Emocje opadly. Przeczytalam ostatni tom 'Wiedzmina' i po dwoch tygodniach wieczorow wypelnionych przewracaniem kartek w kolejnych ksiazkach postanowilam wysciubic nos za drzwi i sie zastanowic co dalej. Cwiczyc czy nie? Biegac czy sobie odpuscic?
Z jednej strony jestem z siebie dumna, ze udalo mi sie przelamac stereotyp lamagowatej urzedniczki (mimo ze bylam starszna pierdola w szkole na lekcjach WFu). I dalam dobry przyklad innym, bo o ile na moje szybkobiegajace znajome wszyscy reaguja westchnieniem: 'Wow! Ja bym nigdy nie dal(a) rady!', ja wciaz slysze: 'Wow! To moze w przyszlym roku ja tez sprobuje!' ;-)
Poszperalam troche w internecie i sie okazalo, ze pelno jest porad, blogow, artykulow, akcji itp. Najbardziej spodobala mi sie inicjatywa Gazety Wyborczej: Polska Biega. Natchniona pelnymi entuzjazmu wypowiedziami maratonczykow, sprobowalam sobie pobiegac po parku i nie moge uwierzyc, co sie stalo z moja kondycja. Po kilkuset metrach musialam przejsc do marszu, bo nie mam sily. Najwyrazniej zaczytywanie sie wiedzminskimi podrozami i walkami nie maja pozytywnego wplywu na krzepe czytelnika. A te 20 km w Paryzu przebylam w takim razie wylacznie na adrenalinie. Zeby zatem poprawic wynik bede musiala sporo popracowac. Choc ostatnio dostalam lekko demotywujacego maila (z przymruzeniem oka) od mojej mlodszej kuzynki: Nie chce Cie martwic, ale nietety przyjdzie dzień kiedy już nie pobijesz rekordu chyba ze odkryjesz metodę teleportacji:) Hmmm. Tak sie podcina innym skrzydla.
Do tego doszla do mnie wiadomosc o smierci 3 maratonczykow w Detroit - wiecej informacji tu: Tragiczny_maraton. A takze dowiedzialam sie o przekretach, ktore ludzie robia w biegach: w Paryzu duzo osob podobno na skroty bieglo przez trawnik, a jeden urzednik od nas mial spora niespodzianke, bo na 2 km sie przewrocil, ledwo dotarl do 5 km, gdzie mialo czekac pogotowie, na miejscu okazalo sie, ze nikogo nie ma i go odeslano na dziesiaty kilometr, tam opatrzono mu noge i stwierdzil, ze rezygnuje, mostem skrocil sobie droge i poszedl na mete nie odbijajac sie na 15 km (bo tam nidgy nie dotarl). I o dziwo, organizator udal, ze nie widzi oszustwa (choc zupelnie niezamierzonego) i przyznal medal i dyplom (mimo, ze pierwsze 10 km przebyl w 1h10, a druga polowe w 20 minut).
No coz. Ja jednak pozostane osoba porzadna! Jak w bajce o zolwiu i zajacu, gdzie ja bede tym wytrwalym gadem ;-) I tylko z zazdroscia spogladam na kadetow ze szkoly wojskowej, ktorzy z lekkoscia co dzien robia kolka po parku pod moim oknem w pracy. Ja musze troche jeszcze pocwiczyc, zeby tak ladnie przebiec jedna petle (2 km).
A na pocieszenie (nie kazdy przeciez jest urodzonym biegaczem) zrobilam sobie test na inteligencje. I wyszlo, ze mam IQ=140, czyli jestem geniuszem ;-) Logicznie rzecz biorac, nie za bardzo w to wierze, bo bym nalezala do elitarnej grupy 2% spoleczenstwa (w moja inteligencje nie watpie, ale mam tez w sobie troche pokory). Ale teoretycznie chyba mozna byc sportsmenka, szolmenka i intelektualistka rownoczesnie... I oczywiscie ksiegowa ;-)
niedziela, 25 października 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarz:
140 .. ja tam jestem gotowa uwierzyc.
Sama na wszelki wypadek nie robie :)))
Galka Anonimka
Prześlij komentarz