poniedziałek, 29 czerwca 2009

O tych, co nie chca dorosnac

– Nie ma takiego miasta – Londyn! Jest Lądek, Lądek-Zdrój, tak...
– Ale Londyn – miasto w Anglii.
– To co mi pan nic nie mówi?!
– No mówię pani właśnie.
– To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć gdzie to jest.

Źródło: dialog z filmu Miś Stanisława Barei (urzędniczka na poczcie i Ryszard Ochódzki)

A gdzie jest Nibylandia?
‘Pierwsza gwiazda na lewo, i prosto, aż do poranka’.
Jak się tam dostac?
Polecieć. Aby polecieć, wystarczy Cudowna Myśl i trochę Wróżkowego pyłu.


No i ja bylam w miniony weekend i w Londynie (tym jak najbardziej rzeczywistym) i w Nibylandii (krainie wiecznego dziecinstwa i wyobrazni).

Piec lat temu rekordy kinowe bil film ‘Marzyciel’ oparty na faktach autentycznych (z doborowa obsada i piekna muzyka Jana A.P.Kaczmarka). Opowiada o tym, jak na poczatku XX wieku pisarz i dramaturg James Matthew Barrie spedzajac czas w towarzystwie synkow przyjaciolki w Kensington Gardens wymyslil opowiesc o chlopcu, który nie chcial dorosnac. Nazwal go Piotrus Pan, od imienia jednego z dzieci – Peter’a – i greckiego boga lasow i pasterzy – Pana. Dzis w tymze parku stoi figurka z postacia chlopca i nawiazaniami do przygod, które przezyl (stworzona na zlecenie autora ksiazki, ustawiona w sekrecie w srodku nocy 1 maja 1912, aby ludzie uwierzyli w magie i czary). Nieopodal zas rozbito wielki namiot, w ktorym w te wakacje odbywaja się przedstawienia. I tak, zamiast tydzien temu na ‘Aide’ w La Scali wybralam sie w sobote na ‘Piotrusia Pana’.

Z wykorzystaniem techniki komputerowej stworzono oszalamiajace 360-stopniowe widowisko - wszystkie miejsca siedzace byly doskonale. Podczas lotu do Nibylandii zawieszeni na linach bohaterowie fikaja koziolki w powietrzu i przelatuja nad calym Londynem – ruszaja oczywiscie z parku Kensington, a nastepnie kieruja sie na parlament, kolumne Nelsona, katedre sw. Pawla, Tower Brigde i dopiero na krancach miasta skrecaja do gwiazd. Sama Nibylandia to mieszanka dzungli amazonskiej, swiata podwodnego i statku pirackiego. Mieszkaja tam piraci, syreny i zagubieni chlopcy. Co jakis czas wychodzi krokodyl w tykajacym zegarem w srodku, a sceneria zmienia się jak w kalejdoskopie (bohaterowie nurkuja w lozka, zeby sie po chwili znalezc na wyspie, malenki domek zbudowany na naszych oczach jest w stanie pomiescic kilkanascie osob itp).

Ciekawe bylo rowniez przedstawienie postaci wrozki Dzwoneczka. Zawsze widzialam ja jako delikatna bardzo dziewczeca postac. Tymczasem tutaj tylko spodniczka baletnicy pasowala do moich wyobrazen – kensingtonowska Tinkerbell była zazdrosna, zadzorna, ubrana w poplamiony podkoszulek i masywne buty. Kiedy umierala, dzieci na calej sali mialy dzwonic malenkimi dzwoneczkami i szeptac cichutko, ze wierza we wrozki. Z kolei Kapitan Hook podobnie tesknil za rodzicami, jak i zagubieni chlopcy. No i dwuznaczna jest postac samego Piotrusia – z jednej strony mozna go podziwiac za uparta odmowe wydoroslenia, a z drugiej strony - pokazano jego wykluczenie z zycia rodzinnego.

Niemniej jednak przedstawienie było wspaniale. Wszystkim, którzy chcieliby poczuc troche klimat polecam link do migawki nakreconej przez BBC: http://news.bbc.co.uk/2/hi/entertainment/8092509.stm

I jeszcze kilka fotek z oficjalnej strony organizatora.

Wrozka Dzwoneczek

Lot do Nibylandii (Wendy, Piotrus Pan i Michael)

Mlodsi bracia Wendy z kapitanem Hookiem

Piraci i Zaginieni Chlopcy

Zas latajacego Piotrusia mozna zobaczyc tu.

PS Tanie bilety na musicale najlepiej kupic na Leicester Square w ktorejs z budek (kazda ma inne ceny, wiec warto popytac w kilku zanim sie dokona zakupu).

PS2 Na nocleg bardzo polecam schronisko mlodziezowe w Kensington: http://www.ace-hotel.co.uk/

PS3 A fenomen Piotrusia Pana trafil do dzisiejszej psychologii. Wiecej o jego francuskiej wersji można przeczytac w blogu Patrycji Todo.

niedziela, 28 czerwca 2009

Summertime, czyli lato w Londynie



Syndrom Paryski
Syndrom ten dotyka w przewazajacej mierze turystow japonskich odwiedzajacych Paryz. Charakteryzuje sie szokiem i wieloma obawami wegetatywnymi, takimi jak plytki oddech, palpitacje serca (...). Podaje sie wtedy leki uspokajace i zaleca powrot do domu. Zaburzenia te tlumaczy sie rozbieznoscia oczekiwan pielgrzymow: Paryz, do ktorego trafiaja, zupelnie nie przypomina tego, ktory znaja z przewodnikow, filmow, telewizji.
Olga Tokarczuk 'Bieguni'

Kolezanka miala Syndrom Londynski. Co prawda szoku nie przezyla, ale rozczarowanie. Z niewiadomych wzgledow myslala, ze Big Ben to jeden z najwyzszych budynkow w miescie, ze stoi jako osobna budowla i... ze jest czerwony!

Ja z kolei nieco zweryfikowalam swoje wyobrazenia o Notting Hill. Po obejrzeniu filmu z Julia Roberts i Hugh Grantem myslalam, ze to jest wlasnie ta kolorowa, tetniaca zyciem dzielnica. Tymczasem samo wzgorze pelne bylo wytwornych wiktorianskich domow, lsniacych biela i czystoscia i dopiero pozniej zorientowalam sie, ze film nakrecono na Portobello Road, ktora ma specyficzna atmosfere, ale jest srednio reprezentacyjna dla reszty dzielnicy.

A kolejny mit to deszczowa pogoda w Londynie. Dzis bylo tam 29 stopni, a trawa w Hyde Parku jest wyschnieta na wor, co wyraznie swiadczy o niedoborach opadow w tym regionie. A w Polsce powodzie...

Pozniej opisze szczegoly wycieczki. A na dzis jeszcze jeden cytat z 'Biegunow' (dobry dla blogerow - podobnie jak i cala ksiazka):

Nie wstydzcie sie,(...)wyciagnijcie swoje dzienniki i piszcie. Przeciez jest nas wielu, tych zapisujacych. Nie damy po sobie poznac, ze patrzymy na siebie, nie podniesiemy oczu ponad nasze buty. Bedziemy sie zapisywac, to najbezpieczniejszy sposob komunikacji, bedziemy sie wzajemnie zamieniac na litery i inicjaly i uwieczniac na kartkach papieru, bedziemy sie plastynowac, zatapiac w formalinie zdan. Po powrocie do domu zapisany dziennik dolozymy do innych (...). Tam zrelacjonowalismy juz nasze podroze, przygotowania do nich i nasze szczesliwe powroty. Zachwyty nad zachodem slonca na jakiejs brudnej plazy, pelnej plastikowych butelek, i pewien wieczor w przegrzanym hotelu. Egzotyczna ulice, gdzie chory pies poprosil nas o cos do jedzenia, ale nie mielismy ani okruszka, i dzieci, ktore nas obstapily w miasteczku, gdzie autobus musial studzic rozgrzane chlodnice. (...)
Kto to przeczyta?

piątek, 26 czerwca 2009

Gotowe na wszysto

Jutro mamy w planie babski wyjazd na dwa dni do Londynu. Od srody sprawdzamy regularnie prognoze pogody. Na jednej witrynie zapowiadali ulewy, na innej mzawki. Wczoraj BBC podalo, ze bedzie po prostu padac przez caly weekend. Dzis rano deszcz mial byc juz tylko w sobote, a po poludniu zmienili prognoze na dwa upalne sloneczne dni.

Stwierdzilysmy, ze na wszelki wypadek bedziemy gotowe na wszystko!

I przy okazji szkolimy sie jakie pozy przybierac do zdjec ;-)

Gimnastyka dla szyi

środa, 24 czerwca 2009

Wlochy – ostatnie spostrzezenia

Do Wloch pojechalismy w szostke – same Anie i Agnieszki i maz jednej uczestniczki, ktory poza imieniem roznil sie tez narodowoscia. Na miejscu, pierwszego dnia spotkalismy naszych znajomych z synkiem, ktorzy troche nam pomogli sie odnalezc w Mediolanie (w pierwszej chwili mimo naszej domniemanej swiatowosci troche sie zagubilismy – uwaga - nie zgubilismy sie, tylko ten faszystowski dworzec centralny spelnil swoja misje i nas przytloczyl swoim rozmiarem i splendorem i poczulismy sie bardzo malutcy w tak wielkim miescie). Pozniej korzystalismy z pomocy tubylcow.

Do Werony pojechalismy z Wlochem – Francesco – popularnie zwanym przez nas Frankiem. Uczyl sie kiedys podstaw polskiego i czasem zaskakiwal nas swoimi komentarzami. Np.podczas lunchu kolezanka dostala pizze z duza iloscia swiezej cebuli, ktorej on jest fanem. Kiedy czesc zostawila na talerzu nie omieszkal zapytac:
-Dobra cebula?
-Yes, but I had too much.
-Too much dobra?
-No, too much cebula.
Franek byl kiedys w Polsce i zwiedzil jedno polskie miasto. Pamietal, ze przejezdzal przez Krakow, Czestochowe, ale nie mial czasu, zeby tam zobaczyc cos wiecej poza dworcem kolejowym. Cala energie zachowal na miejsce slubu i wesela, na ktore zmierzal, czyli… Kielce. Jednak mimo dosc specyficznego wyboru miasta na zwiedzanie, Polska wywarla na nim bardzo pozytywne wrazenie.

Nastepnego dnia nad jezioro pojechala z nami Wloszka. Dla odmiany miala na imie… Francesca. Z nia nie mielismy juz swiatopogladowych dyskusji porownawczych dla Polski (ktora wg opinii obu panow ma ogromy potencjal i w ktorej wiele sie zmienia na lepsze), Wloch (tu zadnych konstruktywnych wnioskow chyba nie wyciagnelismy poza naszym nieklamanym zachwytem dla ogladanych miejsc) i Holandi (ktora uznalismy za absolutnego lidera w dziedzinie melioracji – naszej ojczyznie wiele jeszcze brakuje, co widac po powodziach w tym tygodniu). Z Francesca poszlysmy za to ogladac naszyjniki i bransoletki, zachwalala nam jedwab, z ktorego slynie okolica Como i pokazala, gdzie mieszka George Clooney (w miejscowosci Lagio, kolo jej wujka ;-)

Duza pomoca sluzyli rowniez wlasciciele wynajmowanego mieszkania. Zostawili nam mnostwo przewodnikow i informacji o pobliskich sklepach, restauracjach itp. I pewnie wprawilismy ich w zdumienie, bo na powitanie omawialismy szczegoly lamana francuzczyzna, zas na pozegnanie kolezanka zalatwiala wszystko po wlosku. Cztery dni i jak sie swietnie jezyka nauczylismy! ;-)

Niemniej jednak powoli zamykam juz temat Wloch (choc jeszcze musze zebrac od wszystkich zdjecia i za miesiac zapraszam na spotkanie - wspominanie) i urodzin (dzis organizowalam kawe i ciasto dla znajomych w pracy i zbieram jeszcze ostatnie zyczenia). Czas sie zajac innymi rzeczami!

Przewodnik subiektywny po Mediolanie i okolicach

Kilka wskazowek na podroze po Lombardii i Veneto:

• Jesli grupa sklada sie z kilku osob, warto wziac pod uwage wynajecie mieszkania. Ostatnio skorzystalam ze strony http://www.homelidays.com/

• W Mediolanie najbardziej ‘klimatycznym’ miejscem na wieczorna kolacje jest okolica kanalu - dojazd metrem do przystanku Porta Genova i nastepnie trzeba isc za tlumem (wybor knajpek jest ogromny!). Inne ciekawe restauracje to szczyt domu handlowego, gdzie na tarasie sa stoly z widokiem na katedre (troche drogo) oraz Mamma Lina (na przedmiesciach w okolicy metra Precotto, gdzie mieszkalismy). Do tej ostatniej udalismy sie przypadkiem, od razu wprowadzono nas do ogrodu, gdzie bylismy jedynymi goscmi, a mimo to pianista zaczal grac na zywo! Menu mieli bardzo rozbudowane, a kazdy nasz wybor kelnerka kwitowala wykrzyknikiem: 'Fantastico!' ;-) Kiedy dania byly gotowe, kelner podjechal z palnikiem i patelnie z potrawami jeszcze przy nas podgrzewal. Ceny brukselskie, ale ile frajdy.

• Opery niestety nie udalo nam sie zobaczyc. Jesli jednak oficjalnie nie ma juz biletow do La Scali, to mozna sprobowac zalatwic wejsciowki. W tym celu dzien wczesniej, dwie godziny przed spektaklem, w chwili otwarcia kas biletowych, nalezy wziac numerek i nastepnego dnia odebrac bilet. Na Aide na 20 czerwca kosztowaly 12 eur.

• Dokonalam bardzo odkrywczego spostrzezenia: Mediolan jest jak Bruksela - sam w sobie nieciekawy, ale jak doskonale skomunikowany!!! W ciagu max. dwoch godzin mozna dojechac nad morze (Genua), nad jeziora (Como, Garda), w gory (Alpy) i do wielu pieknych miast (Turyn, Werona, Bolonia, Parma, nawet do Wenecji nie jest tak daleko).

Pociagi regionalne, bez miejscowek, sa dosc szybkie i tanie (do Werony kosztowal nas 8 eur w jedna strone). Trzeba bardzo uwazac na intercity, bo moze juz nie byc biletow. Warto zobaczyc Stazione Centrale di Milano (stamtad jezdza pociagi do Genui, Boloni czy Werony) reprezentujaca faszystowska potege (zbudowana byla za Mussoliniego).

• Dom Julii w Weronie to drobne nieporozumienie - we wnetrzach widzielismy glownie serie szkieletow w roznych mniej lub bardziej przyzwoitych pozycjach. Warto tam wejsc jedynie dla balkonu, jesli mamy pod reka jakiegos Romea, ktory nas z dolu bedzie fotografowac ;-) Najbardziej oplaca sie kupic jednodniowy bilet wstepu do roznych atrakcji - my to wymyslilismy za pozno, juz po wejsciu do Areny, ktora tez jest w pakiecie. W antycznym amfiteatrze latem odbywaja sie przedstawienia.

Lago di Como to najglebsze jezioro Alp (410 metrow) i trzecie najwieksze we Wloszech (po jeziorze Garda i Maggiore.). Dojechalismy tam pociagiem z dworca Milano Cadorna w godzine (bilet kosztowal 3,60 eur). Jezioro ma ksztalt odwroconej litery Y i my przeplynelismy jedna z odnog az do rozwidlenia w miejscowosci Bellagio. Pozniej mozna albo plynac dalej do Colico (stamtad tez jest pociag powrotny do Mediolanu), albo za ¼ ceny wrocic do Como autobusem (podroz gorskimi sciezkami z pieknymi widokami trwa kolo godziny, kierowca trabi lub pozdrawia polowe ludzi w ogrodkach, macha do przechodniow i slucha plotek opowiadanych przez pasazerow). W tej okolicy nakrecono kilka scen do filmow takich jak Gwiezdne Wojny, Ocean’s Twelve czy Cassino Royale.
Za przewodnikiem Pascala:
Bellagio, lezace u podnoza porosnietych cyprysami wzgorz na czubku trojkata rozdzielajacego dwie odnogi Como, uchodzi za najpiekniejsza miejscowosc we Wloszech. Trudno sie nie zgodzic, widzac wysadzana oleandrami i lipami promenade, fin de siècle'owe hotele w kolorach brzoskwiniowym, kremowym i toffi, czy polozona na kilku pagorkach brukowana starowke w centrum. Miasteczko nie podporzadkowalo sie do konca turystyce i na kazdym kroku widac, ze zyje wlasnym zyciem, co budzi podziw, zwazywszy na ilosc przyjezdzajacych tu wczasowiczow. W barach przesiaduja mieszkancy, a posrod sklepow spozywczych jedynie tu i owdzie pojawia sie pojedynczy sklepik z antykami, rzemioslem czy pamiatkami. Kto teskni za prawdziwym wypoczynkiem, trafil w dziesiatke.





I inne miasteczka:


• A wracajac samolotem koniecznie trzeba wyjrzec przez okno ;-)

Jak sie starzec, to z przyjemnoscia!

Stuknal Adze trzeci krzyzyk
lecz wciaz chyza jest jak czyzyk.
Marsze, spiewy, wodewile,
wypelniaja wolne chwile.
Za to praca, paru gosci,
Sa przejawem codziennosci.
I tak rok za rokiem leci
Choc brak meza i brak dzieci
Jednak mam wiadomosc przednia
Pewnie dwie trzydziestki przed nia ;-)



W niedziele bezpowrotnie przestalam byc dwudziestolatka. Przynajmniej w metryce. Moja rocznice urodzin spedzilam tak, jak najbardziej lubie, bo na lonie przyrody - ze znajomymi wybralismy sie tego dnia nad Lago di Como, 45 km od Mediolanu.

A bylo to tak...

Juz od dawna wiem, ze jedna moja znajoma chorzystka jest ode mnie dokladnie dzien starsza, w zwiazku z tym 30tke obchodzilysmy prawie rownoczesnie. To ona sie doszukala, ze 20 czerwca, dokladnie w jej rocznice urodzin, jest premiera 'Aidy' w La Scali. Ja pomysl podchwycilam, udalo nam sie znalezc jeszcze 4 inne osoby do towarzystwa i czym predzej kupilismy bilety na samolot, bo akurat byly w bardzo atrakcyjnej promocyjnej cenie. Dokladnie 2 miesiace temu, w chwili otwarcia kas opery, trojka z naszej ekipy przystapila do bukowania biletow na 'Aide'. I odniesli sromotna kleske. Najpierw pojawil im sie blad, a po chwili informacja, ze wszystkie juz sa wykupionie (prawdopodobnie w przedsprzedazy dla posiadaczy abonamentow i agencji). To nas jednak do Mediolanu nie zniechecilo i polecielismy.

Zamiast hotelu pieciogwiazdkowego (jak wskazuje artukul z poprzedniego wpisu) wynajelismy mieszkanie, ktore nalezy do najoryginalniejszych apartamentow jakie w zyciu widzialam. Pelne bylo bibelotow, pieknych szafek, kredensow, instrumentow muzycznych (od cymbalek przez mandoliny po pianino), starych zegarow, krysztalowych mis, obrazow itp. I to wszystko utrzymane w czystosci i cenie na osobe rownej zakwaterowaniu w schronisku mlodziezowym. Dzieki temu urodziny swietowalysmy w niecodzienny sposob z wielkim swiecznikiem do zdmuchniecia, weronskimi ciastkami na srebrnej paterze w roli tortu i spumante do wzniesienia toastu w plastikowych kubeczkach (akurat nie bylo zadnych wytwornych kieliszkow). Do tego sto lat mialysmy odspiewane po polsku, niderlandzku i po wlosku. Z wrazenia zapomnielismy zrobic zdjecia, ale bedziemy to dluuugo pamietac!!! Choc i tak glownym hitem mieszkania byl prysznic na poddaszu, tuz pod belka sufitowa, pod ktora wisialy dzwoneczki feng shui – w efekcie osoba kapiaca sie miala do dyspozycji powierzchnie wielkosci pralki (z reguly wszyscy ustawiali sie w kolejce do drugiej lazienki i tylko ja wytrwalam w akrobacjach).

Co do zwiedzania, to w piatek zaczelismy od Mediolanu, gdzie poza imponujaca katedra i piekna galeria niewiele wiecej bylo do zobaczenia.

W sobote zaczelismy wstawac o 6 rano, zeby sie wyszykowac na poranny pociag do Genui (po wlosku miasto nazywa sie Genova i mielismy drobne obawy, zeby nie wyladowac w Genewie w Szwajcarii), ale na dworcu okazalo sie, ze juz nie ma biletow. Braklo ich tez do Bolonii, ktora byla nasza opcja numer dwa i ostatecznie spontanicznie wyladowalismy w Weronie (jak widac, jestesmy bardzo elastyczni). Wybor okazal sie jak najbardziej trafny, bo sie dowiedzialam o przedstawieniach operowych w antycznej arenie (widzielismy jak ustawiaja dekoracje do… Aidy) i napstrykalismy mnostwo fotek na balkonie Julii.

Niedziela nam minela na luksusownym wypoczynku nad jeziorem Como. W jednym z miasteczek wille kupil tam George Clooney, ale nie mielismy przyjemnosci sie spotkac. Klimat srodziemnomorski, a do tego gory dookola i kilku znajomych do towarzystwa – nie mozna bylo sobie wymarzyc piekniejszej scenerii na urodziny!

A w poniedzialek mielismy szybki spacer po mediolanskich sklepach (dla mnie zakupy skonczyly sie na plycie z opera z La Scali, ktora zwiedzilam o poranku, slodyczach i makaronach), zjedlismy pizze na wynos w naszym urokliwym apartamencie i wrocilismy do BXLi. Przesiaklismy jednak atmosfera tej swiatowej stolicy mody i na lotnisku wzbudzalam zaciekawienie swoim strojem – zamiast stylowej kreacji Prady czy Chanel mialam zielone lniane spodnie (H&M), biala koszule w amarantowo-zielone motylki (polski TROLL), odcien rozu doskonale komponowal sie z moim kolorem skory po paru dniach na wloskim sloncu, a do tego jako bagaz podreczny zabralam… amarantowo-zielona mocno zuzyta reklamowke z Carrefoura, do ktorej upchalysmy resztki ciastek z mieszkania (na szczescie pania prezydentowa nie jestem, wiec faux pas nie popelnilam, tylko promuje nowy kierunek w modzie). Nie udalo nam sie niestety zabrac zgrzewki wody (po tym, jak w poniedzialkowy poranek kazdy uczestnik wycieczki wlal w siebie jakies dwa litry z poprzednich butelek, wymieklismy i stwierdzilismy, ze zostawimy ja jako prezent dla kolejnych lokatorow).

I tak nam minal piekny weekend w Lombardii i okolicy. Nie mam nic przeciwko takiemu starzeniu sie ;-)

wtorek, 23 czerwca 2009

czwartek, 18 czerwca 2009

Rustykalna Bruksela

Beaulieu - nieco dalej od centrum (autor zdjec nieznany, dotarly do mnie mailem):







A to juz okolice ronda Schumana i dzisiejszy protest rolnikow - zdjecia z Le Soir:







Pod moim oknem w pracy stoi kilkanascie ToiToi'ow dla rolnikow, ktorzy maja w nocy koczowac w parku.

I ja narzekam, ze mi tu wiejskich klimatow brakuje???

Belgijskie restauracje

Tematyka kulinarna zdecydowanie przewaza u mnie w tym tygodniu. Bo jak juz napisalam o restauracjach, to nie da sie nie wspomniec o obsludze klienta.

Wczoraj wieczorem (po blogowaniu) pojechalam na St Gilles, gdzie bylam umowiona ze znajomymi na kolacje urodzinowa (nie moja). Kolezanka znalazla sympatycznie zapowiadajaca sie knajpke w budynku w stylu Art Nouveau, poszlismy dosc sponatanicznie bez uprzedniej rezerwacji i pracujaca tam kelnerka powiedziala, ze jest sama, 8 osob na raz obslugiwac nie bedzie i nas nie wpuscila!!!

Jako ze nikt z nas okolicy za bardzo nie znal, udalismy sie do jedynego kojarzonego przez kolege miejsca – Maison Du Peuple. Tam mimo brakow kadrowych pozwolili nam usiasc, problem byl za to z rozgryzieniem systemu obslugi klientow. Otoz najpierw nalezalo dojsc do baru, zamowic i zaplacic – napoje dostawalo sie od razu, zamiast jedzenia wreczano numerek i kazano usiasc gdziekolwiek. Jak dania byly gotowe, kelner chodzil od stolu do stolu szukajac tabliczki, zanim sie orientowalismy, ze to dla nas, on juz uciekal, stucce donoszone byly pare minut pozniej, mniej wiecej jak jedna osoba konczyla jesc, to kolejna dostawala swoja porcje, ciagle slyszelismy odglosy tluczonych szkalnek i spadajacych talerzy i generalnie atmosfera byla jak przystalo na ‘dom ludowy’ (to mniej wiecej znaczy nazwa kajpki). Pozniej zapytalismy kelnera, czy naprawde uwaza, ze ten system obslugi jest efektywny, ale cicho odparl tylko, ze to pomysl szefa i jego krytyczna opinia nic nie znaczy. W kazdym razie pomieszczenie bylo przyjemne, jedzenie - proste (zupy, salatki, kanapki), ale smaczne, a calosc pozostawila niezapomniane wrazenie ;-)

Dzis juz wyjadam resztki z lodowki (jeszcze po niedzielnym sniadaniu, na ktorym mialam gosci), a od jutra czeka mnie restaurante italiano. Pewnie tez bedzie chaotycznie, ale za to z jakim wdziekiem ;-)

środa, 17 czerwca 2009

Kulinarnie

W sektorze prywatnym istnieje czesto fundusz socjalny i pracujac w Polsce wychodzilam na kregle czy jedzilam na krotkie wycieczki na koszt firmy. W Instucjach inicjatywy sluzace blizszemu poznaniu sie sa z reguly oplacane przez nas samych i najczesciej polegaja na wspolnym posilku. W ostatnim tygodniu mialam okazje byc na dwoch takich imprezach.

Pierwsza odbyla sie w domu jednego szefow, ktory zaprosil caly swoj dzial plus dyrektoriat (czyli dyrektora i jego sztab, w tym mnie). Spotkanie bylo w stylu niemieckim, zaczelo sie prezentacja o kuchni regionalnej i roznych ciekawostach typu – czym sie rozni flaga niemiecka od belgisjkiej i jakie popelniano z nia bledy (np. przy protestach przeciwko przejeciu greckiej firmy telekomunikacyjnej przez Deutsche Telekom w maju 2008 – patrz zdjecie). A potem byla juz tylko konsumpcja – gospodarz na ogromnym grillu przypiekal kielbaski dla ponad 20 osob, a w miedzyczasie na nas na tarasie czekaly precle, salatki (z kartoflana wlacznie), placki ziemniaczane z musem jablkowym i masa ciast na koniec. Pycha (zwlaszcza, ze jestem fanka kuchni niemieckiej). Za to po wakacjach mam byc wspolorganizatorka polskiego lunchu dla tego samego grona…

A wczoraj bylam na znacznie bardziej kameralnej kolacji dyrektoriatu. Tu kreatywnoscia nie blysnelismy i poszlismy do restauracji. Miejce bylo urocze – zaadaptowano ogrod, w ktorym luzno ustawiono kilka stolow i foteli, we wtorek wieczorem poza nami wielu klientow nie bylo, a jak sie ochlodzilo, dostalismy kolorowe koce i wygladalismy jak grono babuszek ;-) Za to krolowala kuchnia francuska, ktora lubie dosc wybiorczo. Na pierwszy rzut oka z menu niewiele zrozumialam - roilo sie tam od nielubianych przeze mnie fois gras (czyli watrobek), krewetek, coquilles Saint-Jacques (po polsku to duszone przegrzebki/muszle sw.Jakuba). Jak juz poprosilam frankofonow o pomoc w wyborze, to sie dowiedzialam o nerkach cielecych (rognon de veau), golebiach (pigeon ramier) czy krolikach (tez w nich nie gustuje). Ostatecznie zamowilam kawalek prosiaczka ze szpinakiem w orzechach (Filet de porcelet aux noix de Pécan à la muscade, fondue d’épinards à l’huile de noisettes). Nie powiem, smaczne bylo, ale uderzylo po kieszeni. A jesli chodzi o blizsze zapoznanie sie z kolegami z pracy, to wyszlo srednio, bo po francusku obgadywali wszystkich dookola. Ja z zasady wtracam sie po angielsku - czesto niewiele umialam dorzucic, wiec mialam glownie sluchowisko, co w tak pieknych okolicznosciach przyrody bylo calkiem niezlym pomyslem na bezdeszczowy wieczor.

A na kolacje jednak najbardziej lubie chodzic ze znajomymi. Od piatku bedziemy miec pare okazji poprobowac wloskich potraw (a ze preferuje kuchnie konkretna od wykwintnej, to wszelkie makarony i pizze tez naleza do moich faworytow). Mniam mniam.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Igrzyska

Dawno temu zachorowalam na angine. Zamiast ja grzecznie wylezec mialam inne priorytety (juz sama nie pamietam, czy to studia czy praca czy jeszcze cos innego) i do dzis dnia mam po tym pamiatke w postaci chorych nerek. Nie jestem juz wiarygodna klientka dla zadnego ubezpieczyciela, co pol roku musze sie zglaszac na badania, ale generalnie poki co funkcjonuje prawie normalnie (to 'prawie' dlatego, ze dzis na przyklad sie dowiedzialam, ze na 30 urodziny mam sobie pilnie sprezentowac… cisnieniomierz).

Niemniej jednak widzac sie z lekarzem postanowilam skorzystac z okazji i poprosilam o zaswiadczenie, ze nie ma przeciwskazan, zebym wziela udzial w biegu na 20 km w Paryzu (tam, w odroznieniu od Brukseli, jest to wymagane). Pan doktor z deczka sie zdziwil, ale po chwili az przyklasnal mojemu pomyslowi. Bo co jak co, ale spacery (nawet te szybkie) czy bieg truchtem (raczej powolnym) nie tylko nie powinny zaszkodzic, ale sa wrecz zalecane (rowniez na dluzsze dystanse). Obiecalam, ze bede wzorem rozsadku i moge dostac takich zaswiadczen ile tylko chce.

Szukajac potwierdzenia dla jego slow znalazlam informacje o Europejskich Igrzyskach Dla Osob Po Przeszczepach I Dializowanych. Mi, mimo wszystko, do tego jeszcze daleko. Zanim faktycznie sie zestarzeje, zamiast stekac i kwekac (patrz poprzedni wpis), bede sobie kolekcjonowac dyplomy i medale.

PS Pozniej mialysmy wymiane mailowa ze znajomymi o pazernosci doswiadczen. Zarazam nia innych. Zbieram ekipe na pazdziernik ;-)

środa, 10 czerwca 2009

Spowolnienie

Skonczyly sie proby, za mna ostatni egzamin z niderlandzkiego, po biegu zostalo tylko wspomnienie (i filmik, jak bohatersko i dzielnie przekraczam linie mety niemalze tratujac innych dokola), do tego popsula sie pogoda i kilka razy dziennie mamy oberwania chmury, burze i ulewy (nawet nie chce sie isc do kina) i nagle cala energia mnie opuscila.

Rano walcze z czasem – tzn.on ucieka, a ja leze i sobie obiecuje, ze jeszcze tylko minutka i zaraz wstaje. W pracy w miare spokoj i na szczescie siedze sama, bo co rusz ziewam i to tak bardzo, ze czasem mam obawy o wyskoczeniu paszczeki z 'zawiasow'. W drodze do domu zahaczam tylko o sklep Araba i kupuje na zmiane truskawki lub czeresnie, ktore uwielbiam i pochlaniam w ogromnych ilosciach, ale codzienna porcja witamin niewiele pomaga. A po powrocie placze sie z kata w kat i sama nie wiem, czego chce. Po tych aktywnych ostatnich tygodniach najwyrazniej brakuje mi adrenaliny i precyzyjnie wyznaczonych zadan.

Probuje za to sobie znalezc jakies przyjemne relaksujace zajecia. Wczoraj na przyklad obejrzalam kolejny odcinek reportazu o spisie powszechnym w Polsce w 2002 roku, w ktorym skupiono sie na mieszkancach pewnego nowego ekskluzywnego apartamentowca. Moja uwage przykuly dwie osoby – mloda zarozumiala babka, ktora pare lat pracowala w Stanach i co rusz chwalila sie dyplomami (ozdabiajac swoja wypowiedz mnostwem ich angielskich nazw) i oszalamiajaca kariera, jaka rzekomo robi w handlu detalicznym oraz starsza pani, o czarujacym usmiechu, ktora dorastala w Peru (co wyszlo z zaskoczenia, jak ja poproszono o podanie miejsca urodzenia), cale zycie spedzila za granica i na starosc dopiero zjechala do Polski (w poszukiwaniu korzeni) mowiaca nienaganna polszczyzna. Ciekawe jak by wygladaly wywiady prowadzone z nami za pare lat…

Oprocz telewizji nadrabiam zaleglosci w czytaniu. Mam spory stosik gazet i ksiazek i dopiero teraz moge znalezc na nie czas. Zreszta do kolezanki doszla wlasnie dostawa z Merlina, ktora zamowilysmy wspolnie, a za tem ilosc pozycji do przeczytania wciaz mi sie powieksza.

Gram tez na pianinie, ktore mam od tygodnia. Kupilam je co prawda przed 3 miesiacami, ale dlugo czekalam na transport (z Anglii, bo jak sie okazalo, w zwiazku z korzystnym kursem EUR/GBP tam sie najbardziej oplacalo dokonac zakupu). Nie jest to tradycyjny instrument, jaki mialam w Polsce, lecz elektroniczny i ma jedna olbrzymia zalete w postaci sluchawek, ktore powoduja, ze tluke w klawisze do woli, a sasiedzi moga spac spokojnie. Poki co probuje zapanowac nad lewa reka, ktora nie chce sie uniezaleznic od prawej i przypominam sobie, co dawniej umialam zagrac. A jak sie doszkole, to bede zapraszac znajomych na koncerty ;-) A propos, przypomniala mi sie ciekawa teoria kolegi, do czego sluza pedaly w fortepianie? Otoz jak muzyk sie zatraci w swoim graniu, to czasem musi zahamowac instrument, zeby mu nie odjechal ;-)

Ten stan lenistwa potrwa u mnie jeszcze najwyzej tydzien i od przyszlego weekendu zaczynam wyjazdy! Uff.

niedziela, 7 czerwca 2009

Nasze wybory

Dzis z samego rana, choc wykonczona po wczorajszej imprezie, podreptalam do polskiego konsulatu oddac swoj glos w wyborach. Bylo jeszcze zupelnie pusto - wieszosc osob wybrala sie tam pewnie kolo poludnia (podobno zarejestrowalo sie 1800 osob).

A nawiazujac do demokracji w Polsce, ponizej link do filmiku o ostatnich 20 latach:

http://ec.europa.eu/polska/flash/u2_en.swf

Tym razem nie wspomina innych krajow, a skupia sie na nas.

Komisja Europejska opublikowała spot nakręcony z okazji 20. rocznicy demokratycznych przemian w Polsce. (...) zgodę na bezpłatne wykorzystanie swego utworu "New Year's Day" wyraziła irlandzka grupa U2.

Utwór ten został zainspirowany wydarzeniami w Polsce i ruchem "Solidarność".

Cyganska noc



Za mna piaty wodewil robiony ku uciesze polskiego srodowiska w Brukseli, w ktorym bralam udzial: po jaselkach, festiwalu Sopot'73, 'Latach 20tych, latach 30tych' i (w listopadzie w zeszlym roku) 'Sweet 50ies i desocjalizacji'. Wszystkie przygotowano z rozmachem i fantazja i po kazdym pojawialy sie glosy, ze to chyba szczyt naszych mozliwosci i lepiej sie juz nie da! Wczorajszy ('Cyganska milosc') niewatpliwie byl najbardziej zywiolowy i kolorowy.

Po dwoch tygodniach prob stwierdzilismy, ze te codzienne spotkania to nawet wieksza frajda niz samo przedstawienie. Jedna osoba nawet wysunela propozycje, aby je nadal kontynuowac, bo i kondycja od tancow nam sie poprawia (ja dodatkowo jeszcze mialam codzienna ok. 8 km przejazdzke rowerem) i pospiewac milo. Poza tym teraz kazdy dysponuje juz pieknymi kolorowymi strojami! Moj kompletowalam dlugo i mozolnie i co dzien mialam inna wizje, co jeszcze powinnam dodac czy ujac. Chustka na glowie nie chciala mi sie trzymac, wiec ja wymienilam na przepaske, kwiecista bluzke pozyczyla mi kolezanka (ktora o zblizajacym sie wodewilu i moich problemach odziezowych dowiedziala sie z bloga!), spodnica moglam calkiem niezle wymachiwac, a przy kazdym kroku dzwonily mi medaliki z chusty i bransoletek do tanca brzucha. W efekcie Cyganka w moim wydaniu to skrzyzowanie hippiski z bollywoodzka aktorka;-)

Co kreatywniejsze babki mialy nawet po kilka przebran. Przed rozpoczeciem bylismy proszeni o niepokazywanie sie widzom w naszych kabaretowych strojach (mozna bylo sobie co najwyzej przygotowac cos innego) i jedna z Cyganek wyszla na sale ucharakteryzowana na zebraczke, przed soba niosla lalke-dziecko, kupione na brokantach, zalac sie, ze takie rozdarte (okreslenie to nalezalo rozumiec doslownie, bo bylo zniszczone i dziurawe na brzuszku) i proszac o datki.

Natomiast absolutnym majstersztykiem byla dekoracja sali. Juz od wejscia goscie czuli sie jak w taborze. Belijskie pchle targi obfituja w stare misy i gary, pikowane kapy i poduszki, wiec zaopatrzenie sie w cyganskie gadzety nie bylo az tak trudne, jak sie na poczatku wydawalo (choc byly to dodatkowe koszty i huk pracy - ja przyszlam juz na gotowe). Na scenie krolowal woz, wszedzie zrecznie wpleciono karty i informacje o wrozce Cygulce oraz suszace sie czesci garderoby (nad glowami mielismy stare kalesony z doczepionym... ptaszkiem).

Kulisy naszych kabaretow tez sa o wiele bardziej barwne niz w profesjonalnych salach koncertowych - a widzialam juz niejedna ;-) Dla kurazu platala sie cytrynowka, wszedzie poutykane byly sciagi, a na podlodze za parawanem naklejono tasme z napisem - 'STOP! Bo bedzie Cie widac na widowni'.

Na koniec - troche cyganskiego klimatu. Wodewil rozpoczal sie 'Czardaszem', po czym spiewnie wkroczyla reprezentantka gadziow (tj. nie-Romow) ustylizowana na hippiske, sympatyzujaca z Cyganami i niczym Maryla Rodowicz zaczela:

Jadą wozy kolorowe taborami
jadą wozy kolorowe wieczorami
może z liści spadających im powróży
wiatr cygański wierny kompan ich podróży
zanim ślady wasze mgła mi pozasnuwa
odpowiedzcie mi Cyganie jak tam u was jest


Po tym weszlismy my:

U nas wiele i niewiele bo w sam raz
u nas czerwień, u nas zieleń, cieni blask
u nas błękit, u nas fiolet, u nas dole i niedole
ale zawsze kolorowo jest wśród nas


Jada wozy kolorowe taborami
ej, Cyganie, tak bym chciała jechać z wami
będę sobie mieszkać kątem przy muzyce
będę słuchać opowieści starych skrzypiec
ciepłym wiatrem wam podszyję stare płótno
co mi dacie, żeby już nie było smutno mi?

Damy wiele i niewiele bo w sam raz
damy czerwień, damy zieleń, cieni blask
damy błękit, damy fiolet, damy dole i niedole
ale będzie kolorowo pośród nas

No i pojechałam z nimi na kraj świata
wiatr warkocze mi rozplatał i zaplatał
i zbierałam dzikie trefle, leśne piki
i bywałam gdzie rodziły się muzyki
i odwiedzam z Cyganami chmurne kraje
i kolory szarym ludziom darmo daje dziś

Weźcie wiele i niewiele bo w sam raz
komu czerwień, komu zieleń, cieni blask
komu fiolet, komu błękit, komu echo tej piosenki
nim odjedzie z Cyganami w czarny las


http://www.youtube.com/watch?v=lQnOQYffskY

Niestety, trzon ekipy aktorow amatorow wraca wkrotce do Polski. Jak mowil Don Fonso, jada do 'Lomzy, Mlawy,Ciechocinka. Licza na to, ze im Naczelny Cygan Donek ciekawa robote zalatwi. Tabor sie wyludnia! Czas umierac'.

A tym co zostaja, przyjdzie tylko zalkac, ze 'dzis prawdziwych Cyganow juz nie ma...'.

Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma,
bo czy warto po świecie sie tłuc,
pełna miska i radio i Poemat,
zamiast płaczu co zrywał się z płuc.

Dawne życie poszło w dal,
dziś na zimę ciepły szal,
tylko koni, tylko koni,
tylko koni, tylko konci żal...

Dawne życie poszło w dal,
dziś pierogi, dzisiaj bal,
tylko koni, tylko koni,
tylko koni, tylko koni żal...

Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma,
Cztery kąty i okna ze szkła.
Egzaminy i szkoła i trema,
I do marszu orkiestra nam gra.

Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma
i do szczęścia niewiele nam brak,
pojaśniało to życie jak scena,
tylko w butach przechadza sie ptak.


http://www.youtube.com/watch?v=mdzClRzv1jk

PS Wszystkie powyzsze zdjecia to czesc naszej dekoracji.

piątek, 5 czerwca 2009

Zloty chlopiec




A do tego siusiajacy ;-)











I jeszcze link do wiadomosci - nas pokazano na samym koncu:

http://www.tvn24.pl/2234156,0,0,1,1,zloty-boeing,wideo.html

czwartek, 4 czerwca 2009

Glosowanie, ktore zburzylo mur



Tu dla przypominienia filmik o tym, jak powstawalo powyzsze zdjecie, ktore posluzylo do wykonania plakatu (ja stoje w daszku dwojki): http://www.tvn24.pl/12691,1600443,0,1,symbol-sympatyczny-jak-papier-toaletowy,wiadomosc.html

środa, 3 czerwca 2009

A w pazdzierniku...

...20 km w Paryzu? ;-)