środa, 17 czerwca 2009

Kulinarnie

W sektorze prywatnym istnieje czesto fundusz socjalny i pracujac w Polsce wychodzilam na kregle czy jedzilam na krotkie wycieczki na koszt firmy. W Instucjach inicjatywy sluzace blizszemu poznaniu sie sa z reguly oplacane przez nas samych i najczesciej polegaja na wspolnym posilku. W ostatnim tygodniu mialam okazje byc na dwoch takich imprezach.

Pierwsza odbyla sie w domu jednego szefow, ktory zaprosil caly swoj dzial plus dyrektoriat (czyli dyrektora i jego sztab, w tym mnie). Spotkanie bylo w stylu niemieckim, zaczelo sie prezentacja o kuchni regionalnej i roznych ciekawostach typu – czym sie rozni flaga niemiecka od belgisjkiej i jakie popelniano z nia bledy (np. przy protestach przeciwko przejeciu greckiej firmy telekomunikacyjnej przez Deutsche Telekom w maju 2008 – patrz zdjecie). A potem byla juz tylko konsumpcja – gospodarz na ogromnym grillu przypiekal kielbaski dla ponad 20 osob, a w miedzyczasie na nas na tarasie czekaly precle, salatki (z kartoflana wlacznie), placki ziemniaczane z musem jablkowym i masa ciast na koniec. Pycha (zwlaszcza, ze jestem fanka kuchni niemieckiej). Za to po wakacjach mam byc wspolorganizatorka polskiego lunchu dla tego samego grona…

A wczoraj bylam na znacznie bardziej kameralnej kolacji dyrektoriatu. Tu kreatywnoscia nie blysnelismy i poszlismy do restauracji. Miejce bylo urocze – zaadaptowano ogrod, w ktorym luzno ustawiono kilka stolow i foteli, we wtorek wieczorem poza nami wielu klientow nie bylo, a jak sie ochlodzilo, dostalismy kolorowe koce i wygladalismy jak grono babuszek ;-) Za to krolowala kuchnia francuska, ktora lubie dosc wybiorczo. Na pierwszy rzut oka z menu niewiele zrozumialam - roilo sie tam od nielubianych przeze mnie fois gras (czyli watrobek), krewetek, coquilles Saint-Jacques (po polsku to duszone przegrzebki/muszle sw.Jakuba). Jak juz poprosilam frankofonow o pomoc w wyborze, to sie dowiedzialam o nerkach cielecych (rognon de veau), golebiach (pigeon ramier) czy krolikach (tez w nich nie gustuje). Ostatecznie zamowilam kawalek prosiaczka ze szpinakiem w orzechach (Filet de porcelet aux noix de Pécan à la muscade, fondue d’épinards à l’huile de noisettes). Nie powiem, smaczne bylo, ale uderzylo po kieszeni. A jesli chodzi o blizsze zapoznanie sie z kolegami z pracy, to wyszlo srednio, bo po francusku obgadywali wszystkich dookola. Ja z zasady wtracam sie po angielsku - czesto niewiele umialam dorzucic, wiec mialam glownie sluchowisko, co w tak pieknych okolicznosciach przyrody bylo calkiem niezlym pomyslem na bezdeszczowy wieczor.

A na kolacje jednak najbardziej lubie chodzic ze znajomymi. Od piatku bedziemy miec pare okazji poprobowac wloskich potraw (a ze preferuje kuchnie konkretna od wykwintnej, to wszelkie makarony i pizze tez naleza do moich faworytow). Mniam mniam.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

No, sprobowalabys gustowac w krolikach! ;)

Pozdrawiam serdecznie,
Texas