środa, 24 czerwca 2009

Jak sie starzec, to z przyjemnoscia!

Stuknal Adze trzeci krzyzyk
lecz wciaz chyza jest jak czyzyk.
Marsze, spiewy, wodewile,
wypelniaja wolne chwile.
Za to praca, paru gosci,
Sa przejawem codziennosci.
I tak rok za rokiem leci
Choc brak meza i brak dzieci
Jednak mam wiadomosc przednia
Pewnie dwie trzydziestki przed nia ;-)



W niedziele bezpowrotnie przestalam byc dwudziestolatka. Przynajmniej w metryce. Moja rocznice urodzin spedzilam tak, jak najbardziej lubie, bo na lonie przyrody - ze znajomymi wybralismy sie tego dnia nad Lago di Como, 45 km od Mediolanu.

A bylo to tak...

Juz od dawna wiem, ze jedna moja znajoma chorzystka jest ode mnie dokladnie dzien starsza, w zwiazku z tym 30tke obchodzilysmy prawie rownoczesnie. To ona sie doszukala, ze 20 czerwca, dokladnie w jej rocznice urodzin, jest premiera 'Aidy' w La Scali. Ja pomysl podchwycilam, udalo nam sie znalezc jeszcze 4 inne osoby do towarzystwa i czym predzej kupilismy bilety na samolot, bo akurat byly w bardzo atrakcyjnej promocyjnej cenie. Dokladnie 2 miesiace temu, w chwili otwarcia kas opery, trojka z naszej ekipy przystapila do bukowania biletow na 'Aide'. I odniesli sromotna kleske. Najpierw pojawil im sie blad, a po chwili informacja, ze wszystkie juz sa wykupionie (prawdopodobnie w przedsprzedazy dla posiadaczy abonamentow i agencji). To nas jednak do Mediolanu nie zniechecilo i polecielismy.

Zamiast hotelu pieciogwiazdkowego (jak wskazuje artukul z poprzedniego wpisu) wynajelismy mieszkanie, ktore nalezy do najoryginalniejszych apartamentow jakie w zyciu widzialam. Pelne bylo bibelotow, pieknych szafek, kredensow, instrumentow muzycznych (od cymbalek przez mandoliny po pianino), starych zegarow, krysztalowych mis, obrazow itp. I to wszystko utrzymane w czystosci i cenie na osobe rownej zakwaterowaniu w schronisku mlodziezowym. Dzieki temu urodziny swietowalysmy w niecodzienny sposob z wielkim swiecznikiem do zdmuchniecia, weronskimi ciastkami na srebrnej paterze w roli tortu i spumante do wzniesienia toastu w plastikowych kubeczkach (akurat nie bylo zadnych wytwornych kieliszkow). Do tego sto lat mialysmy odspiewane po polsku, niderlandzku i po wlosku. Z wrazenia zapomnielismy zrobic zdjecia, ale bedziemy to dluuugo pamietac!!! Choc i tak glownym hitem mieszkania byl prysznic na poddaszu, tuz pod belka sufitowa, pod ktora wisialy dzwoneczki feng shui – w efekcie osoba kapiaca sie miala do dyspozycji powierzchnie wielkosci pralki (z reguly wszyscy ustawiali sie w kolejce do drugiej lazienki i tylko ja wytrwalam w akrobacjach).

Co do zwiedzania, to w piatek zaczelismy od Mediolanu, gdzie poza imponujaca katedra i piekna galeria niewiele wiecej bylo do zobaczenia.

W sobote zaczelismy wstawac o 6 rano, zeby sie wyszykowac na poranny pociag do Genui (po wlosku miasto nazywa sie Genova i mielismy drobne obawy, zeby nie wyladowac w Genewie w Szwajcarii), ale na dworcu okazalo sie, ze juz nie ma biletow. Braklo ich tez do Bolonii, ktora byla nasza opcja numer dwa i ostatecznie spontanicznie wyladowalismy w Weronie (jak widac, jestesmy bardzo elastyczni). Wybor okazal sie jak najbardziej trafny, bo sie dowiedzialam o przedstawieniach operowych w antycznej arenie (widzielismy jak ustawiaja dekoracje do… Aidy) i napstrykalismy mnostwo fotek na balkonie Julii.

Niedziela nam minela na luksusownym wypoczynku nad jeziorem Como. W jednym z miasteczek wille kupil tam George Clooney, ale nie mielismy przyjemnosci sie spotkac. Klimat srodziemnomorski, a do tego gory dookola i kilku znajomych do towarzystwa – nie mozna bylo sobie wymarzyc piekniejszej scenerii na urodziny!

A w poniedzialek mielismy szybki spacer po mediolanskich sklepach (dla mnie zakupy skonczyly sie na plycie z opera z La Scali, ktora zwiedzilam o poranku, slodyczach i makaronach), zjedlismy pizze na wynos w naszym urokliwym apartamencie i wrocilismy do BXLi. Przesiaklismy jednak atmosfera tej swiatowej stolicy mody i na lotnisku wzbudzalam zaciekawienie swoim strojem – zamiast stylowej kreacji Prady czy Chanel mialam zielone lniane spodnie (H&M), biala koszule w amarantowo-zielone motylki (polski TROLL), odcien rozu doskonale komponowal sie z moim kolorem skory po paru dniach na wloskim sloncu, a do tego jako bagaz podreczny zabralam… amarantowo-zielona mocno zuzyta reklamowke z Carrefoura, do ktorej upchalysmy resztki ciastek z mieszkania (na szczescie pania prezydentowa nie jestem, wiec faux pas nie popelnilam, tylko promuje nowy kierunek w modzie). Nie udalo nam sie niestety zabrac zgrzewki wody (po tym, jak w poniedzialkowy poranek kazdy uczestnik wycieczki wlal w siebie jakies dwa litry z poprzednich butelek, wymieklismy i stwierdzilismy, ze zostawimy ja jako prezent dla kolejnych lokatorow).

I tak nam minal piekny weekend w Lombardii i okolicy. Nie mam nic przeciwko takiemu starzeniu sie ;-)

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Dopiero dzis trafilam na informacje o Twoich urodzinach! Nadrabiam blogowe zaleglosci!
Wszystkiego najlepszego, droga Epsko!
Reine_Marguerite