wtorek, 28 kwietnia 2009

Swieto wiosny

To juz chyba bedzie ostatni wpis w wiosennej serii, bo o niczym innym nie pisze od 2 miesiecy ;-) Ale wlasnie robilam porzadki na przyjazd gosci na 1 maja i z braku nagran Szymanowskiego puscilam sobie ‘Le Sacre du printemps’ jego rowiesnika Igora Strawinskiego (plytke kupilam na przecenie za cale 2 eur w Niemczech, a rok temu bylam na balecie ku pamieci Maurice Bejart'a). Rewelacja.

Utwor jest o zaklinaniu ziemi, zeby polozyc kres zimie. Aby odrodzilo sie zycie, konieczne jest zlozenie ofiary z czlowieka i po pierwszej spokojnej czesci o przebudzeniu nastepuje rytualny obrzed. Prapremiera w Paryzu w 1913 roku byla jednym z najwiekszych skandali w historii muzyki. Barbarzynska tradycje przedstawiono rownie dzikim tancem. Trzeba bylo zrezygnowac z elementow klasycznych i na scene wyskoczyly dziesiatki ociezalych tancerzy, co nie miescilo sie w glowach owczesnym Paryzanom.

Jakis czas temu do ‘Przekroju’ dolaczono film dokumentalny ‘Rytm to jest to!’ o tym, jak w przemyslowej dzielnicy Berlina profesjonalni muzycy i choreograf z asystentami przygotowywali wystep w ktorym wzielo udzial 250 uczniow, takiej ‘trudnej mlodziezy’. Z poczatku nieufni i pelni watpliwosci, dzieki muzyce Strawinskiego odkrywaja w sobie pasje, o ktora sie nie podejrzewali, a przy okazji ucza sie pracowitosci i wytrwalosci. Wspolnie odtanczyli wlasnie 'Swieto wiosny'. Swietny film, polecam kazdemu.

I tak to wysoka kultura trafia do mas i zamiast budzic emocje na salach koncertowych sluzy jako podklad muzyczny do mycia okien ;-)

Dla zainteresowanych link z baletu:

http://www.youtube.com/watch?v=UZL4PsV0eh0


PS Kiedy spacerowalam w Justynowie z mala coreczka sasiadow, w pewnym momencie zaczela sobie podspiewywac ‘O sole mio!’. Skoro drobna dziewczynka, wazaca 12 kg, parodiuje Pavarottiego, to rownie dobrze ja stojac na krzesle moge udawac baletnice! Choc tematycznie chyba lepiej by pasowalo ‘Wyginam smialo cialo', zwlaszcza ze najpierw w pracy na czworakach wychodzilam z okna patrzec na protestujacych studentow, a w domu okazalo sie, ze brakuje mi kilku centymetrow, zebym sama mogla zdjac zaslony i wspinalam sie na skomplikowana konstrukcje z dywanu, ksiazek, drabiny i poduszki. Dzis zatem jestem Epska-Akrobatka. Na szczescie obylo sie bez zadnych szkod ;-)

sobota, 25 kwietnia 2009

Mity

Wlasnie wrocilam z wspanialego koncertu najprzystojniejszego polskiego pianisty Piotra Anderszewskiego (ktoremu urosl niestety brzuszek i troszke stracil na atrakcyjnosci) i skrzypka F.P.Zimmermanna. Siedzielismy w pierwszym rzedzie, wiec dokladnie widzielismy jak wioliniscie sypal sie smyczek (wlosie co rusz sie urywalo) i zauwazalismy gapiostwo przekladacza stron pianiscie (mial czarujacy usmiech i wychodzil z artystami po brawa, ale prace pewnie straci - stwiedzilam, ze nastepnym razem moglabym go zastapic, nawet jako wolontariuszka ;-). Natomiast koncert byl wspanialy i pierwszy raz spotkalam sie z 'Mitami' Szymanowskiego. Zaczynaja sie 'Zrodlem Aretuzy' i jak sie wsluchalam, to oczyma wyobrazni widzialam nasz dzisiejszy spacer po Bois de Hal. Gdyby ktos chcial zrobic film o endymionach, to mialby doskonaly podklad muzyczny. Nastepne czesci utworu to 'Narcyz' i 'Driady i Pan', w ktorych przez moment mielismy wrazenie, ze slyszymy trabki i hejnal z wiezy Mariackiej (tylko w wykonaniu fortepianu i skrzypiec, wiec dokladnie nie wiem, jak to zrobili).

A z wycieczka bylo tak:

Pojechalismy pociagiem do Lembeek (ok.20 km od centrum BXLi) i nastepnie 45 minut szlismy pieszo do lasu. Wszysycy znajomi sie upierali, ze nie da sie do niego dotrzec od transportu publicznego, wiec wlasnie dzis udowodnilam, ze sie myla. Trasa byla piekna, bo miejsowosc okazala sie bardzo malownicza. Domki i ogrodki byly zadbane jak w Holandii

Czasem mijalismy niemal polskie krajobrazy

Chwilami widok byl bardziej egzotyczny

Natomiast las zapieral dech w piersiach. Caly wszerz i wzdluz byl pokryty niebieskimi drobnymi kwiatami, a w okolicy unosil sie delikatny miodowy zapach. Chodzilismy po nim okolo godziny i takie widoki nas nie opuszczaly



Endymion zwisly z bliska wyglada tak

Oprocz nas w lesie pelno bylo amatorow wedrowek i biegaczy. Doskonale oznaczono trasy piesze (choc i tak poszlismy inaczej) i szlak 'joggingu hiacyntowego'

Kwiaty te niestety kwitna bardzo krotko i za tydzien pewnie nie bedzie juz po nich sladu.

A wracajac do mitow, niekoniecznie wg Szymanowskiego, jeszcze dwie ciekawostki z wikipedii:

Endymion (gr. Ἐνδυμίων) – w mitologii greckiej młody pasterz, w którym zakochała się Selene (uwazana za personifikacje Ksiezyca). Obdarzony przez Zeusa wieczną młodością i zarazem wiecznym snem, spoczywa w grocie góry Latmos, co noc odwiedzany przez niepotrafiącą go dobudzić Selene. Jest symbolem piękna i spokoju śmierci, delikatnej urody młodzieńczej oraz wieczystego snu.

Hiakintos lub Hiacynt - w mitologii greckiej piękny młodzieniec, ulubieniec Apolla, który upodobał go sobie i nauczał strzelania z łuku oraz grania na cytrze. Zefir z zazdrości tak skierował rzucony dysk, że zranił śmiertelnie Hiakintosa, a z krwi zmarłego wyrósł kwiat zwany dziś hiacyntem.

środa, 22 kwietnia 2009

Belgijskie koleje i plany na przyszlosc

Musze przyznac, ze Belgowie mnie bardzo mile zaskoczyli. Kiedy jechalysmy do Keukenhofu (parku z tulipanami), na skutek bledu systemu nie sprzedano nam w kasie na brukselskim dworcu kolejowym znizkowego biletu weekendowego. Za przejazd musialysmy zaplacic u konduktora i bilet powrotny kupic w Holandii, co nas kosztowalo prawie 2 razy drozej. Napisalysmy odwolanie i dzis dostalysmy list z przeprosinami i zapowiedz zwrotu roznicy w cenie. Moja sympatia do SNCB/NMBS rosnie w oczach.

Nastepna wycieczke pociagiem planuje juz w sobote do Bois de Hal, gdzie poszycie lasu pokryte jest niebieskimi kwiatkami. Kwitna tylko kilka tygodni w roku, w poniedzialek na stronie RTBF ukazal sie artykul o tak donioslym wydarzeniu i w najblizszy weekend mamy ostatnia szanse zobaczyc to cudo. Po francusku te roslinki zwa sie jacinthe des bois, po angielsku Common Bluebell , ich lacinska nazwa brzmi hyacinthoides non-scripta. Dlugo szukalam polskiego tlumaczenia i okazalo sie, ze nie jest to zaden hiacynt, a… endymion zwisly ;-) Fotki juz wkrotce.


A tymczasem wrzucam moj widok z okna w pracy (zdjecie z dzis)

Przy kazdym powiewie wiatru na chodnik spada deszcz rozowych platkow

Znacznie trwalsze sa kasztanowce


Oraz bez i tulipany


Oprocz kwiecia wszedzie pelno jest entuzjastow biegania

A jeszcze miesiac temu park wygladal tak.

Dzis na lunch kupilysmy jedzenie na wynos i wyszlysmy 'na zielona trawke' troche sie dotlenic i podzielic wrazeniami po urlopach. I kiedy opowiadalam o moich zajeciach z ostaniego tygodnia stwierdzilysmy, ze jakby tak kupic mieszkania w jednym budynku, to kazdy moglby robic co lubi. Ja bym pielila i dbala o kwiatki w ogrodku (wzglednie moglabym piec ciasta), jedna kolezanka – gotowala, inna by byla odpowiedzialna za transport i logistyke. Panow juz widzialysmy oczami wyobrazni w roli ‘zlotej raczki’ i managera ds.kulturalnych. A budynek bysmy ozdobili barokowymi aniolkami. I wokol rozbrzmiewalyby dzwieki lutni. Tudziez pianina. Sielanka po prostu. I z ta wizja trzeba bylo wrocic po lunchu do pracy.

Ta wiosna nam w glowach przewraca!

Trzech Francuzow na polskim weselu...

W miniony weekend bylam w Lodzi na weselu u znajomych. Zaproszono na nie rowniez paru Francuzow, kolo ktorych zostalam posadzona i ktorym ze szczegolami przedstawialam polskie tradycje i zwyczaje slubne. I kiedy zblizala sie polnoc i oczepiny, trzech kolegow zabralo obuwie nowozencom, ale zostal jeszcze jeden but Panu Mlodemu, po ktorego nikt sie nie zglosil, wiec wyslalam moich sasiadow. Poszli razem, wrocili z butem mocno rozczarowali, ze go oddal tak bez klotni i bijatyk i niecierpliwie czekali na dalszy rozwoj akcji.

Po polnocy nastapilo wykupywanie butow. Para Mloda placila za nie butelkami wodki, ale ich chwilowi wlasciciele za alkohol musieli jeszcze cos zrobic - zatanczyc, zaspiewac, powiedziec wiersz itp. Francuzi przyjeli to z pokora. Jeden uciekl, dwaj najodwazniejsi staneli na srodku, ustawili mikrofon i zaspiewali:

Mon père était vétérinaire
il soufflait dans le derrière des chevaux
avec un petite tube en verre
afin de les rendre plus gros

Un jour, un cheval récalcitrant
dans l'petit tube lâcha un vent
il avala le tube en verre
il en est mort mon pauvre père

On l'emmena au cimetière
au cimetière des chevaux
et l'on écrivit sur sa pierre
on inscrivit ces quelques mots :

Ci gît mon père vétérinaire
qui soufflait dans le derrière des chevaux
avec un petite tube en verre
afin de les rendre plus gros


Poza nimi nikt tego nie rozumial, ja zalapalam tylko sam poczatek (Moj ojciec byl weterynarzem...), wszyscy radosnie bilismy brawo nie zwazajac na to, o czym zaspiewali (o tragicznej smierci ojca, ktory pracowal z konmi - generalnie piosenka jest nieprzyzwoita i zdecydowanie nieprzeznaczona na imprezy slubne ;-). Trzeba sie jednak uczyc tych jezykow obcych!

Przed oczepinami mielismy jeszcze dyskusje o wieczorach paniensko-kawalerskich. Jeden z Francuzow byl juz po slubie (zona z dzieckiem zostali w Danii) i opowiadal jak jego znajomi chcieli mu urzadzic przyjecie-niespodzianke. Odpowiednio wczesniej kolega zadzwonil do niego z zaskakujaca propozycja wspolnych zakupow, co bylo tak dziwne, ze od razu sie domyslil o co chodzi. Wzial zatem dzien wolnego z pracy i sam przygotowal im niespodzianke. W sobote rano wyslal do wszystkich SMSy z wiadomoscia, ze zostal porwany i co musza zrobic, zeby go odnalezc. Najpierw mieli sie udac do sex-shopu i od uprzedzonego wczesniej sprzedawcy dostali kartke z instrukcja, zeby kupic 10 roz. Kwiaciarka miala dla nich kolejna wskazowke - jeden z kolegow musi te kwiaty wreczyc sprzedawczyni w domu handlowym przy konkretnym stoisku. Ponoc pracowala tam bardzo urodziwa mloda dziewczyna i delikwent mialby doskonala okazje do nawiazania znajomosci, ale sie wystraszyl i poprosil jakas kolezanke, zeby go w tym wyreczyla (stracil taka szanse!!! ;-). Za roze dostali kolejna kartke z nastepnym krokiem. I tak przez caly dzien krazyli po miescie, wszystkie zadania wykonali, aby na koniec sie dowiedziec, ze przyszly Pan Mlody caly dzien spedzil bezczynnie w domu... Zatem glowna frajda dla niego bylo pozniej sluchanie opowiesci co i jak zrobili.

Kiedys kolezanka mi opowiadala, ze byla na rownie oryginalnym dnio-wieczorze paniensko-kawalerskim. Przyszla Panne Mloda przebrano w pizamke, Pana Mlodego w stroj Supermana i pojechano do Malpiego Gaju. Wszyscy bawili sie doskonale, tylko dziewczyna szla pozniej do slubu ze szrama na plecach po linie.

W tym roku jestem zaproszona na jeszcze jedno wesele. Trzeba bedzie cos wymyslic... ;-)

wtorek, 21 kwietnia 2009

Dzieciece marzenia

Wczoraj na lotnisko pojechala ze mna Mama i 6-letnia coreczka znajomych, ktorej najwiekszym marzeniem bylo przejechac sie pociagiem pospiesznym i miala okazje wyprobowac szybkie polaczenie Lodz-Warszawa (jak sie rozpedzi, to osiaga jakies 130 km/h). Co chwila mnie pytala, gdzie jestesmy i jak zobaczyla stacje Warszawa-Wlochy to oniemiala ze zdumienia i skometowala: 'Uaaaa! To my tak daleko dojechalysmy...??? A co zrobimy jak bedzie trzesienie ziemi???'. Widac dorosly czy przedszkolak, do wszystkich dotarly wiesci o tragedii w Abruzji.

Chwile pozniej pytam, jakie teraz ma marzenie, jak juz ta jazde pociagiem zaliczyla. Otoz zgodnie z przewidywaniem, mialaby ochote na lot samolotem. Kiedy zasugerowalam, ze na to pewnie bedzie musiala troche poczekac, od razu sie zgodzila, ze poleci jak bedzie miec 8 lat i wtedy wybierze sie w podroz, najchetniej do Brukseli, z Mama, albo jeszcze lepiej - z Tata, bo jej Tata jest bardzo dzielny ;-)

No fakt, jak tak czlowiek niepostrzezenie moze sie znalezc we Wlochach, to na Belgie jest potrzebne duzo wiecej odwagi. A swoja droga, to jej rosna wymagania. Pare lat temu najwiecej radosci sprawialo jej przejechanie sie z Justynowa do Lodzi rozklekotanym busikem, ktory nie tylko robil 'brum brum' (czyli jechal), ale i 'hop hop' (podskakiwal na wybojach). Coz, nawet przedszkolaki ida z czasem, z postepem, z osiagnieciami...

Sentymenty

Jednak blogowi daleko jest do oprogramowania bedacego odpowiedzia na wszystkie moje potrzeby. Moge wrzucic teksty, zdjecia, linki do piosenek, ale nie da sie dodac zapachu swiezej miety i melisy, ktora na nowo zaczyna wschodzic na grzadce pod domem i ktora pielilam przez dwa dni (wokol pieknie pachnialo ziemia i ziolami), nie da sie dolaczyc cwierkania i halasowania lesnego ptactwa ani blogiego ciepelka przy pierwszych promieniach slonca. Wegetacja w Polsce jest znacznie opozniona z porownaniu z Belgia, ale dzieki temu moglam znacznie dluzej podziwiac wczesne oznaki wiosny (kiedy w 'podjustynowskim' lesie wciaz kroluja zawilce, w parkach w Brukseli kwitna bzy i kasztany). Na krzakach w ogrodzie Rodzicow sa juz pierwsze liscie, trawa jest usiana stokrotkami, wszedzie mnostwo dzdzownic, a na zolto kwitnacej forsycji mamy hodowle biedronek siedmiokropek (liczylam!!!), co jest mila odmiana wobec zalewu trzynastokropek, ktore niczym stonka w latach piecdziesiatych opanowaly europejskie pola i laki ;-)

Stare liscie zgrabilam, krzaczki i powojniki przycielam, mlode pedy winorosli poprowadzilam wokol podporek (do altanki), grzadki przekopalam i przygotowalam na nowe sadzonki i az zal bylo wracac. Kiedy w ogrodzie wszystko zakwitnie, ja sie bede kisic w miejskim smrodzie ;-(

Na szczescie zawsze jak zateskie za swojskimi klimatami moge wsiasc w pociag i pojechac na przedmiescia. Kiedy z kolezanka bylysmy w Holandii, tlumaczylam jej, ze czuje sie tam jak u siebie. Co prawda w mojej wiosce na polach tulipanow nie ma, nie ma tez pieknych sciezek rowerowych i rownego asfaltu, ale poza tym, wszystko jest takie samo. Tylko tu nie mam czego pielic...

Na koniec kilka zdjec z minionego urlopu:

Zaczelo sie od Swiat i dekorowania mazurkow upieczonych przez Babcie

Tymczasem w ogrodzie wszystko kwitlo

Zanosi sie, ze bedziemy miec wysyp porzeczek

I mnostwo swiezej miety

Towarzystwa dotrzymywaly mi Tola...

...i Lolek (okazjonalnie dolaczaly Kluska, Baster i Amfa od sasiadow, ale zdjec nie mam)

Cudze chwalicie, a swego nie... macie, czyli las przy naszym domu pelen zawilcow


PS Tak wlasciwie odglosy okolicy da sie dodac do bloga. Tu Ptasie Radio ;-)

środa, 8 kwietnia 2009

Wielkanocnie

I znowu swieta. Jutro rano lece do domu i zostane az do 20 kwietnia. Ciesze sie bardzo na ta polska wiosne, pierwsze paki na drzewach, swieza trawe w ogrodzie, spiew ptakow za oknem. Na wielkanocne ciasta i zur z biala kielbasa. Na spotkania z sasiadami w drodze do i z kosciola i ze znajomymi zaraz po swietach.

To juz moja czwarta Wielkanoc, na ktora zjezdzam jako gosc do domu. Zwykle juz mnie omijaja wiosenne porzadki, a do obowiazkow naleza same przyjemnosci jak spacer ze swieconka czy dekorowanie mazurka. W koncu jestem na zasluzonym i wyczekanym urlopie. Czasem fajny jest los emigrantki ;-)

Zanim jednak wroce na lono rodziny, juz dzis zycze wszystkim, aby przez te dni w kazdym z nas zmartwychwstala jakas zagubiona czastka. Radosnych, pogodnych, zdrowych i smacznych Swiat!!!

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Dring dring

W sobote nie udalo nam sie pojezdzic na rowerze w mojej ulubionej, plaskiej jak nalesnik Holandii, na pocieszenie zrobilismy sobie wczoraj po poludniu wycieczke po okolicy Brukseli (bylo pieknie i slonecznie). Dystans, ktory przejechalismy, niewiele sie roznil od tego, ktory robimy pieszo (ok. 20 km), niestety ciagle gorki i dolki tak mnie wykonczyly, ze po wycieczce padlam ze zmeczenia. Cos z kondycja licho.

Natomiast co spojrze na rower, to mi sie przypomina kampania reklamowa przprowadzona w Wietnamie, namawiajaca rowerzystow do noszenia kaskow na rower. Troche mi dziala na wyobraznie. Sklada sie z trzech zdjec i hasel:

Nie zaloze kasku, bo...
... sprawia, ze glupio wygladam




... psuje mi fryzure



... nie wygladam cool



Nakrecono rowniez spot reklamowy, ktory mozna obejrzec tu: http://www.10ad.org/wear-a-helmet-and-protect-your-life/

Wczoraj przeanalizowalam moj sposob jazdy i wziawszy pod uwage ciagle hamowanie przy zjezdzaniu w dol i 'oszalamiajaca predkosc' z jaka sapiac i wyzywajac mozole sie pod gore, utrata kontroli nad rowerem raczej mi nie grozi (chyba, ze kierowca jadacy za mna straci cierpliwosc). Zatem poki co poprzestane na odblaskowej kamizelce i migajacaych swiatelkach.

Za to musze popracowac nad kondycja, bo wspoluczestnicy wycieczki troche sie wynudzili co chwila na mnie czekajac ;-) Jednak w wedrowaniu lepiej mi idzie.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Wiosna w Brukseli

Avenue Michel Ange, czyli Aleja Michala Aniola (tu kiedys mieszkalam)



Square Ambiorix (przez ktory co dzien przechodze w drodze do i z pracy)



Okolice Parlamentu Europejskiego od strony Parku Leopold



Square Gutenberg (w Brukseli tez mamy tulipany)



Square Marie Louise i kwitnaca magnolia

sobota, 4 kwietnia 2009

Historia pewnej cebulki


W 1593 roku, botanik Carolus Clusius zakupil w imieniu Uniwersytetu w Leiden tulipany z Konstantynopola. Zasadzil je w nieduzym ogrodku, pokrzyzowal rozne rodzaje w celu wyhodowania odmiany odpornej na zimny holenderski klimat i zamierzal je zbadac pod katem ewentualnego zastosowania w medycynie. Tureckie kwiecie zapowiadalo sie dosc obiecujaco, kilkoro jego pobratymcow wyobrazilo sobie jaka fortune mozna by na nim zbic, zakradli sie do ogrodu i ukradli kilka cebulek.

I tak rozpoczela sie tulipomania - jeden z najbardziej spektakularnych przykladow zadzy szybkiego wzbogacenia. Taki kryzys finansowy w XVII wieku. Niespodziewanie Ci racjonali, oszczedni Holendrzy oszaleli na punkcie roslinek, ktore ani nie porazaly uroda, ani nie pachnialy. Malo tego, wartosc tulipanow wzrosla po przypadkowym rozprzestrzenieniu wirusa, ktory sprawial, ze platki przyjmowaly niespotykany dotad pofaldowany i postrzepiony ksztalt.


Nagle wszystkie arystokratyczne damy zapragnely miec kilka tulipanow w swoim ogrodzie. Popyt rosl, ale rosla tez cena (jak w przypadku dobr luksusowych). Z czasem przedstawiciele roznych warstw spolecznych zaczeli sie zajmowac handlem cebulkami i wierzyli, ze ta sytuacja bedzie trwac wiecznie i do Holandii przyjada kupcy z calego swiata, ktorzy zaplaca kazda cene. Zaczeto zastawiac caly swoj majatek – dom, ziemie, klejnoty – w nadziei, ze szybko uda sie go pomnozyc. Pojedyncza cebulka osiagala cene dworku z ogrodem. Handlowano rowniez tulipanami, ktore zamierzano dopiero posadzic.

W 1637 roku doszlo do zalamania rynku – ceny byly tak wysokie, ze nie znajdowano chetnych na zakup i pekla pierwsza banka spekulacyjna w historii. Juz wtedy bolesnie odczuto co sie dzieje, gdy zamiast podazy i popytu rzadzi euforia i panika.

I gdyby ktorys z bankrutow, ktory stracil cala swoja fortune na cebulce, znalazl sie dzis w Lisse (miedzy Leiden a Amsterdamem), pewnie by nie uwierzyl wlasnym oczom. Teraz okolica wyglada tak:



Ja w Keukenhofie bylam juz 3 lata temu, ale marzyla mi sie jeszcze wycieczka wsrod pol tulipanowych i dzis wreszcie udalo mi sie tam wybrac. Nasza podroz obfitowala, jak zwykle, w wiele niespodziewanych zdarzen. O 7 rano bylysmy juz na Dworcu Centralnym w Brukseli, jednak z powodu bledu systemu w kasie nie umiano nam sprzedac biletu do Holandii. Dostalysmy pisemne usprawiedliwienie dla konduktora i pojechalysmy. W pociagu z kolei okazalo sie, ze bilety powrotne mozna zakupic tylko na dworcu i w efekcie nie moglysmy skorzystac z ulgi Benelux Weekend (bedziemy teraz pisac odwolanie).

W Holandii szybko spostrzeglysmy, ze wcale nie jest tak cieplo i slonecznie, jak sie zapowiadalo (bylo 8 stopni zamiast 15) i jestemy zle ubrane (zamiast kremow do opalania i okularow przeciwslonecznych rozsadniej byloby zabrac ciepla kurtke). Przez chwile rozwazalysmy zmiane planow z pol tulipanowych na jakies muzeum w Amsterdamie, ale nie od parady jestesmy Epski-Twardzielki. Jak dotarlysmy na miejsce, zaczelo mzyc, wiec zrezygnowalysmy z wynajmowania rowerow i poszlysmy do parku (tam w razie czego mozna sie schronic w kafejkach).

Niestety wiekszosc tulipanow jeszcze nie zakwitla, wiec wrazenia wzrokowe mialysmy troche ograniczone, jednak jak przy wiatraku zobaczylysmy rozkwiecone pola kwiatowe, humory szybko nam sie poprawily i postanowilysmy trase, ktora pierwotnie planowalysmy przepedalowac, zrobic pieszo. No i to byl strzal w dziesiatke, zwlaszcza ze z zimna poruszalysmy sie niemal w tempie rowerzystow (na Epski-Maratonistki tez sie nadajemy). Bylo cudnie!!! Wiatr delikatnie muskal nam twarz, duza wilgotnosc powietrza korzystnie wplywala na cere, zamiast slonca zlocily sie zonkile i pola robily niezapomniane wrazenie. Znacznie wieksze niz wypielegnowane i dopieszczone grzadki parkowe.

No coz, na ten rok bedzie mi musialo wystarczyc. A najwyzej powtorzymy wycieczke za pare lat!

Wszystkich amatorow wiosennych kwiatow odsylam do ksiazki ‘Martwa natura z wedzidlem' Zbigniewa Herberta i jego opisu goraczki tulipanowej lub do kwiaciarni po bukiet do postawienia w salonie. Ja juz sobie kupilam ;-)

czwartek, 2 kwietnia 2009

Imie dla chlopca

Co jest wazniesze – prostota czy tradycja? Z tym pytaniem borykaja sie rodzice dzieci, ktore rodza sie i beda sie wychowywac poza granicami kraju. Odpadaja wszelkie imiona z polskimi literami, zgloski typu ‘sz’, ‘cz’ sa rowniez niemile widziane. Jakis czas temu mielismy miedzynarodowa dyskusje na temat imion i kolezanka, ktora spodziewala sie dziecka, zazartowala, ze z mezem mysla nad imieniem Strzezyslaw dla synka. My wybuchnelismy smiechem, ale kolega nie-Polak zareagowal wyjatkowo pozytywnie, bo mu sie to slowo kojarzylo wybitnie z naszym krajem, szelestem lisci na drzewach, husaria na koniach, bezkresnymi lakami i polami, niemal podswiadomie widzial ten ‘bursztynowy swierzop, gryke jak snieg biala’. Kiedy probowalismy go przekonac, ze sa tez inne tradycyjne imiona, z miejsca zdyskwalifikowal np.Stefana (bo obilo mu sie o uszy, ze jest serial ‘M jak milosc’ i w niektorych epizodach wystepowal jakis Stefan i bynajmniej nie byl to Polak), Piotr, Jan brzmialy zbyt miedzynarodowo i na koniec tylko to jedno mu sie podobalo.

Chlopiec sie juz urodzil. Ma na imie Bruno ;-)