środa, 22 kwietnia 2009

Trzech Francuzow na polskim weselu...

W miniony weekend bylam w Lodzi na weselu u znajomych. Zaproszono na nie rowniez paru Francuzow, kolo ktorych zostalam posadzona i ktorym ze szczegolami przedstawialam polskie tradycje i zwyczaje slubne. I kiedy zblizala sie polnoc i oczepiny, trzech kolegow zabralo obuwie nowozencom, ale zostal jeszcze jeden but Panu Mlodemu, po ktorego nikt sie nie zglosil, wiec wyslalam moich sasiadow. Poszli razem, wrocili z butem mocno rozczarowali, ze go oddal tak bez klotni i bijatyk i niecierpliwie czekali na dalszy rozwoj akcji.

Po polnocy nastapilo wykupywanie butow. Para Mloda placila za nie butelkami wodki, ale ich chwilowi wlasciciele za alkohol musieli jeszcze cos zrobic - zatanczyc, zaspiewac, powiedziec wiersz itp. Francuzi przyjeli to z pokora. Jeden uciekl, dwaj najodwazniejsi staneli na srodku, ustawili mikrofon i zaspiewali:

Mon père était vétérinaire
il soufflait dans le derrière des chevaux
avec un petite tube en verre
afin de les rendre plus gros

Un jour, un cheval récalcitrant
dans l'petit tube lâcha un vent
il avala le tube en verre
il en est mort mon pauvre père

On l'emmena au cimetière
au cimetière des chevaux
et l'on écrivit sur sa pierre
on inscrivit ces quelques mots :

Ci gît mon père vétérinaire
qui soufflait dans le derrière des chevaux
avec un petite tube en verre
afin de les rendre plus gros


Poza nimi nikt tego nie rozumial, ja zalapalam tylko sam poczatek (Moj ojciec byl weterynarzem...), wszyscy radosnie bilismy brawo nie zwazajac na to, o czym zaspiewali (o tragicznej smierci ojca, ktory pracowal z konmi - generalnie piosenka jest nieprzyzwoita i zdecydowanie nieprzeznaczona na imprezy slubne ;-). Trzeba sie jednak uczyc tych jezykow obcych!

Przed oczepinami mielismy jeszcze dyskusje o wieczorach paniensko-kawalerskich. Jeden z Francuzow byl juz po slubie (zona z dzieckiem zostali w Danii) i opowiadal jak jego znajomi chcieli mu urzadzic przyjecie-niespodzianke. Odpowiednio wczesniej kolega zadzwonil do niego z zaskakujaca propozycja wspolnych zakupow, co bylo tak dziwne, ze od razu sie domyslil o co chodzi. Wzial zatem dzien wolnego z pracy i sam przygotowal im niespodzianke. W sobote rano wyslal do wszystkich SMSy z wiadomoscia, ze zostal porwany i co musza zrobic, zeby go odnalezc. Najpierw mieli sie udac do sex-shopu i od uprzedzonego wczesniej sprzedawcy dostali kartke z instrukcja, zeby kupic 10 roz. Kwiaciarka miala dla nich kolejna wskazowke - jeden z kolegow musi te kwiaty wreczyc sprzedawczyni w domu handlowym przy konkretnym stoisku. Ponoc pracowala tam bardzo urodziwa mloda dziewczyna i delikwent mialby doskonala okazje do nawiazania znajomosci, ale sie wystraszyl i poprosil jakas kolezanke, zeby go w tym wyreczyla (stracil taka szanse!!! ;-). Za roze dostali kolejna kartke z nastepnym krokiem. I tak przez caly dzien krazyli po miescie, wszystkie zadania wykonali, aby na koniec sie dowiedziec, ze przyszly Pan Mlody caly dzien spedzil bezczynnie w domu... Zatem glowna frajda dla niego bylo pozniej sluchanie opowiesci co i jak zrobili.

Kiedys kolezanka mi opowiadala, ze byla na rownie oryginalnym dnio-wieczorze paniensko-kawalerskim. Przyszla Panne Mloda przebrano w pizamke, Pana Mlodego w stroj Supermana i pojechano do Malpiego Gaju. Wszyscy bawili sie doskonale, tylko dziewczyna szla pozniej do slubu ze szrama na plecach po linie.

W tym roku jestem zaproszona na jeszcze jedno wesele. Trzeba bedzie cos wymyslic... ;-)

Brak komentarzy: