niedziela, 28 czerwca 2009

Summertime, czyli lato w Londynie



Syndrom Paryski
Syndrom ten dotyka w przewazajacej mierze turystow japonskich odwiedzajacych Paryz. Charakteryzuje sie szokiem i wieloma obawami wegetatywnymi, takimi jak plytki oddech, palpitacje serca (...). Podaje sie wtedy leki uspokajace i zaleca powrot do domu. Zaburzenia te tlumaczy sie rozbieznoscia oczekiwan pielgrzymow: Paryz, do ktorego trafiaja, zupelnie nie przypomina tego, ktory znaja z przewodnikow, filmow, telewizji.
Olga Tokarczuk 'Bieguni'

Kolezanka miala Syndrom Londynski. Co prawda szoku nie przezyla, ale rozczarowanie. Z niewiadomych wzgledow myslala, ze Big Ben to jeden z najwyzszych budynkow w miescie, ze stoi jako osobna budowla i... ze jest czerwony!

Ja z kolei nieco zweryfikowalam swoje wyobrazenia o Notting Hill. Po obejrzeniu filmu z Julia Roberts i Hugh Grantem myslalam, ze to jest wlasnie ta kolorowa, tetniaca zyciem dzielnica. Tymczasem samo wzgorze pelne bylo wytwornych wiktorianskich domow, lsniacych biela i czystoscia i dopiero pozniej zorientowalam sie, ze film nakrecono na Portobello Road, ktora ma specyficzna atmosfere, ale jest srednio reprezentacyjna dla reszty dzielnicy.

A kolejny mit to deszczowa pogoda w Londynie. Dzis bylo tam 29 stopni, a trawa w Hyde Parku jest wyschnieta na wor, co wyraznie swiadczy o niedoborach opadow w tym regionie. A w Polsce powodzie...

Pozniej opisze szczegoly wycieczki. A na dzis jeszcze jeden cytat z 'Biegunow' (dobry dla blogerow - podobnie jak i cala ksiazka):

Nie wstydzcie sie,(...)wyciagnijcie swoje dzienniki i piszcie. Przeciez jest nas wielu, tych zapisujacych. Nie damy po sobie poznac, ze patrzymy na siebie, nie podniesiemy oczu ponad nasze buty. Bedziemy sie zapisywac, to najbezpieczniejszy sposob komunikacji, bedziemy sie wzajemnie zamieniac na litery i inicjaly i uwieczniac na kartkach papieru, bedziemy sie plastynowac, zatapiac w formalinie zdan. Po powrocie do domu zapisany dziennik dolozymy do innych (...). Tam zrelacjonowalismy juz nasze podroze, przygotowania do nich i nasze szczesliwe powroty. Zachwyty nad zachodem slonca na jakiejs brudnej plazy, pelnej plastikowych butelek, i pewien wieczor w przegrzanym hotelu. Egzotyczna ulice, gdzie chory pies poprosil nas o cos do jedzenia, ale nie mielismy ani okruszka, i dzieci, ktore nas obstapily w miasteczku, gdzie autobus musial studzic rozgrzane chlodnice. (...)
Kto to przeczyta?

Brak komentarzy: