wtorek, 27 października 2009

Co w trawie piszczy

Jakis czas temu zdalam sobie sprawe, ze przygodni internauci natykaja sie na tego bloga szukajac w wyszukiwarce pod haslem 'wieczorynka dzis' ;-) I pewnie sie mocno rozczarowuja, ze trafiaja na mnie, a nie na 'Misia Uszatka', 'Smerfy', czy chocby 'Atmowki'.

Dzis bedzie o dzieciach. W BXLi ukazala sie gazetka po polsku wydawana wlasnie dla nich. Tam znalazlam np.wytlumaczenie dla najmlodszych, co to jest… Unia Europejska. Porownano ja do domu z 27 pokojami, gdzie kazdy jest odpowiednikiem innego kraju. Dodatkowo w budynku sa lazienka, kuchnia, kotlownia, piwnica i strych, ktore sluza wszystkim mieszkancom. Tak samo jest z 5 instytucjami: Parlamentem Europejskim, Komisja Europejska, Rada Unii Europejskiej, Trybunalem Sprawiedliwości, Europejskim Trybunalem Obrachunkowym.

Jest tez opisana historia siusiajacego chlopczyka i dolaczony do niej slowniczek wyrazow uzytecznych, np. robic siusiu po francusku to faire pipi, a po niderlandzku: pipi doen.

A wracajac do maluchow, kolega niedawno opowiadal, jak jego dziecko wrocilo do domu z namalowanym na nadgarstku zegarkiem. Poniewaz 3-latek nie bylby zdolny do samodzielnego wykonania takiego obrazka, szybko okazalo sie, ze rysunki zrobila pani przedszkolanka i zaznaczyla kazdemu dziecku godzine, o ktorej ma rano wstac, zeby sie nie spoznic ;-) Ciekawe tylko, jak go wykorzystac w praktyce…

Natomiast dzis dowiedzialam sie o nowym sklepie - http://www.wrozka-zebuszka.pl. Otoz kiedy dziecku wypadnie zab, w dobrym tonie jest zapewnic stosowna gratyfikacje, ktora nastepnego dnia odnajdzie pod poduszka. Jesli rodzic nie chce isc na latwizne, moze zalogowac sie w specjalnym sklepie i wybrac upominek: Barbie-Wrozke-Zebuszke, szkatulke na zeby, skarbonke z zabkiem czy certyfikat.

I jak prosto byc rodzicem ;-) Prasa, przedszkole i internet zapewnia wiedze i pomysly, o ktorych nie snilo sie filozofom ;-)

niedziela, 25 października 2009

Polska Biega

Emocje opadly. Przeczytalam ostatni tom 'Wiedzmina' i po dwoch tygodniach wieczorow wypelnionych przewracaniem kartek w kolejnych ksiazkach postanowilam wysciubic nos za drzwi i sie zastanowic co dalej. Cwiczyc czy nie? Biegac czy sobie odpuscic?

Z jednej strony jestem z siebie dumna, ze udalo mi sie przelamac stereotyp lamagowatej urzedniczki (mimo ze bylam starszna pierdola w szkole na lekcjach WFu). I dalam dobry przyklad innym, bo o ile na moje szybkobiegajace znajome wszyscy reaguja westchnieniem: 'Wow! Ja bym nigdy nie dal(a) rady!', ja wciaz slysze: 'Wow! To moze w przyszlym roku ja tez sprobuje!' ;-)

Poszperalam troche w internecie i sie okazalo, ze pelno jest porad, blogow, artykulow, akcji itp. Najbardziej spodobala mi sie inicjatywa Gazety Wyborczej: Polska Biega. Natchniona pelnymi entuzjazmu wypowiedziami maratonczykow, sprobowalam sobie pobiegac po parku i nie moge uwierzyc, co sie stalo z moja kondycja. Po kilkuset metrach musialam przejsc do marszu, bo nie mam sily. Najwyrazniej zaczytywanie sie wiedzminskimi podrozami i walkami nie maja pozytywnego wplywu na krzepe czytelnika. A te 20 km w Paryzu przebylam w takim razie wylacznie na adrenalinie. Zeby zatem poprawic wynik bede musiala sporo popracowac. Choc ostatnio dostalam lekko demotywujacego maila (z przymruzeniem oka) od mojej mlodszej kuzynki: Nie chce Cie martwic, ale nietety przyjdzie dzień kiedy już nie pobijesz rekordu chyba ze odkryjesz metodę teleportacji:) Hmmm. Tak sie podcina innym skrzydla.

Do tego doszla do mnie wiadomosc o smierci 3 maratonczykow w Detroit - wiecej informacji tu: Tragiczny_maraton. A takze dowiedzialam sie o przekretach, ktore ludzie robia w biegach: w Paryzu duzo osob podobno na skroty bieglo przez trawnik, a jeden urzednik od nas mial spora niespodzianke, bo na 2 km sie przewrocil, ledwo dotarl do 5 km, gdzie mialo czekac pogotowie, na miejscu okazalo sie, ze nikogo nie ma i go odeslano na dziesiaty kilometr, tam opatrzono mu noge i stwierdzil, ze rezygnuje, mostem skrocil sobie droge i poszedl na mete nie odbijajac sie na 15 km (bo tam nidgy nie dotarl). I o dziwo, organizator udal, ze nie widzi oszustwa (choc zupelnie niezamierzonego) i przyznal medal i dyplom (mimo, ze pierwsze 10 km przebyl w 1h10, a druga polowe w 20 minut).

No coz. Ja jednak pozostane osoba porzadna! Jak w bajce o zolwiu i zajacu, gdzie ja bede tym wytrwalym gadem ;-) I tylko z zazdroscia spogladam na kadetow ze szkoly wojskowej, ktorzy z lekkoscia co dzien robia kolka po parku pod moim oknem w pracy. Ja musze troche jeszcze pocwiczyc, zeby tak ladnie przebiec jedna petle (2 km).

A na pocieszenie (nie kazdy przeciez jest urodzonym biegaczem) zrobilam sobie test na inteligencje. I wyszlo, ze mam IQ=140, czyli jestem geniuszem ;-) Logicznie rzecz biorac, nie za bardzo w to wierze, bo bym nalezala do elitarnej grupy 2% spoleczenstwa (w moja inteligencje nie watpie, ale mam tez w sobie troche pokory). Ale teoretycznie chyba mozna byc sportsmenka, szolmenka i intelektualistka rownoczesnie... I oczywiscie ksiegowa ;-)

wtorek, 20 października 2009

Wielokulturowosc


Po okresie pseudo-sportowym, zaczal mi sie czas ukulturalniania. I to na wielu frontach. Bylam na polskiej sztuce ‘Patty Diphusa’ z doskonala rola Ewy Kasprzyk, potem na ‘West Side Story’ po angielsku (w wykonaniu grupy z Nowego Yorku – piekna kolorowa scenografia, swietni tancerze i spiewacy, slowem – rewelacja, choc zmodyfikowano troche pierwotny zamysl autora i rywalizujace miedzy soba gangi to barwni Portorykanie kontra szarzy... Polacy), a przede mna jeszcze ‘Dom Juan’ po francusku w teatrze kolo mojego domu.

Dodatkowo na niderlandzkim zastanawiamy sie, jaka jest nasza znajomosc sztuki. Zaczelismy od obejrzenia kilku krotkich filmikow, po ktorych okazalo sie, ze kolezanki z Czarnego Ladu musicalem nazywaja zwykly spiew gwazdy pop, bo koncert to dla nich jest tylko w filharmonii, balet myla z opera itp. A jedna kursantka na pytanie, na jakiej wystawie byla ostatnio, z rozbrajajaca szczeroscia odpowiedziala, ze najbardziej lubi… wystawy sklepowe ;-)

Poznalismy tez jedno z dluzszych slow w tym ciekawym jezyku - Hottentottententententoenstelling – czyli namiotowa (tenten) wystawa (tentoenstelling) o rdzennych mieszkancach poludniowej Afryki (Hottentotten). Niedawno zas zajmowalismy sie poetyckimi okresleniami uczestnikow – sterke Stijn (silny Stijn), poëtische Paloma (poetycka Paloma), interessante Inez, zwangere zangeres (ciezarna spiewaczka), a na mnie wymyslilismy tylko… arme Aga (biedna Aga, bo nic innego nie przychodzilo nam do glowy i po dzis dzien na kazdych zajeciach nasz lektor to wspomina). Lekcje zakonczylismy podsumowaniem, ze z kazdego z nas jest kunstliefhebber (milosnik sztuki), nie myslic z kustliefhebber (milosnikiem plaz ;-).

A w domu pograzylam sie po uszy w sadze o Wiedzminie. W zeszlym tygodniu polknelam 4 tomy i jak dobrze pojdzie, to z reszta uwine sie wkrotce. Przerabialam juz je kilka lat temu i teraz z przyjemnoscia do nich wracam. A czyta mi sie jeszcze lepiej, jak czasem natykam sie na swojsko brzmiace miejsca: Brugge, Bremenhaven itp.

I tu mam jeszcze jedna jezykowa dygresje. Pominawszy skomplikowane nazewnictwo brukselskich ulic, sa miasta, w Belgii i okolicznych krajch, ktore w kazdym jezyku maja swoja nazwe. O ile belgijskie Namur (fr) zmienia sie na Namen (nl), Anvers (fr) na Antwerpen (nl) czy Bruges (fr) na Brugge (nl), to nie ma problemu (znaki drogowe sa w obu wersjach naprzemiennie). Ale jak tu sie domyslic takich odpowiednikow:

- Mons (fr) – Bergen (nl)
- Liège (fr) – Luik (nl) – Lüttich (de)
- francuskie miasto Lille – Rijsel (nl)
- i prawdziwa niemiecka perelka Achen (de) - Aix-la-Chapelle (fr) – Aken (nl) – Akwizgran (pl – tego co prawa na znakach nie ma, ale zajelo mi sporo czasu, zeby w moim przewodniku Pascala znalezc jakiesc informacje o Achen, ktore w ksiazce figurowalo pod polska nazwa).

Teraz zaluje, ze na prezentacje z francuskiego nie uparlam sie na omowienie wielojezycznosci (zagadnienia takie jak kapsuly nie wchodza juz w gre i mamy sie skupic na powaznych tematach). W efekcie musze sie przygotowac o petli zadluzeniowej i choc zagadnienie jest dla mnie do zaakceptowania, to i tak wyjdzie mi z tego pieprz z dzemem (ja pieprze, reszta drzemie, bo w grupie nie ma nie tylko finansistow, ale i ekonomistow).

Szczesliwie za tydzien mamy swieto uczacych sie niderlandzkiego ‘Bijt in Brussel’ i mozemy isc na dowolne zajecia sportowe (taniec, gimnastyke, joge, nauke jazdy na rowerze czy na nartach), na wycieczki, spacery, kursy (robienia mozaik, bukietow, pieczenie ciasteczek). Ja sobie wybralam Improvisatietheater. Moze wpadne na jakis pomysl, jak uatrakcyjnic moja francuska prezentacje ;-)

sobota, 17 października 2009

Nie dac sie zwariowac

Nie mozna chodzic po lesie miedzy krzakami, bo kleszcze. Nie mozna sie opalac bez filtrow, bo ryzyko raka. Czasem w Brukseli sa zakazy cwiczenia na swiezym powietrzu, bo zanieczyszczenie. Teraz grozi nam swinska grypa.

Probe choru wczoraj nam odwolano, bo coreczka dyrygentki (u ktorej sie zwykle spotykamy) wrocila z zielonej szkoly chora, jeszcze nie wiadomo na co, ale u 4 jej kolezankek stwierdzono wlasnie ta najbardziej zajadla wersje grypy.

W lazienkach w pracy powieszono instrukcje mycia rak w zwiazku ze wzrostem zachorowan, przed ktorym najlepiej sie ochronic przez zachowanie zasad higieny. A zatem: nalezy nabrac 3-4 ml zelu, przez 30 sekund dokladnie namydlic rece, oplukac, wytrzec papierowym jednorazowym reczniczkiem po czym nim (!) zakrecic kurek. Zapomniano tylko wspomniec, ze mimo wszystko najwieksi twardziele i tak rak nie umyja, wiec moze warto by bylo tymze recznikiem otwierac drzwi. A potem dostaje teczki od tych brudasow, zatem powinnam juz chyba z zalozenia siedziec w pracy w rekawiczkach?

W kantynie dodatkowo ustawiono pojemnik z plynem dezynfekujacym. Pamietam opowiesc znajomych jak pojechali do egzotycznego kraju w Afryce z podobnym srodkiem i tak gorliwie traktowali nim rece, ze nabawili sie choroby skornej ;-)


Opublikowano tez plakaty jak wystrzegac sie wirusow i kilka porad typu:
• Do not shake hands or greet others with a kiss.
• Avoid travelling in the affected areas (co prawda chodze 7.3 km/h, ale nie wyobrazam sobie zrezygnowac z metra ani autobusow)
• Visit public institutions outside peak-hours (mam przychodzic do pracy w weekendy?)
• Avoid events and places where many people gather, including public transport, cinemas, theatres, churches, conferences and concerts (hmmm).

Zreszta nawet ksiadz nam wspomnial, ze nie powinno sie maczac rak w wodzie swieconej przy wejsciu do kosciola, bo to tez zwieksza ryzyko infekcji.

Moze jednak ja nie bede przesadzac…

Po lesie chodze w szortach, kremow z filtrami zwykle zapominam zabrac z domu (podobnie jak okularow przeciwslonecznych), rece myje czesto, ale dezynfekowac ich nie mam zamiaru i drzwi otwieram metoda tradycyjna.

A wlaczyc to bede…z dymem papierosowym!

czwartek, 15 października 2009

Po biegu


Musze przyznac, ze dochodzenie do siebie tym razem poszlo mi sprawniej niz w maju. Juz mi przeszly wszelkie bole i zakwasy, wczoraj mialam pierwszy spacer, dzis bylam na pilatesie i jestem gotowa na kolejne wyzwania. Choc z tymi ciezko. W planach mam jedynie kilka wydarzen kulturalnych i codzienne zajecia w pracy i poza nia.

Dlugie piesze wycieczki tez zostana wkrotce zawieszone - dzis w nocy byly juz pierwsze przymrozki. W Polsce nawet spadl snieg. A na fejsbuku u kuzynki znalazlam zdjecie ogrodu rodzicow pokrytego cienka biala warstwa puchu ;-)

I nie moge uwierzyc, jakiego mielismy fuksa z pogoda w Paryzu – caly zeszly tydzien lalo, w tym tygodniu jest juz zimno, a niedziela byla dniem z najbardziej odpowiednia temperatura i brakiem opadow!!! Jak zwykle mam wiecej szczescia niz rozumu.

W nagrode za bieg zamowilam sobie mase pierogow, ktore teraz zjadam ze smakiem co dzien na kolacje. Jedna gospodyni domowa miala doskonaly pomysl i wyrabia hurtowo pierogi ruskie, z kapusta i grzybami, z kasza gryczana i pieczarkami oraz z miesem. Pycha! Zrobilysmy zamowienie ze znajomymi do pracy i teraz mam wyzerke co wieczor. Tego wlasnie mi brakowalo do pelni szczescia ;-)

środa, 14 października 2009

20 km de Paris

Jeszcze kilka fotek z niedzieli

Trasa

Rozgrzewka przed biegiem (z tylu na koszulkach mielismy napis: 1989-2009 20th Anniversary of the first Free Elections behind the Iron Curtain)

Taki tlum stal juz o 9.30

Falstart ;-)

Start czolowki - godzina 10.00

I tyly (gdzies tam w srodku bylismy my)

Krajobraz po starcie - wokol pelno porozrzucanych workow na smieci. Czas na lowy dla bezdomnych - czasem mozna bylo znalezc nowe bluzy, polary itp

Wybiegajacy z tunelu

Medal z 30tego paryskiego biegu na 20 km i koszulka upamietniajaca The Vote That Broke The Wall. W sumie gdyby nie wydarzenia z 1989 roku, moze nigdy bysmy nie wzieli udzialu w tym biegu...

poniedziałek, 12 października 2009

Zwyciestwo

Wlasciwie trudno mowic o wygranej, jak na mete dotarlo sie na szarym koncu (za mna bylo juz tylko 59 osob, a ja mam 21864 miejsce), ale zdecydowanie czuje sie zwyciezca.

Trzy lata temu bylam w szpitalu. Prawdopodobnie przeszarzowalam podczas pobytu w Tatrach, przy wypisie nakazano mi oszczedzajacy tryb zycia (bez odwolania). Kolo miesiaca siedzialam w domu w Polsce na zwolnieniu i powoli dochodzilam do siebie, po czym pelna obaw wrocilam do Brukseli (pamietam doskonale, jak znajome mi zorganizowaly huczne powitanie na lotnisku). Na poczatku faktycznie balam sie wszystkiego i dopiero z czasem zaczelam uskuteczniac wszystkie spacerki, rowerki, itp. I gdyby wtedy ktos mi powiedzial, ze dokladnie za 3 lata bede sie scigac na 20 km, to bym sie popukala w glowe.

A tu prosze…

Okazalo sie, ze szybciej niz w maju chodzic nie potrafie, wiec zeby pobic moj zyciowy rekord sprzed 4 miesiecy, musze troche pobiec. I pobieglam. Choc ostatnio to robilam w ogolniaku. I nawet niezle mi poszlo. Wynik poprawilam o 14 minut i na mete dotarlam w 2:43:49.

Ale bylo ciezko.

Jak caly tlum ruszal, ja jeszcze stalam w kolejce do ToiToi’a (przenosnego kibelka). Znajomego, z ktorym mialam isc, zgubilam po 200 metrach (potem mnie odnalazl), a po dwoch kilometrach chcieli nas usunac z trasy, bo stwierdzili, ze jestemy za wolni i na pewno nie damy rady (jakby po 2 km mozna to bylo definitywnie ocenic). Zreszta kolega zamiast isc rowno ze mna, to co rusz zostawal troche w tyle, po czym nadganial (smiejemy sie, ze stosowal strategie gumy od majtek). Jak dobieglismy (bo marszem sie nie dalo) do 5 km, to sprzatali dywan, na ktorym mielismy sie odbic czipem. Na 10 km na skrzyzowaniu puscili juz samochody, a ja nie wiedzialam nawet w ktora strone isc. Kolo 12 km zaczal mi towarzyszyc autobus, ktory zbieral spady i jechal tuz kolo mnie czekajac az wymiekne. Nie wiedzieli, ze ja jestem z tych, co jak sie upra, to beda isc do przodu nawet na czworakach. Jak sie zaczela seria tuneli, to do kazdego zbiegalam w dol doganiajac innych, a nastepnie wyprzedzalam po pare osob idac pod gore (w tym akurat jestem bardzo dobra).

Przelom nastapil na 15 km, gdzie dotarlam po 2 godzinach od startu i z obliczen mi wyszlo, ze na ostatnie 5 km mam 50 minut, czyli wlasciwie wygralam bieg. I poczulam euforie, ktora powinnam miec na mecie. Zakrecila mi sie lza w oku, a kolejny odcinek przebieglam jak na szkrzydlach zostawiajac za soba kolejne osoby. A potem emocje opadly i do mety dotarlam resztkami sil - choc na ostatnich 8 km wyprzedzilam co najmniej 59 osob (pewnie wiecej, bo duzo biegaczy z konca padalo ze zmeczenia).

Ale mam medal i dyplom. I, jak na mnie, bardzo dobry wynik! I osiagnelam srednie tempo 7,3 km/h. I postanowilam, zeby nigdy wiecej nie startowac w biegach, w ktorych jest wysrubowany limit czasowy! One maja mi sprawiac wylacznie przyjemnosc, a nie byc zrodlem dodatkowego stresu.

Teraz z nostalgia wspominam bieg w maju, kiedy zamiast ostrej rywalizacji, panowala swietna atomsfera wspolpracy i radosci. Kiedy zamiast zasapanych mdlejacych osob, mijalam co najwyzej grupki niepelnosprawnych, ktorzy z opiekunami tez chcieli sie przez chwile poczuc ‘sportowcami’. To wlasnie w tym, wedlug mnie, tkwi idea imprez, w ktorych bierze udzial 25 tysiecy osob. Tak sie promuje sport i tezyzne fizyczna. W koncu biegac kazdy moze!

Moj nastepny wyscig to 20 km w Brukseli 30 maja 2010. Mam plan, ze kupie sobie buty do biegania (te za 15 eur z Decathlonu, w ktorych bieglam wczoraj, zostawie sobie na spacerki) i zaczne cwiczyc na wiosne. Moze uda mi sie zaliczyc ten dystans w 2:30?

Poki co moj rezultat:





I nieco w temacie - link do felietonu Klaty o maratonie: http://tygodnik.onet.pl/0,33843,42_195,komentarz.html
O tym, jak nie wyzionac ducha, lecz ducha wzmocnic ;-)

czwartek, 8 października 2009

Burza

Pogoda wariuje. Juz mielismy szaruge jesienna, a tu sie znienacka ocieplilo (jest kolo 20 stopni, a w Polsce podobno nawet 26 w Krakowie), leje niemal ‘wiosenny cieply deszcz’ choc to pazdziernik, a wczoraj przez kilka godzin mielismy prawdziwa burze (jako ze piorunow sie boje, schowalam sie w mojej kuchni bez okna i z zapalem zajelam sie wyrabianiem duzych ilosci lecza z olbrzymia iloscia czosnku - cala uwage skupialam na mieszaniu pomidorow i krojeniu papryk ignorujac blyski i huki i teraz mam co jesc przez kilka dni).

I zaczynam pekac przed niedziela. Co kilka godzin sprawdzam prognoze pogody w Paryzu i co rusz sie zmienia. Widac tu silne wplywy brukselskie, gdzie aura jest tak nieprzewidywalna, ze co sie nie zapowie - to sie sprawdzi. Ja natomiast sobie nie wyobrazam, zebym miala zasuwac w deszczu 20 km przez 3 godziny (choc niecale). Z kolei jak zrezygnuje, to mi bedzie potem strasznie zal. Ta euforia na mecie, adrenalina i endorfiny, kolejny medal do kolekcji i dyplom na sciane – to wszystko mialoby mnie ominac?!?!?!

Moj ostatni pomysl to peleryna (z parasolka sie raczej nie bede wyglupiac), ktora moge miec ze soba, ale wtedy musze isc z plecakiem. Do tego powinnam wziac kase, jakbym zrezygnowala po drodze, zeby miec za co wrocic. I mape. I telefon, zeby byc w kontakcie z reszta. Jak i tak juz biore rzeczy, to moge tez wziac aparat. I butelke wody. I cos do jedzenia. Jeszcze troche, a dorzuce grzebien i lusterko ;-)

Poza tym znalezlismy film o tym, co nas czeka: http://www.20kmparis.com/web/videos_parcours.asp

Po jego obejrzeniu kolega, ktory bedzie mi towarzyszyl, stwierdzil, ze sie powaznie zastanowi na 10 km, co dalej robic, jak z lasu wyjdziemy na paryskie bulwary. Bo ten bieg nie ma konca. I coraz ciemniej sie robi ;-)

W dodatku zauwazyl, ze z niewiadomych przyczyn ludzie biegna w czarnych workach na smieci. Czy chodzi o to, ze bialy odbija swiatlo i jest zimniejszy ? No bo prawie wszyscy maja tez biale trampki. Zeby stopy sie nie przegrzaly?

Przyznal tez, ze musi jeszcze zalatwic zaswiadczenie o grupie krwi, na wypadek jakby wymagal transfuzji (to jeszcze zanim zauwazylismy, ze bedziemy w tunelu pod mostem l'Alma, gdzie zmarla ksiezna Diana). Przypadkiem okazalo sie, ze ja mam ta sama grupe, wiec w razie czego bedzie mial bank krwi przy sobie ;-) Mysle, ze razem tworzymy pare uczestnikow o najoryginalniejszym nastawieniu do calej imprezy. I najciekawiej sie do niej przygotowujemy ;-)

Poza nami startuja jeszcze dwie biegajace Epski. Przez chwile padl pomysl, zeby do nas dolaczyly (zapowiada sie masa smiechu), ale po podsumowaniu naszej dyskusji, postanowily sie jednak od nas odseparowac - biale trampki, czarne worki, swietej pamieci Lady Di, lasy, tunele, ciemnosc (widze ciemnosc) - zapachnialo tu kryminalem ;-)

Czytelnikow uprasza sie o trzymanie kciukow. O nasze zdrowie fizyczne i psychiczne!

wtorek, 6 października 2009

Oswiecenia

Czym sie ubija piane? Trzepaczka. Nie wiem czemu, choc w domu rodzinnym w kuchni nie robilam nic, to to ubijanie bialek pamietam tak doskonale, jakby nalezalo do moich regularnych zajec. Chyba caly sekret polegal na pierwszenstwie w wylizywaniu resztek z garnka, jak ciasto zostalo juz przelane do brytfanny i wstawione do piecyka (zawsze takie surowe najbardziej mi smakuje). W kazdym razie przez dlugie lata nie przyszlo nam na mysl, ze sztywno stojaca piane mozna uzyskac inaczej niz ciezka praca reczna.

Az po przyjezdzie do Brukseli udalo mi sie wyjsc poza utarte schematy. A raczej ubite. Podpatrzylam u znajomej, ze rownie wspaniala pelnowartosciowa sztywna piane mozna uzyskac… robotem kuchennym. Koniec z trzepaniem! Nie ma juz co prawda tamtej atmosfery, ale mojej obecnej kuchni o wymiarach 2 metry na poltora tez nie da sie porownac do tej z lat 'mlodosci'.

Dzis o tym nowatorskim sposobie przypomnialam kolezance, ktora nerwowo szukala ubijaczki, zeby wciaz jeszcze swiezo upieczonemu mezowi przygotowac ciasteczka wlasnej roboty – mam nadzieje, ze za to jutro mnie czeka deser do kawy ;-)

Ale niestety bicepsy i tricepsy juz nie takie, jak w erze trzepaczek.

Miesnie lydek tez mi flaczeja, bo dzisiejszy wieczor spedzam w domu i na swoj sposob przygotowuje sie do biegu w niedziele – uznalam bowiem, ze czas ufarbowac sobie wlosy, zeby dobrze i twarzowo wygladac w Paryzu ;-) Co prawda startuje w kategorii Senior Femme (Starych Bab), ale to nie uspawiedliwia siwych wlosow. Wpadlam na ten pomysl kiedy dostalam pelna, doskonale przygotowana dokumentacje zdjeciowa kuzyna, o tym, jak w niedziele przebiegl maraton w Kolonii! Teraz denerwujemy kolezanke, ktora z dziecmi bedzie nam kibicowac, ze tez tak chcemy ;-) A sama wiem, jak ciezko jest takie fotki zrobic, bo w weekend bylam reporterka znajomych polmaratonistek i niestety pierwsze ujecie pstryknelam im jak byly bardzo daleko, a zanim aparat sie ustawil na kolejne – dziewczyny smignely mi przed nosem. Wstepna porazke nadrobilam dopiero po rozdaniu medali.

Ze mna prawdopodobnie bedzie deczko latwiej, bo z kolega planujemy dotrzec na mete jako ostatni w dozwolonym czasie ponizej 2:50. I bedziemy sie wyrozniac ogromnymi bialymi T-shirtami w rozmiarze XXL upamietniajacymi 20 rocznice pierwszych polskich wolnych wyborow. Kolega prawnik, wyksztacony na Sorbonie, ma za zadanie ewentualne negocjowanie z organizatorami, zeby nas nie zdyskwalifikowali za stale tempo 7 km/h, ktore na poczatku sprawi, ze zostaniemy daleko w tyle za biegaczami i dopiero po jakims czasie mamy szanse dogonic tych najslabszych ;-) Ja juz przestudiowalam regulamin i nigdzie nie jest wspomniane, ze zakazuje sie maszerowac, wiec w razie czego bedziemy walczyc do upadlego. A jak mi podpadna, to juz wiecej do Paryza na bieg nie pojade! Ha!

;-)

niedziela, 4 października 2009

Wolny weekend

Miarka sie przebrala. Doszlam do takiego poziomu przeaktywizowania, ze jak mi sie w czwartek zdarzylo usiasc na kanapie i wlaczyc telewizor, to przez pare godzin nie moglam sie ruszyc i z ledwoscia kolo polnocy wstalam, zeby isc spac. Do tego pogoda robi sie chlodno-smutno-jesienna i zamiast organizowac zapowiedziana wycieczke do lasu na grzyby, postanowilam zwagarowac, wyjatkowo nigdzie nie jechac i troche wyhamowac.

I jak wygladalo moje odpoczywanie?

Sobota
- drobne zakupy, pranie, gruntowne sprzatanie mieszkania, prasowanie (rownoczesnie ogladalam 'Na dobre i na zle' na TV Polonia), gotowanie obiadu
- spacer do centrum (troche na okolo, zeby sie dobrze przewietrzyc po drodze, odnalezc fontanny Brueghel'owskie i kupic ksiazke do nauki gry na pianinie - doskonala ksiegarnia z partyturami jest na Rue des Eperonniers 79 w centrum)
- kolacja ze znajomymi
- nowy film Woody Allena ('Whatever works' - swietny!)
- poznonocne sprawdzanie, czy kupilam dobre podreczniki (na szczescie do pianina mam sluchawki, wiec sasiedzi mogli slodko spac)

Niedziela
- proba choru i msza
- oczekiwanie na polmaratonistki, kibicowanie im na mecie na Grand Place i analizowanie jak ladnie i efektownie ukonczyc bieg ;-)
- film 'Le Petit Nicolas' (Przygody Mikolajka) w kinie
- nadrabianie zaleglosci w blogu
- i jeszcze mnie czeka konczenie pracy domowej z francuskiego i niderlandzkiego

W miedzyczasie dodatkowo przeczytalam 'Szalenstwa niegrzecznej dziewczynki' Mario Vargas Llosa.

Jakos tak srednio wypoczelam. Chyba jednak powroce do lepszego planowania weekendow ;-)

Peter Bruegel (Brueghel) Starszy














Peter Bruegel zwany Chlopskim urodzil sie ok.1525 roku kolo Bredy, a zmarl w 1569 w Brukseli, w ktorej spedzil 10 lat zycia. Pochowano go w kosciele Notre Dame de la Chapelle, gdzie dzis co niedziela odbywaja sie polskie msze. Zas w miescie ustawiono niewielkie fontanny nawiazujace do jego tworczosci (dowiedzialam sie o nich na lekcji niderlandzkiego).




Wybralam sie ich sladem i oto co znalazlam (uprzedzam, ze choc na zdjeciach figurki wygladaja na pokazne, w rzeczywistosci Siusiajacy Chlopczyk przy nich to olbrzym
;-) Trase na mapce obok wyznaczylam sama.





A. Malpka - Hoogstraat (rue Haute)


B. Kumoszki - Vossenstraat (rue des Renards)


C. Karnawal - Rollebeekstraat (rue de Rollebeek)


D.Slepcy - Boterstraat (rue au Beurre)

E. Hustawka - De Brouckèreplein (Place de Brouckère)


F. Skok przez kozla - De Brouckèreplein (Place de Brouckère)


G. Grajacy na dudach - Grootgodhuisstraat (rue du Grand Hospice)

H. Galanteria - Oude Graanmarkt (Place du Vieux Marché-aux-Grains)

Kiedy szukalam informacji o malarzu natknelam sie na jeszcze jeden ciekawy obraz - Przysłowia niderlandzkie / Swiat do gory nogami (1559). W serie scenek rodzajowych wplecione zostalo 100 przyslow i wyrazen. Kilka z nich funkcjonuje rowniez w naszym jezyku: bic glowa w mur, wyrzucac pieniadze w bloto czy perly przed wieprze. Ale sa tam tez inne hasla: trudno siegnac od jednego chleba do drugiego (my mowimy: nie moc wiazac konca z koncem) czy wyprozniac sie razem do jednej dziury (zjesc razem beczke soli). Pelna lista przyslow, ich znaczen i odpowiadajacych im fragmentow dziela znajduje sie w niezawodnej wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Przys%C5%82owia_niderlandzkie

Bruegel Starszy jest znany glownie z dwoch innych obrazow. Pierwszy z nich to 'Wieza Babel'. Drugi to 'Upadek Ikara', ktory poznalam na ktorejs lekcji polskiego przy okazji analizy wiersza Rozewicza.

Dawniej kiedy nie wiem
dawniej myślałem że mam prawo obowiązek
krzyczeć na oracza
patrz patrz słuchaj pniu
Ikar spada
Ikar tonie syn marzenia
porzuć pług
porzuć ziemię
otwórz oczy
tam Ikar
tonie
albo ten pastuch
tyłem odwrócony do dramatu
skrzydeł słońca lotu
upadku

mówiłem ślepcy

lecz teraz kiedy teraz nie wiem
wiem że oracz winien orać ziemię
pasterz pilnować trzody
przygoda Ikara nie jest ich przygodą
musi się tak skończyć
i nie ma w tym nic
wstrząsającego
że piękny statek płynie dalej
do portu przeznaczenia


Ten sam obraz pozniej zainspirowal Kaczmarskiego: http://www.youtube.com/watch?v=p6DThUwgpBI

Amatorzy malarstwa niderlandzkiego moga sie wybrac do Muzeum Sztuk Pieknych w Brukseli.

"Po śmierci Bruegla przez kilka wieków jego obrazy pozostawały w zapomnie­niu; nie zgadzały się z estetyką ukształtowaną w podziwie dla bohaterów, świę­tych i możnowładców przez mieszczański sposób myślenia lub postrzeganie na­tury w romantyczny sposób. Zainteresowanie malarzem odrodziło się na nowo dopiero w naszym wieku; dziś sale muzealne poświęcone jego sztuce w Kunst­historisches Museum w Wiedniu i Musees royaux w Brukseli należą do głów­nych atrakcji miłośników sztuki."
/"Bruegel" Rose - Marie i Rainer Hagen./

czwartek, 1 października 2009

Pawel i Gawel (2)

Z ciekawosci odszukalam sobie tytulowy wiersz Fredry w internecie. Znalazlam go razem z seria 46 komentarzy rodem z 'naszej klasy'. Usmialam sie setnie. To kilka z nich (zachowalam oryginalna pisownie):

bdb wiersz szkoda tylko że taki krótki…

chłopaki z mojej klasy dzisiaj to występowali

bordzo fajny wiersz jest pouczający ia zarazem fpada w ucho polecam:)

no nie wiem co powiedziec zatkalo mnie piekny wiersz

Nie podoba mi się bardzo … Dla bachorów i tyle . Wolę jakieś przygodówki

ten kto go napisał jest cool


;-)))

Pawel i Gawel

Wypowiedzialam wojne sasiadom! W kamienicy mamy tak skonstruowane lazienki, ze po wlaczeniu swiatla od razu zaczyna dzialac wiatraczek i miesza powietrze z calego pionu. Generalnie sprawdzalo sie to niezle, az do momentu, kiedy sasiadka z gory i sasiad na dole zaczeli palic w WCcie. Moj kibelek stal sie komora dymna. Ostatnio obudzilam sie w nocy, bo poczulam dziwny swad i jak otworzylam drzwi od lazienki, to o malo nie padlam zemdlona. Zamiast jednak w szlafroczku wedrowac i wszczynac awantury moja marna francuzczyna (nie powiem, przeszo mi to przez mysl) poczekalam do rana i z pomoca znajomej napisalam pelen zalu list do sasiadow o mojej rzekomej astmie, ktorej ataki sa wywolywane m.in.przez dym papierosowy (podejrzenie astmy mam, ale po infekcjach wirusowych; nawet posiadam stosowny inhalator, ale przeciez nie musze wspollokatorow informowac o takich szczegolach).

Jaki jest efekt? Do domu teraz wracam ze wzrokiem wbitym w chodnik, bo na balkonie na pierwszym pietrze stoi sasiad z papierosem i patrzy na mnie z wyrzutem (choc jego zona przyszla do mnie wczoraj na rozmowe i stosunki miedzy nami panuja chlodne acz poprawne - zapewnilam ja, ze nie przeszkadza mi glosna muzyka puszczana do 23ciej - latwo moge ich zagluszyc - i nie mam uczulenia na ich kota). Przed wyjsciem z mieszkania nasluchuje, czy nie schodzi sasiadka z gory, zeby sie na nia nie natknac (to ona jest glowna winowajczynia, a nie ma tarasu, na ktory moze wychodzic). Znajomi mi sugeruja, zebym jej do skrzynki pocztowej podrzucala lepsze marki papierosow (jak dotad kupuje strasznie smierdziele, ktore mnie najbardziej wkurzaja).

Ale palic w lazience przestali!