
Po okresie pseudo-sportowym, zaczal mi sie czas ukulturalniania. I to na wielu frontach. Bylam na polskiej sztuce ‘Patty Diphusa’ z doskonala rola Ewy Kasprzyk, potem na ‘West Side Story’ po angielsku (w wykonaniu grupy z Nowego Yorku – piekna kolorowa scenografia, swietni tancerze i spiewacy, slowem – rewelacja, choc zmodyfikowano troche pierwotny zamysl autora i rywalizujace miedzy soba gangi to barwni Portorykanie kontra szarzy... Polacy), a przede mna jeszcze ‘Dom Juan’ po francusku w teatrze kolo mojego domu.
Dodatkowo na niderlandzkim zastanawiamy sie, jaka jest nasza znajomosc sztuki. Zaczelismy od obejrzenia kilku krotkich filmikow, po ktorych okazalo sie, ze kolezanki z Czarnego Ladu musicalem nazywaja zwykly spiew gwazdy pop, bo koncert to dla nich jest tylko w filharmonii, balet myla z opera itp. A jedna kursantka na pytanie, na jakiej wystawie byla ostatnio, z rozbrajajaca szczeroscia odpowiedziala, ze najbardziej lubi… wystawy sklepowe ;-)
Poznalismy tez jedno z dluzszych slow w tym ciekawym jezyku - Hottentottententententoenstelling – czyli namiotowa (tenten) wystawa (tentoenstelling) o rdzennych mieszkancach poludniowej Afryki (Hottentotten). Niedawno zas zajmowalismy sie poetyckimi okresleniami uczestnikow – sterke Stijn (silny Stijn), poëtische Paloma (poetycka Paloma), interessante Inez, zwangere zangeres (ciezarna spiewaczka), a na mnie wymyslilismy tylko… arme Aga (biedna Aga, bo nic innego nie przychodzilo nam do glowy i po dzis dzien na kazdych zajeciach nasz lektor to wspomina). Lekcje zakonczylismy podsumowaniem, ze z kazdego z nas jest kunstliefhebber (milosnik sztuki), nie myslic z kustliefhebber (milosnikiem plaz ;-).
A w domu pograzylam sie po uszy w sadze o Wiedzminie. W zeszlym tygodniu polknelam 4 tomy i jak dobrze pojdzie, to z reszta uwine sie wkrotce. Przerabialam juz je kilka lat temu i teraz z przyjemnoscia do nich wracam. A czyta mi sie jeszcze lepiej, jak czasem natykam sie na swojsko brzmiace miejsca: Brugge, Bremenhaven itp.
I tu mam jeszcze jedna jezykowa dygresje.
Pominawszy skomplikowane nazewnictwo brukselskich ulic, sa miasta, w Belgii i okolicznych krajch, ktore w kazdym jezyku maja swoja nazwe. O ile belgijskie Namur (fr) zmienia sie na Namen (nl), Anvers (fr) na Antwerpen (nl) czy Bruges (fr) na Brugge (nl), to nie ma problemu (znaki drogowe sa w obu wersjach naprzemiennie). Ale jak tu sie domyslic takich odpowiednikow:- Mons (fr) – Bergen (nl)
- Liège (fr) – Luik (nl) – Lüttich (de)
- francuskie miasto Lille – Rijsel (nl)
- i prawdziwa niemiecka perelka Achen (de) - Aix-la-Chapelle (fr) – Aken (nl) – Akwizgran (pl – tego co prawa na znakach nie ma, ale zajelo mi sporo czasu, zeby w moim przewodniku Pascala znalezc jakiesc informacje o Achen, ktore w ksiazce figurowalo pod polska nazwa).
Teraz zaluje, ze na prezentacje z francuskiego nie uparlam sie na omowienie wielojezycznosci (zagadnienia takie jak kapsuly nie wchodza juz w gre i mamy sie skupic na powaznych tematach). W efekcie musze sie przygotowac o petli zadluzeniowej i choc zagadnienie jest dla mnie do zaakceptowania, to i tak wyjdzie mi z tego pieprz z dzemem (ja pieprze, reszta drzemie, bo w grupie nie ma nie tylko finansistow, ale i ekonomistow).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz