaszcza niezameznych (tytulowy motyw z haftowaniem tez sie pojawia w dyskusjach i bynajmniej nie ma nic wspolnego z robotkami recznymi).

Co niektore Epski tez sie spotkaja na wieczorkach szydelkowych. Ja juz od jakiegos czasu przymierzam sie, zeby od Babci pozyczyc (a wlasciwie przywlaszczyc sobie) szydelko, ale jakos ciagle o tym zapominam. Zreszta w chwili lekkiego zacmienia swiadomosci obiecalysmy kolejnej pannie mlodej sposrod nas wyszycie patchworka, a wtedy to raczej bardziej sie przyda igla z nitka (chyba ze wymyslimy jakis sposob zrobienia pledu ‘na skroty’).

Przy czym wydaje mi sie, ze tak jak bohaterki ‘Persepolis’ nie sa dobra probka spoleczenstwa do wyciagania wnioskow i uogolniania tez o zachowaniach Iranek (w koncu autorka od 14 roku zycia mieszkala w Austrii i Francji), tak i my w zadnym wypadku nie jestesmy reprezentatywna grupa Polek. A mimo to, daje sie znalezc pewne wspolne cechy…

Wczoraj bylam na swietnej wystawie rownie nietypowej Meksykanki – w Brukseli wciaz jeszcze mozna obejrzec obrazy Fridy Kahlo. Ona z klopotami radzila sobie przez malowanie, a nie gadanie. Z jednej strony mozna ja bylo zobaczyc jako elegancka kobiete o silnej osobowosci, fantazji, w pieknych barwych strojach, a z drugiej jako zmaltretowana bolem i cierpieniem osobe, uwiezona w gorsetach, szpitalnych lozkach itp. Pierwszy obraz na wystawie to Autobus / El Camion. Kiedy Frida miala 18 lat, ulegla wypadkowi na skutek zderzenia autobusu z drezyna – miala zlamany kregoslup i miednice. Namalowala i faceta w niebieskich ogrodniczkach, ktory wyrwal porecz, ktora pozniej przeszyla jej cialo i mezczyzne z torebka ze zlotym pylem, ktory sie na nia wysypal i siebie, wciaz jeszcze spokojnie siedzaca obok nich, jako mloda dziewczyne.

U nas w poniedzialek tez byl wypadek. Zderzyly sie 2 pociagi. Spadl niewielki snieg, zaczely sie opoznienia, pociag pospieszny skierowano inne tory niz w rozkladzie, a nadjezdzajacy z przeciwka osobowy nie stanal przy sygnalizacji swietlnej. Ponoc ten pierwszy mial wbudowany system, ktory by sprawil, ze po przejechaniu na czerwonym swietle pociag automatycznie by sie zatrzymal. W osobowych tego typu urzadzenia nie bylo. W jednym z dalszych wagonow jechal moj kolega z pracy, ktory co dzien dojezdza do Brukseli z Mons. Opowiadal, ze tez sobie wszyscy spokojnie siedzieli, ta trase przebywali bowiem co dzien w identyczny sposob, nagle szarpnelo, co niektorzy sie poprzewracali i przez okno zobaczyli wykolejony przod pojazdu. Podobno ok.20 minut po wypadku nie mozna bylo wychodzic z pociagu, bo wszedzie dokola lezaly pozrywane przewody. Pozniej po cichu wyprowadzano pasazerow. Nie bylo zadnych krzykow, paniki. Nawet nie widzial tych najbardziej poszkodowanych. Na dana chwile zmarlo 18 osob (w tym 3 urzednikow). Mnostwo lezy w szpitalach. Koledze nic sie nie stalo.

Zerkam sobie w wolnych chwilach na rozne blogi i ostatnio na kilku z nich tez zaczynaja sie pojawiac rozne choroby i inne smutne tematy. Osoby, ktore wirtualnie sledze od wielu wielu miesiecy nagle znikaja z blogowej przestrzeni. Zreszta w realu tez sie troche sypiemy. Fajnie jest, jak pozniej wraca sie ‘z tarcza’. Mam nadzieje, ze wkrotce przyjdzie wiosna i zrobi sie troche optymistycznej. W kazdym razie mi na troski i zmartwienia najlepiej pomaga takie iranskie 'wietrzenie'. Parler derrière le dos des autres est le ventilateur du cœur. Poki co plotkujemy i networkujemy glownie przy kawie, herbacie (choc nie z samowaru) i na polskich lunchach. Zamiast malowac – spiewamy. Co do szydelkowania i patchworkowania jeszcze sie zastanowie…

PS1 I jeszcze jeden cytat z Satrapi: C’est comme ça la vie ! Des fois, tu es sur le dos du cheval et des fois, c’est le cheval qui est sur ton dos.

PS2 A wystawe obrazow Fridy polecam. Wygladaja zupelnie inaczej niz w necie czy albumie. Pelne kolorow, emocji, symboli. Najbardziej podobal mi sie Portret Luthera Burbanka.

Do tego na slajdach mozna obejrzec zdjecia z Frida.

Teraz sie zapalilam, zeby jeszcze sie przejsc do muzeum Margritte’a. Tez surrealizm, ale belgijski.

wtorek, 16 lutego 2010

Frytki z majonezem wedlug Zabojadow

Pewniego wieczoru instruktorzy i kucharze z UCPA zorganizowali dla nas kabaret. Widzowie stawili sie tlumnie, artysci walczyli z trema, nagle na srodku sceny stanal koles (Francuz oczywiscie) odpowiedzialny za animacje. Kiedy rozlegly sie slabe brawa, pierwszy komentarz brzmial: 'Co jest, sami Belgowie przyszli???'.

Nastepnie rozpoczeto serie skeczy, jak sie witaja przedstawiciele roznych narodow. Nie zapomniano tez o kraju frytek i majonezu:

AKT 1

Na scenie stoi Aktor 1 z kuflem w prawej dloni.

AKTOR 1
To jest belgijskie piwo. Najlepsze na swiecie. Nazywa sie Jupiler.

Wchodzi Aktor 2.

AKTOR 2
Przepraszam, ktora godzina?

Aktor 1 przekreca prawy nadgarstek w celu spojrzenia na zegarek rownoczesnie wylewajac plyn na ziemie.

AKT 2

Na scenie stoi Aktor 1 z kubkiem w prawej dloni.

AKTOR 1
To jest belgijskie piwo. Najlepsze na swiecie. Nazywa sie Jupiler.

Wchodzi Aktor 2.

AKTOR 1
Oooo, ja pana znam! Zaraz sie pan znowu zapyta ktora godzina! Wie pan co, sam panu powiem!

Ostroznie przeklada kufel z piwem do lewej dloni i spoglada na zegarek na prawym nadgarstku.

AKTOR 1
Jest 20ta.

AKTOR 2
Ale ja wcale o nic nie pytalem.

Aktor 1 wykonuje w kierunku wspolrozmowcy gest Kozakiewicza polewajac sie zawartoscia kufla.

KURTYNA
Opada.

Rozlegaja sie gromkie brawa jak przystalo na francuska publike.

Zas z innych rozrywek - bylismy na koncercie, dochod z ktorego przeznaczono na pomoc dla Haiti - spiewal swietny lokalny chorek gospel i drugi, z bardzo ambitnym repertuarem, skladajacy sie glownie ze starszych pan (bardzo ciekawy efekt).

Poza tym oddawalismy sie glownie przyjemnosciom konsumpcyjnym (dla ducha wystarczaly piekne widoki). Z alpejskich specjalow odkrylismy likier ziolowy Génépi (cos jak czeska Beherovka), ktory doskonale rozgrzewal po poznopopoludniowym szusowaniu na wysokosciach. Do tego bez ograniczen mozna sie bylo objadac serami i tlustymi miesami, bo i tak sie tracilo mnostwo kalorii w ruchu na mrozie. A waga ani drgnela. Powoli robie sie milosniczka francuskiej kuchni ;-)

poniedziałek, 15 lutego 2010

Krokusowe wakacje

We Flandrii ferie zimowe nazywane sa Krokusvakantie - choc ich data uzalezniona jest bezposrednio od dni, w ktorych wypada karnawal, to powszechnie uwaza sie, iz jest to tez czas poczatku kwitnienia krokusow. Prawidlowo zaczynaja sie dzis i trwaja tydzien. Ja, jako osoba calkiem niezalezna od dni wolnych w szkolach, moj urlop juz zakonczylam.

To juz moj trzeci wyjazd z UCPA i coraz bardziej mi sie podoba. Tym razem nie spekalam po paru godzinach, ale caly tydzien dzielnie uczestniczylam w zajeciach. Ponoc jestem nadzieja dla wszystkich lamag, bo skoro ja dalam rade, to znaczy, ze kazdy sie nadaje do nartek! I do tego okazalo sie, ze bylismy najlepsza najgorsza (bo poczatkujaca) grupa, jaka kiedykolwiek mieli w Les Contamines! We wtorek zorganizowano nam wyscigi slalomem ze skretami rownoleglymi i komisyjnie uznano, ze na niebieska trase zamiast w piatek wyjedziemy juz w srode (choc byla taka mgla, ze widzialam co najwyzej czubki swoich nart). Co prawda dzien pozniej na koncowce dosc stromego stoku sie wystraszylam i trzeba bylo mnie sila sciagac z ostatnich kilku metrow, a ja instruktorowi miazdzylam reke w zelaznym uscisku, ale w piatek ze znajomymi zrobilam ta trase jeszcze pare razy i generalnie urlop zakonczylam w zachwycie nad niewatpliwa uroda okolicy, moja odwaga i czysta przyjemnoscia, ktora sie czerpie z dotlenienia i ruchu. I z pewnoscia wroce tam jeszcze ktoregos lata na trekking czy wspinaczke.

Zas co do samej organizacji, to coraz czesciej nasuwaja mi sie skojarzenia z sanatorium dla osob w kwiecie wieku. Zamiast kapieli w borowinie, jest sport na bardzo swiezym powietrzu, zamiast dansingow - soirées dansantes. Pierwsza impreza zyskala miano wieczoru pierwszej szansy, a piatkowa - ostatniej. Do tego streching, joga czy (auto)masaz. I, opcjonalnie, sauna i jacuzzi. Tym razem niestety zabraklo silnej reprezentacji Szwedow, ale za to wzbijalam sie na wyzyny mojego francuskiego. Mialam tylko jedna wtope na zajeciach, kiedy instruktor wciaz nam kazal uwazac na 'bosses'. W pierwszej chwili skojarzylam to z niderlandzkim 'bos', czyli zaroslami i tylko z deczka sie dziwilam, czemu nam ciagle przypomina, zeby nie wjezdzac w krzaki, jesli duzo bardziej niebezpieczne sa na przyklad przepascie. Dopiero jak sie wykopyrtnelam na muldzie ze swiezego sniegu, to zrozumialam o co chodzi.

Ja za to odwdzieczylam sie podszlifowaniem znajomosci polskiego wsrod Francuzow. Jadac raz ze mna wyciagiem instruktor opowiedzial, ze mial kiedys kursanta polskiego pochodzenia, ktory za kazdym razem, jak mu cos nie wychodzilo, krzyczal:
- Korba!
- Chyba 'kurwa'!
- Oui, kuhrwaaa ma.
- Chyba 'mac'.
- Ah, oui, oui, kuhrwaaa macz - rozleglo sie szerokim echem po alpejskich lakach.

Zreszta ja tez chyba przeploszylam wszystkie swistaki i inna zwierzyne, ktora sie wlasnie przebudza z zimowego snu, bo jak na jednym stoku kazano sie nam tak rozpedzic, zeby za jednym zamachem przeszusowac przez 3 wzniesienia, w polowie drogi, kiedy osiagalam jakas oszalamialaca predkosc, zaczelam sie drzec ze strachu (a pluca to ja mam mocne). Zorientowalam sie dopiero, jak wyhamowywalam na ostatniej gorce. Teraz sie smieje, ze mam w siebie automatycznie wmontowany system wczesnego ostrzegania i jak sie mnie przypadkiem nie zauwazy, to na pewno uslyszy.

W kazdym razie wyjazd udal sie wspaniale, choc zaluje, ze nie udalo mi sie zalapac na jakas wyprawe piesza z przewodnikiem, bo okolica oprocz stokow dla narciarzy obfitowala w niezwykle formy terenu, oblodzenia i osoplenia niczym z basni o Krolowej Sniegu, a cala miejscowosc byla przeorana szlakami typu 'Tour du Mont Blanc' czy 'Voie Romaine'. A zreszta co sie bede rozpisywac. Zobaczcie sami:

Nasza pierwsza zielona trasa przygotowana do slalomu


Na szlaku dla piechurow



Po calonocnych opadach sniegu


Okolica Parc des Loisirs


Mont Blanc schowany za chmurka


Takie sobie sople


I absolutna perelka - moj widok z okna. Nawet piekniejszy niz w BXLi ;-)


Na krokusy trzeba co prawda jeszcze poczekac, ale przynajmniej jest co powspominac...

A dla porownania, tu sa moje wrazenia po wyjezdzie z UCPA na narty w zeszlym roku: Sprawnosc Niedzwiadka. Teraz juz bym zasluzyla na odznake Sniezynki!

Lost in translation

... czyli kilka slow wyjasnienia a propos blokady bloga.

Chociaz zawsze wydawalo mi sie, ze jezykiem polskim wladam biegle i potrafie 'odpowiednie dac rzeczy slowo', okazalo sie, ze i mi zdarzaja sie przeklamania w przekladzie i odbior tego co mowie czy pisze moze byc czasem calkiem inny od zamierzonego (zwlaszcza jak sie bierze pod uwage tylko czesc wypowiedzi, wyrzucajac kontekst i co niektore zdania). Blog przez chwile wymknal sie spod kontroli i zaczal zyc wlasnym zyciem, stad decyzja o jego zablokowaniu. Troche stchorzylam, bo przepuscilam okazje kilkudziesieciokrotnego powiekszenia ilosci czytelnikow, a na taki nagly wzrost popularnosci nie bylam absolutnie przygotowana. Mam zatem nadzieje, ze przyslowiowe piec minut juz minelo, emocje ustaly i licze przede wszystkim na powrot stalych czytaczy.

Istnieje tez prawdopodobienstwo, ze dolaczyli nowi goscie, ktorych witam i w razie uwag, bardzo prosze o wyrazanie swojego zdania przez zakladke komentarze, ktore od zawsze mozna bylo zostawiac pod kazdym postem, albo kierowanie ich bezposrednio do mnie (choc ten przywilej maja tylko ci, ktorzy mnie namierzyli badz znaja skadinad).

A co u mnie? Po pierwsze, troche stesknilam sie za blogowaniem. Przez ponad poltora roku po kazdym wiekszym czy mniejszym wydarzeniu wlaczalam laptopa i wystukiwalam kolejne dyrdymaly. Nauczylam sie patrzec bardziej swiadomie i to wieczorne (czy w moim przypadku raczej Wieczorynkowe) klikanie weszlo mi w nawyk i wielokrotnie pozwalalo mi zlapac dystans do tego co sie dzieje dokola (dobrze czasem z perspektywy spojrzec na wydarzenia, ktore kiedys spedzaly mi sen z powiek, a teraz powoli zacieraja sie w pamieci). Pomijam juz tak prozaiczne powody, ze dzieki starym zapiskom latwiej mi sobie przypomniec, kiedy trzeba sie zapisac na bieg, kiedy kwitna endymiony i jak dojsc do rezewaru w De Panne. I bynajmniej nie czuje potrzeby trzymania tych genialnych odkryc tylko dla siebie.

Po drugie, minela moja 4 rocznica przyjazdu do Brukseli. Ja zamiast swietowac, troche sie pochorowalam, ale wlasciwie toast wziesiony lait russe'm i zagryziony ptasim mleczkiem na srodowym lunchu tez sie liczy. Jak dobrze pojdzie, to przede mna jeszcze jakies 10 takich czterolatek ;-)

Poza tym jestem dotleniona i wypoczeta po wspanialym tygodniu we Francji. Kiedy po raz kolejny zmagalam sie z silami fizyki i grawitacja uczac sie jazdy na nartach (wciaz poziom poczatkujacy), wszelkie brukselskie troski i problemy staly sie bardzo odlegle i zeszly na dalszy plan.  A zatem, jak spiewal Mlynarski (w kontekscie co prawda zupelnie innym, ale chyba pasuje do reaktywacji bloga):

Róbmy swoje,
Pewne jest to jedno, że
Róbmy swoje,
Bo dopóki nam się chce,
Drobiazgów parę się uchowa:
Kultura, sztuka, wolność słowa, dlatego
Róbmy swoje,
Może to coś da? Kto wie?...


http://www.youtube.com/watch?v=16KoUgNjJTw

PS Milosnikow slowa pisanego odsylam natychmiast do literatury pieknej (vide akcja 'czytaj ksiazki a nie blogi'!). To jest moja grafomania i zakladam, ze mam prawo dowolnie wybierac poruszane zagadnienia, nie trzymac sie tematu i wyrazac wlasne poglady, jak dlugo nie sa one krzywdzace dla osob trzecich i nie wkraczaja w sfere ich zycia prywatnego. Znajomi juz sie pogodzili, ze od czasu do czasu pojawiaja sie w moich tekstach. Jak dotad, nikt nie zglaszal zazalen.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Ojciec Damian z Molokai

Père Damien to wedlug sondazy ponoc najbardziej rozpoznawalny Belg na swiecie. Urodzil sie w malej wsi Tremelo, studiowal w Leuven i jeszcze przed konsekracja udal sie na Hawaje, gdzie zglosil sie do pracy z tredowatymi na Molokai. Szybko stal sie nie tylko duszpasterzem, ale i lekarzem, pielegniarzem, grabarzem, a przede wszystkim przyjacielem chorych (w sumie pisze sie o 12 funkcjach, ktore sprawowal rownoczesnie). Zmarl w wieku 49 lat. W pazdzierniku 2009 zostal wyswiecony przez papieza Benedykta XVI.

Dzis ojciec Damian jest zrodlem inspiracji dla innych pragnacych dazyc z pomoca i symbolem jednej z najbardziej popularnych akcji charytatywnych w Belgii organizowanych co rok pod koniec stycznia - http://www.actiondamien.be/. Corki mojego kolegi z pracy mocno zaangazowaly sie w dystrybucje magicznych dlugopisow z logo akcji, z ktorych dochod w tym roku jest przeznaczony dla Bangladeszu, gdzie trad i gruzlica zbieraja wciaz swoje zniwo. Dzieki nim tez sie stalam wlascicielka 4 pisakow (kolega niestety sam nie dal rady zapewnic odpowiedniego popytu dla wszystkich swoich 4 corek i prosil o wsparcie). Mimo zlej pogody, kryzysu, rosnacego bezrobocia, skupieniu sie na pomocy dla poszkodowanych w trzesieniu ziemi na Haiti, dzieciakom udalo się sprzedac 510 tysiecy zestawow.

A z ciekawostek: na stronie, gdzie opisano objawy i przebieg gruzlicy, wymieniono rowniez kilku znanych pisarzy, malarzy i muzykow, ktorzy zmarli na ta chorobe – wsrod nich jest m.in. nasz rodzimy Fryderyk Chopin (choc obecnie uwaza sie, ze cierpial na nieznana wowczas mukowiscydoze).