wtorek, 30 listopada 2010

Andrzejki

Vel sabat czarownic ;-) Tym razem nie z mojej inicjatywy postanowilysmy kultywowac piekne polskie tradycje i zorganizowac sobie wieczor andrzejkowy. Zebralo sie nas pare babek i dla odmiany zamiast przestawiania butow i lania wosku zaprosilysmy pania numerolog (polskojezycznych wrozek w BXLi brak), ktora przygotowala nasze wspolne portrety. Generalnie kazda z nas to miszmasz i wlasciwie zadnej nie udalo sie tak naprawde okreslic. Czasem cos sie zgadzalo, czasem wychodzily wierutne bzdury, ale niezaprzeczalnie wszystkie mialysmy przy tym duzo smiechu i zabawy.

Wedlug daty urodzenia okazalam sie najsilniejsza osobowoscia (czego w tym towarzystwie nigdy bym nie powiedziala). 'Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni'. Jako osemka rzekomo jestem racjonalna, radykalna, stosuje zasade 'krotkiej pilki', zachowuje 'zimna krew' w trudnych sytuacjach, duzo wytrzymuje (choc to tez ma swoje granice i w konfrontacjach potrafie wybuchac). Nie lubie podlegac innym. Jestem sprawiedliwa - doceniam i pomagam pracowitym, olewam leni. Mam zdolnosci uzdrawiania (?). Przyciagam slabszych, imponuja mi ludzie z charakterem. Slawna osemka byl m.in. poprzedni papiez.

Pozniej po analizie wszystkich moich imion i nazwiska moj portret zlagodzila wibracja trojki, ktora mi dodaje uroku osobistego i artystycznych zdolnosci ;-)

W dziecinstwie cechowala mnie ponoc niebywala energia i pani numerolog stwierdzila, ze czynnie pasjonowalam sie sportem. Tu spudlowala na calego, bo to bylo na samym koncu moich zainteresowan i regularnie donosilam zwolnienia z WFu ;-) Troche jej mina zrzedla, bo gdzies ta energie musialam spozytkowac. Ja jakos nie przypominam sobie, zebym byla bardzo ruchliwym dzieckiem. A czym sie zajmowalam? Jak sie teraz nad tym zastanawiam, to chyba lepiej wymienic, czego nie robilam... Bo dzialalam i w balecie (ale jestem za malo elastyczna), i w zespole wokalno-tanecznym 'Krajki' (az mnie wyslano do foniatry, do ktorego nigdy nie dotarlam, tylko zajelam sie czyms innym), w kolkach plastycznych (bez sukcesow) i teatralnych (co akurat bylo moja pasja na lata). Uczylam sie muzyki (gralam na pianinie). Redagowalam gazetke szkolna. Duzo czytalam i mialam lekkie pioro (pod koniec podstawowki po specjalnym egzaminie dostalam sie na warsztaty polonistyczne). Bylam entuzjastycznym zuchem z wieloma sprawnosciami zdobywanymi na obozach i (choc krotko) harcerka. Przewodniczaca klasy i kronikarzem.

I ponoc ten caly swoj ogromny potencjal przytlamsilam na bierzmowaniu dodajac sobie trzecie imie! Fakt, bo przeciez po tak obiecujacych poczatkach skonczylam jako... ksiegowa!


Dowiedzialam sie tez o dziewiecioletnich cyklach zycia, ktore rozpoczynaja sie zawsze w pierwszym dniu nowiu ksiezyca po 4 wrzesnia. Ja jestem obecnie w roku trzecim, ktory jest czasem przyjemnosci, rozrywek, podrozy. Poprzedni rok (2) mial byl mi przyniesc problemy zdrowotne, co poniekad by sie zgadzalo. A na przelomie 9 i 1 zaczelam pisac bloga!

A co mnie dalej czeka:


Rok 4 - rok pracy (siewu; na efekty trzeba bedzie czekac)
5 - rok energii, ruchu, zmian, czas podejmowania ryzyka
6 - rok dobry na rodzine
7 - rok refleksji nad zyciem
8 - czas konsekwencji i sprawiedliwosci (zbieranie plonow z siedmioletnich wysilkow)
9 - zamykanie przeszlosci, rozliczenie, przygotowanie do rozpoczecia nowego cyklu.

I tyle teorii (ja sobie skrzetnie wszystko notowalam w moim zeszycie do niderlandzkiego, bo na spotkanie dotarlam prosto z zajec), a po pozeganiu sie z pania numerolog rozpoczelysmy wrozby. Pomysl byl prosty. Wystarczylo zadac sobie pytanie, nastepnie wyciagnac z torby fotke i odpowiednio zinterpretowac.

Co mnie czeka w tym roku? Kariera diwy operowej. Na zdjeciu mialam kobiete w bardzo eleganckiej sukni i wpatrzonego w nia jak w obrazek faceta z drobnym prezencikiem w dloni. W tle stala drabina, co bezwzglednie insynuuje wspinanie sie po szczeblach. W tej sytuacji powinnam chyba sprobowac sil w przesluchaniu do kolejnego musicalu (w planach jest 'Opera za trzy grosze').

Czego mam sie wystrzegac? Konkurencji (choc tandetnej - szereg nog mlodych dziewczyn z podwiazkami).

Co sie zmieni w pracy? Bede pracowac z Wlochami (zdjecie spagetti), a wiec niewatpliwie zmienie stanowisko, bo przy obecnym zespole zdominowanym przez Belgow powinnam trafic na frytki z majonezem.

Jakie bede miec wakacje? Tu wyciganelam fote ogorzalego faceta, z nordycka uroda (gazeta, ktora posluzyla do wycinkow, byla niemiecka, wiec akurat nie ma co sie dziwic), w australijskim kapeluszu, w jednej rece dzierzyl imbryk kawy, na lokciu wisiala mu banka z mlekiem, a w drugiej rece mial dwie grube ksiazki. Przeznaczenie zatem czeka na mnie w jakiejs tyrolskiej wiosce.

A w uczuciach? Sielanka! Ogrod z hamakiem z dwiema poduszkami, obok stolik z bukietem polnych kwiatow w niebieskim dzbanuszku w biale kropki, porcelanowa filizanka i dwa talerzyki z malenkimi kanapkami.

Co do pozostalych czarownic, to na pytanie o milosc, kolezanka wyciagnela wiernego psa. Innej we wszystkich dziedzinach wychodzilo jedzenie. Jeszcze innej - imprezy. Jedna kolejnego partnera pozna na nartach, ale uczucie przetrwa tylko do lata. Wywrozaly sie tez klopoty w pracy (skwaszona mina), albo doskonala atmosfera.

Grunt to bogata wyobraznia i kreatywnosc!!! I mnostwo poczucia humoru! A tego akurat nam nie brakuje.

Zas ostatnio aura pogodowa doskonale sprzyja spotkaniom towarzyskim w cieplych miejscach. Od wczoraj na ulicach i chodnikach zalega snieg, a do Polski mozna poleciec najwyzej na miotle, bo lotniska pozamykane. 



poniedziałek, 29 listopada 2010

Gospel For Life 26/27-11-2010

A bylo to tak:



Bruksela, Basilique de Koekelberg.

niedziela, 28 listopada 2010

Imagine



I po koncercie.

Przyznam szczerze, ze proby bardziej mi sie podobaly. Wczoraj stalismy scisnieci jak sardynki, byly klopoty z naglosnieniem (na scenie, bo widzowie byli zadowoleni) i w efekcie podczas calego koncertu slyszalam tylko soprany, a kiedy mielismy odpowiadac na pytania solistki krotkim 'yes', gdyby nie dyrygent robiacy w tym momencie wymach podobny do pchniecia kula, to zupelnie bysmy sobie nie poradzili. Na probie generalnej nie moglam uwierzyc wlasnym oczom, gdy moje sasiadki zaczely wyciagac niedozwolone sciagi i poziom ich przygotowania byl jakos przerazajaco mizerny, a do tego jedna przede mna ostentacyjnie zaslaniala sobie ucho. Na szczescie podczas koncertu nastapilo drobne przemieszanie i stanelam miedzy dwiema zmotywowanymi, entuzjastycznymi i wyuczonymi babkami i bylo super (zwlaszcza na ostatnich piosenkach, kiedy juz wiadomo, ze nie trzeba oszczedzac glosu i mozna sie bylo drzec co sil). Z innych problemow -  Didier byl chory i mial goraczke i choc na scenie tryskal energia i optymizmem, jak z niej schodzil (tuz kolo mnie) widac bylo, ze ledwo sie trzyma na nogach (niesamowite jest jak odmawiajace posluszenstwa cialo mozna sila woli zmusic to wysilku).


Zas ogolnie bylo to swietne doswiadczenie i pewnie za rok zglosze sie ponownie. Choc nie bede sie nastawiac, ze to koncert jest ta wisienka na torcie, bo tak naprawde tu liczy sie bardziej droga, ktora sie pokonuje do finalu.

Lacznie zgromadzono ponad 300 chorzystow (przestudiowalam liste i tylko ja mam polsko brzmiace imie i nazwisko). Wczoraj wystapilo nas kolo 200. Akompaniowano nam na pianinie, perkusji, gitarze, saksie i flecie. Wiekszosc piosenek, nagranych na pierwszym koncercie z serii (12 listopada w Liege), udalo sie juz wydac na plycie CD i kiedy teraz jej slucham, mam wrazenie, ze calkiem fajnie brzmielismy. A Bazylika byla pelna i nawet pare osob nie zalapalo sie na miejsca siedzace. I dotarlo kilkunastu moich znajomych!!!

W necie znalazlam filmik sprzed tygodnia, w innym miejscu, z innym zespolem, ale identycznym repertuarem (proby i tak mielismy wszyscy razem i teraz sie rozdzielamy na rozne miasta):



W ramach podziekowan dla nas wspomniano, ze chorzysci musieli czasem pokonac kilkaset kilometrow, zeby dotrzec na koncert (choc biorac pod uwage rozmiar Belgii jest to drobna przesada ;-)).

Didier, dyrygent i tworca wiekszosci aranzacji, urodzony w Yaounde, swoja kariere muzyczna zaczal w Kamerunie, gdzie jako 13latek stworzyl swoj pierwszy 60-osobowy chor gospelowy. Pozniej zarzucil swoja pasje i przyjechal do Belgii w 1989 roku studiowac rolnictwo!!! Szybko jednak powrocil do muzyki i dzis jest bardzo ocenionym artysta gospel i Negro spirituals. I ma ogromna charyzme, wspanialy kontakt z zespolem i widownia i jest jednym z najlepszych dyrygentow, z ktorymi kiedykolwiek spiewalam (mnostwa z tego, co robilismy wczoraj - sciszania, podglasniania, dodatkowe powtorki, klaskania, bujania sie - wogole wczesniej nie cwiczylismy, ale umial nam doskonale przekazac, co teraz mamy robic)

Zas caly koncert zorganizowano w ramach Action Damien i dochod ma byc przeznaczony na walke z gruzlica, na ktora rocznie umiera wciaz 1,5-2 mln ludzi na swiecie.

Ojciec Damian z Molokai, uznany za najwiekszego Belga w historii, wyswiecony w pazdzierniku w zeszlym roku, jest patronem chorych na trad. Urodzil sie w Tremelo i nalezal do Zgromadzenia Najswietszych Serc Jezusa i Maryi w Leuven (tam jest teraz pochowany - w wakacje calkiem przypadkiem natrafilam na ladny kosciolek z jego grobem w podziemiach).

Z wikipedii:

Zdecydował, że będzie misjonarzem, i jeszcze przed konsekracją wyjechał w roku 1863 na Hawaje. W katedrze w Honolulu 24 maja 1864 został wyświęcony na księdza.

Na Hawajach rozprzestrzeniały się nowe, wcześniej nieznane choroby, które w tym okresie powodowały poważne problemy zdrowotne. Jedną z tych chorób był trąd. Król Kamehameha IV, widząc rozszerzanie się tej nieuleczalnej choroby, zarządził segregację chorych na wyspie Molokai. Kolonii trędowatych dostarczano żywność i inne środki potrzebne do życia, jednak nie zapewniając właściwej pomocy medycznej.

Biskup Maigret zwrócił się do duchownych o wyjazd do pracy z trędowatymi. Ojciec Damian poprosił biskupa o wyznaczenie go do tego zadania.

10 maja 1873 roku przybył do odosobnionej osady Kalaupapa, którą zamieszkiwało 600 trędowatych. Pierwszymi zadaniami ojca Damiana było wybudowanie kościoła i założenie parafii. Jego zadanie nie ograniczało się tylko do bycia duchownym. Dzielił z trędowatymi wszelkie niedogodności losu na wygnaniu, dobrowolnie godząc się na niebezpieczeństwo zarażenia tą nieuleczalną wtedy chorobą.
W kolonii trędowatych przed przybyciem ojca Damiana powszechne było poczucie rozpaczy i brak nadziei na pomoc. Szesnaście lat pracy w leprozorium w Molokai sprawiło, że prawo zaczęło być respektowane, rudery zamieniono na schludne domki, uprawiano ziemię i wybudowano szkoły. Stał się nie tylko kapłanem trędowatych, lecz także ich towarzyszem, doradcą, pielęgniarzem, lekarzem, cieślą, grabarzem, kuratorem oraz przyjacielem wszystkich, przede wszystkim młodocianych ofiar trądu.
Wiadomości o heroicznych wysiłkach na rzecz trędowatych rozeszły się na Hawajach, w Stanach Zjednoczonych i w Europie. Liczne kościoły, fundacje i osoby prywatne przekazywały środki finansowe dla wsparcia pracy wśród trędowatych. 

Krótko przed śmiercią Damiana (listopad 1888) na wyspę przybyły franciszkańskie zakonnice m.in. bł. Marianna Cope. Damian wiedział, że jego dzieło będzie kontynuowane. Zmarł w otoczeniu swoich przyjaciół i chorych, którymi się opiekował 15 kwietnia 1889 roku na Molokai na Hawajach.




I jak widac, jego dzialalnosc ma swoj ciag dalszy do dzis.

A my w repertuarze mielismy tez 'Imagine' Johna Lennona:

Imagine no possessions
I wonder if you can
No need for greed or hunger
A brotherhood of man


Imagine all the people
Sharing all the world

You may say that I'm a dreamer
But I'm not the only one
I hope someday you'll join us
And the world will live as one 

Zimowe przyjemnosci

Choinka  na Grand Place

Szopka na rynku


Wsrod straganow


Lodowisko


Moja ulubiona karuzela pod kosciolem sw. Katarzyny




I jeden ze sklepow z czekoladkami





czwartek, 25 listopada 2010

B jak...


Bozonarodzeniowy nastroj


W BXLi spadl pierwszy snieg. Wlasciwie nie spadl, ale zaczal popadywac i od rana naplywaly maile i informacje: sypie w Tubize, bedzie bialo na Beaulieu, az w Parku Cinquantenaire spostrzeglam zdezorientowanych biegaczy wsrod wirujacych platkow. W Polsce tez podobno pada i kiedy slucham Trojki przez internet wreszcie prognoza pogody pasuje do tego co mam za oknem. A jak wczoraj szlam do kina, to przy metrze Port de Namur chodniki przezornie posypano juz sola! I w ten weekend otwieraja stragany przy rynku. Coz rzec, ida swieta!

Balwanek Bouli

Z nieznanych mi przyczyn, po wakacjach, TV Polonia, czyli jedyny rodzimy kanal, ktory mam w belgijskiej kablowce, zamiast wiadomosci o 8.00, ktore z przyjemnoscia ogladalam podczas sniadania, zmienila ramowke i teraz przed praca moge sie zapoznac z kolejnymi odcinkami... kreskowki o balwanku Bouli'm ;-). No i z braku alternatyw sledze jego kolejne przygody i wlasciwie doszlam do wniosku, ze to bardzo ladna i edukacyjna bajka, promujaca przyjazn, odpowiedzialnosc i pomyslowosc. I przy okazji szkola maluchy z wiedzy ogolnej, bo Boulinki ostatnio wybraly sie na antypody i objasniono, ze to druga strona swiata (co prawda na tym wartosc edukacyjna kreskowki sie skonczyla, bo balwanki przedostaly sie tam przez przekop zrobiony w srodku kuli ziemskiej).

Szczerze mowiac wolalabym takie bardziej nostalgiczne bajki jak 'Bolek i Lolek' czy 'Pszczolka Maja', ale w zwiazku z zimowa aura Boulinki tez moga byc. I jak milo jest zaczac dzien od takiej lekkiej latwej i przyjemnej historyjki ;-)

Biblioteka…


…czyli robimy pierwsze postanowienia noworoczne. Zaczelo sie od znajomej, ktora wyslala nam entuzjastycznego maila:

pewnie niektorzy z Was znaja, ale tym, ktorzy nigdy nie slyszeli baardzo, baardzo polecam cos najpiekniejszego, co zostalo skomponowane na sklad wokalno-instrumentalny: Claudio Monteverdi, Vespro della Beata Vergine. Najlepiej pod Paulem McCreeshem. Ja nie moge oderwac uszu od sluchawek.


Okazalo sie, ze takie rarytasy mozna wypozyczyc w miejskiej bibliotece (Hoofdstedelijke Openbare Bibliotheek). Po koniec przyszlego roku wejdzie ona w sklad Muntpunt, czyli platformy wymiany kulturalnej, naukowej, turystycznej dla osob niderlandzkojezycznych. I nie tylko. Poszperalam troche w necie i okazalo sie, ze w swoich poteznych zbiorach maja na przyklad:

  • Z ksiazek - 13 pozycji Kapuscinskiego, 2 Mysliwskiego, 5 Huelle w roznych wersjach jezykowych, a takze:


Boek

Ja ksiadz wedrujacy : jak grzyb po deszczu / Jan Twardowski

Auteur:Jan Twardowski
Taal:Pools
Uitgave:Warszawa : Ad Oculos, 2002
Kenmerken:223 p.


  • Z plyt: 30 CD i 3 DVD z Sinatra, 8 nagran Tomasza Stanko, 3 Blechacza, 6 Anderszewskiego, a takze podklad muzyczny z filmu 'Marzyciel' skomponowany przez Jana A.P.Kaczmarka:


CD

Finding Neverland

Regisseur:Mark Forster
Muziek:Jan A.P. Kaczmarek
Taal:Nederlands
Uitgave:Decca, 2004
Kenmerken:1 cd
EAN:0602498637579
Uitgeversnummer:986 3757
Code muziek:amusement ; filmmuziek, shows en musicals



  • 58 rosyjskich filmow, w tym na przyklad:


DVD Video

Solaris / Filmregisseur Andrej Tarkovski ; oorspr. auteur Stanislav Lem

:Andrej Tarkovski
:Stanislav Lem
Taal:Russisch
Uitgave:[S.l.] : Artificial Eye, [s.a.]
Kenmerken:2 dvd-video's (80, 89 min.)
Extra informatie:Russisch gesproken, nagesynchroniseerd in het Engels en Frans .- Ondertiteling : Engels, Frans, Duits, Spaans, Portugees, Italiaans, Nederlands, Zweeds, Hebreeuws, Chinees, Japans, Russisch .- Oorspr. uitgebracht in 1972


  • 10 filmow Kieslowskiego, w tym:



DVD Video

Dekalog / Filmregisseur Krzysztof Kieslowski

:Krzysztof Kieslowski
The ten commandments
Taal:Pools
Uitgave:[S.l.] : Artificial Eye, cop. 2002
Kenmerken:2 x 2 dvd-video's (ca. 165, 112 min.)
Extra informatie:Pools gesproken, Engels ondertiteld .- Oorspr. uitgebracht in 1988 .- Part 1 to 5 : features the hour-long version of A short film about killing .- Part 6 to 10 : features the hour-long version of A short film about love .- Deel 1 : part 1 to 5 .- Deel 2 : part 6 to 10


No i z jedna znajoma mamy plan od stycznia sie zapisac i do naszych cotygodniowych wieczorow kinowych dodac wczesniejsze spotkania w pobliskiej bibliotece zamiast juz tez tradycyjnego objadania sie chinszczyzna (tzn. z Woku calkiem nie rezygnujemy, choc zmniejszymy czestotliwosc, a po ksiazki i plyty bedziemy sie wybierac co 3 tygodnie). Bo nie ma jak wspolne motywowanie sie (patrz gimnastyka). Wiecej informacji na stronie: http://www.muntpunt.be/ (niestety rozbudowana jest tylko wersja niderlandzkojezyczna).

Bol zeba 

Ustal. Po tym jak wczoraj o 7.30 rano zglosilam sie wreszcie do dentystki i okazalo sie, ze dzielnie przechodzilam 3 tygodnie z zapaleniem miazgi. Jestem mistrzem w ignorowaniu wlasnych problemow zdrowotnych i ich konsekwencji. I jeszcze sie upieralam, ze nie musze miec znieczulenia, bo wole sie pomeczyc pare minut, niz pozniej pol dnia sie wkurzac na paraliz b jak buzki (zwlaszcza, ze zaraz musze isc do pracy). Na szczescie przed borowaniem mialam zrobiony rentgen i jak na ekranie komputera zobaczylam przebicie niemal do nerwu, szybko poszlam po rozum do glowy i sie przymknelam (choc w sensie doslownym bylo zupelnie odwrotnie, bo przez godzine przelezalam z otwarta paszczeka). Rwanie co prawda mi nie grozi, ale generalnie niefajnie to wyglada (zwlaszcza jak spojrzec na belgijska wycene koniecznego leczenia). Brrrrrrr.  

------------------

Jednak dobrze sie sklada, bo od jutra mam weekendowych gosci, a w sobote koncert. Nieprzyjemnosci zostawiam na pozniej. Poki co tylko smieje sie, bo moja wersja piesni gospelowych, ktore od tygodnia radosnie wyspiewuje sobie w zaciszu domowym, odbiega nieco od tej wlasciwej (ze zgroza spostrzeglam, ze jak zapomne tekstu ktorejs z 14 piosenek, to je sobie sama wymyslam, byle rytmicznie sie zgadzalo). I jeszcze maja dawac nasze zblizenia na telebimach, a mi pod okiem wyskoczylo zimno. Zatem jak mnie pokaza, z zapuchnietym policzkiem, spiewajaca od rzeczy, a nastepnie miny oburzonych wspolchorzystow stojacych dokola (to jest taka reakcja bezwarunkowa, jak sie wystepuje, zeby ganic wzrokiem tych mniej przygotowanych vel mylacych sie), to nam wyjdzie szopka, a nie gospel ;-)

Najwazniejsze, zebysmy na koniec dostali b jak brawa!

niedziela, 21 listopada 2010

The Brussels Requiem

O idei edukacji przez sztuke uslyszalam po raz pierwszy dzieki filmowi dolaczonemu do 'Przekroju' - 'Rytm to jest to'. Tam 250 nastolatkow z Belina, z roznych warstw spolecznych, bez wczesniejszego doswiadczenia, cwiczy choreografie do 'Swieta wiosny' Strawinskiego (swietny dokument).

Teraz podobne przedsiewziecie mialo swoj final w Brukseli. Z inicjatywy La Monnaie przygotowano Requiem Brukselskie w wykonaniu (i tu uwaga!) 252 dzieci w wieku 10-12 lat. Dzieci, ktore powinny spiewac 'Jestesmy jagodki' czy 'Hu hu ha, zima zla', a nie opere o smierci! Ale to nie koniec niespodzianek. Brytyjski kompozytor Howard Moody stworzyl dzielo na potrzeby tego wlasnie projektu. A ze Bruksela jest miastem wielonarodowym, zatem i requiem napisano w sanskrycie, po hebrajsku, lacinie, arabsku, niderlandzku, francusku, angielsku, niemiecku i wlosku. A jako 'artystow' zaangazowano uczniow 3 publicznych szkol francuskojezycznych i 3 niderlandzkojezycznych. Jedna z nich jest na St Joose, kolo mnie, i znajac moich sasiadow nie zdziwilo mnie, ze na scenie pojawila sie mieszanka dzieci niemal z calego swiata z naciskiem na kraje arabskie. Zreszta lista wystepujacych zaczyna sie od imion: Abdelhamid, Aboubakr, Adele, Adem, Adil, Adzer itp. Doszukalam sie tez 3 nazwisk sugerujacych polskie pochodzenie. Dzieci te nie mialy zadnego wczesniejszego doswiaczenia i przeszkolenia muzycznego i w wiekszosci - zadnych wyjatkowych uzdolnien w tej dziedzinie.

A jednak udalo sie stworzyc tak wspaniale dzielo, ze ja od drugiej minuty do konca mialam gesia skorke z wrazenia. Piekna muzyka, slicznie brzmiace cienkie soprany tlumu dzieciakow, wspaniala porywajaca choreografia. I przedstawienie, ktore zaczyna sie smiercia malego chlopca i prosba o spokoj i wieczny odpoczynek z uzyciem buddyjskiej manrty 'Om mani padme hum', wezwania muezina i arabskiego 'salam'. Nastepuje po tym Dzien Gniewu (Dies Irae) i pojawia sie Charon - przewoznik dusz zmarlych przez mityczna rzeke Styks. Ta role odegral dorosly, ktory dyrygowal chaosem rozgniewanych dzieciakow wybuchajacych szalem dokladnie tam gdzie wskazal. Pozniej atmosfere ochladza woda i dzieciaki turlaly sie po scenie fantastycznie imitujac morskie fale wokol spiewaczki operowej wcielajacej sie w role Gaji (Ziemi-Matki z mitologii greckiej). I powtarzaly wciaz, ze zycie konczy sie niespodziewanie, jak zapisane na wodzie. Lacrimosa to lament i lkanie i w pochodzie spiewajacych maluchow szla tez dziewczynka o kulach. Libera Me to pragnienie wyzwolenia od strachu - tutaj ta mieszanka dzieci roznych wyznan i kultur, czesc z nich byc moze nie wierzaca, spiewala o Bogu, ktory ociera lzy. I wzywala Michala Archaniola, ktory z Grand Place obserwuje Bruksele. Na koniec znajduja Paradisum po drugiej stronie wody.

Pomysl szalenczy, zeby zaanazowac do niego dzieci. Ja siedzialam w trzecim rzedzie, wiec widzialam wszystko doskonale i ogromnie zdziwilo mnie skupienie wiekszosci wystepujacych. Na ich twarzach widac bylo taka powage i determinacje, na ktora rzadko kiedy ja sie moge zdobyc. Odnosilo sie wrazenie, ze doskonale czuja sie w tym temacie i realizatorzy podkreslaja, ze nie bylo zadnego problemu i tabu do przelamania.

Dopiero przy brawach na koniec emocje wybuchly zarowno na scenie, jak i na widowni. Ja zakonczylam cala serie wydarzen kulturalnych z profesjonalnym koncertem Agi Zaryan w piatek, fajnym musicalem BLOCu wczoraj i ta opera i w porownaniu z poprzednimi dniami tutaj czulo sie ogromna radosc i wielkie uznanie. Widzowie natychmiast wstali z brawami, dzieciaki szalaly z dumy i kiedy kurtyna opadala, czesc z nich polozyla sie na scenie, zeby jak najdluzej moc machac swoim znajomym i krewnym.

Co wiecej, opere wystawiono na deskach najlepszej sceny w miescie. Kiedy rozejrzalam sie po widowni, napakowanej po brzegi rodzinami z dziecmi, widac bylo, ze wiekszosc z nich nigdy by nie zawitala w tych progach, gdyby nie ten projekt. Kolo mnie dorosla Arabka cala godzine wyraznie sie nudzila i wysylala SMSy swoja wypasiona komorka, zas dzieciaki, dla ktorych trudna muzyka, niezrozumiale teksty i dziwne ruchy na scenie moglyby byc nie do przetrawienia, patrzyly przed siebie w pelnym zachwycie i z duzym zainteresowaniem. I ani razu nie uslyszalam marudzenia: 'Kiedy to sie skonczy'.

Kto wie, czy nie jest to poczatek kariery scenicznej kilku maluchow. A niezaleznie od uzdolnien i zainteresowan, wszystkie przezyly niezwykla wielokulturowa wielojezyczna przygode.


Teraz nalezy tylko trzymac kciuki, zeby ta praca nie poszla na marne, a zakielkowala w dzieciakach (i co niektorych rodzicach). I oby podobnych projektow bylo jak najwiecej!

Organizatorzy prowadzili blog, na ktorym mozna znalezc kilka zdjec i filmikow: http://brusselsrequiem.blogspot.com/. Znalazlam tez ciekawy artykul po angielsku: http://www.flanderstoday.eu/content/sounds-youth-and-death


PS A ja wkuwam teksty gospelu na przyszla sobote. Nasz koncert w porownaniu z tym dziesiejszym niestety wypada troche blado ('tylko' 100 chorzystow, choc na szczescie z silnymi glosami i mocnymi plucami). Tak czy owak przypominam tym, co moga sie na niego wybrac: sobota, 20.00, Bazylika Koekelberg. 

sobota, 20 listopada 2010

Wahadlo

Nad Belgie nadciagnal wyz, przegnal deszcze i ulewy, za to powialo zimnym powietrzem. Moj nauczyciel francuskiego ('kabareciarz') twierdzi, ze uwielbia taka brzydka belgijska pogode, bo w dzdzyste niedziele siada ze swoimi pociechami na kanapie, wlacza bajki, w rece dzierzy kieliszek z koniakiem i oswiadcza biegajacej wokol zonie, zeby sie nie martwila i robila swoje, a on sie zajmie dziecmi. Nam za to co pare lekcji serwuje szkolenie w odcinkach na temat Bordeaux - wina, w ktorym swego czasu sie rzekomo specjalizowal. Wiem juz o glownych apelacjach: Medoc, Haute-Medoc i St. Emillion, o tym, ze powinny polezakowac 4-5 lat (teraz dobry jest rocznik 2006), o szczepkach robionych na starych korzeniach, o powodach roznic cenowych trunkow, ktore sa dostepne w sklepie (te najtansze nie dojrzewaja w debowych beczkach, a w butelkach). Zaprezentowal tez liste korzysci zdrowotnych wynikajacych z picia czerwonego wina: zapobiega miazdzycy, reguluje cisnienie, chroni zoladek (zwieksza jego odpornosc na dzialanie kwasow) i pomaga na bezsennosc. Jeszcze troche, a zamiast testu koncowego z jezyka bedziemy mogli podejsc do egzaminu dla somelierow...

Aktualnie jestesmy na etapie naszych prezentacji i ja na poniedzialek szykuje pogadanke na temat fantastycznej wystawy 'Ameryka - to tez nasza historia', ktora mozna obejrzec w Tour&Taxis (bylam tam tydzien temu, tylko dlugo zbieralam sie z tym wpisem). Wspolne dzieje Europy i Stanow rozpisano na 4 akty przypominajace wahadlo: Ameryke europejska i ojcow zalozycieli, Ameryke amerykanska w XIX wieku, Europe zamerykanizowana w XX wieku oraz poszukiwanie balansu w dniach dziesiejszych.

Najpierw filmik reklamowy:


Gdyby nie angielscy kalwinisci, pasazerowie statku Mayflower, historia moze potoczylaby sie zupelnie innym torem. Zas wiele lat pozniej Europa przezywajaca rewolucje przemyslowa nie zdolalaby wykarmic rzesz bezrobotnych, ktorzy szczesliwie mogli uciec na zachod (nie wspominajac juz o tych, ktorzy musieli w XX wieku opuscic Stary Kontynent ze wzgledow politycznych).

Wystawa przedstawia Ameryke od zejscia na lad Europejczykow 11 listopada 1620 roku, przez wigwamy (pachnace dymem i drewnem, mozna wejsc do srodka), informacje o Huronach i Irokezach, 'Chate Wuja Toma' zilustrowana na porcelanowym serwisie talerzykow, ciemny i tajemniczy korytarz oswiecenia, listy, bilety, makiety i prospekty reklamowe promow Red Star Line i innych przewoznikow miedzy kontynentami (tu duzy wklad mial port w Antwerpii), kladke dla imigrantow wychodzacych na wyspe przesiadkowa Ellis Island z widokiem na Manhattan i Statue Wolnosci (bylam tam w czerwcu! ;-)), po XX wiek: krach na Wall Street, 'Domek na prerii', Jackson Five czy test ze znajomosci bajek Disneya (w tym ostatnim wypadlam gorzej niz marnie).

W czesci o zamerykanizowanej Europie zgromadzono szereg osiagniec, ktore zawdzieczamy USA. Lata 50te to Coca-Cola, keczup, rajstopy, jeansy, odkurzacze i zmywarki. Lata 60te to Tupperware (a ja bylam naiwnie przekonana, ze to najnowsza zdobycz techniki), pigulki, karty kredytowe, Fanta, Sprite i Kleenex. Lata 70 to John Travolta i 'Goraczka Sobotniej Nocy'. Lata 80 to jogging, fitness, rower gorski, platki sniadaniowe, Coke Light i Weight Watchers. 

I jest tez cos, co Ameryka zawdziecza Belgii. Jazz! A dokladniej saksofon wynaleziony przez Adolfa Saxa w 1840 roku, ktory zdobyl popularnosc nie tylko w orkiestrach Nowego Orleanu, ale pozostal w tej muzyce do dzis dnia. 

Zas ze Stanow przyszla tu moda na supermarkety i jest tez osobna gablota poswiecona pierwszemu tego typu sklepowi Chazal Delhaize otwartemu w Belgii w 1959 roku.

Na koniec przygotowano interaktywne quizz'y w formie partii szachow, o tym kto byl pierwszy: Rosja czy USA w roznych aspektach podboju kosmosu (pies Lajka, Sputnik, Armstrong itp), porownania CIA i KGB i wiele wiele innych.


W paru salach znajduja sie instalacje artystyczne. Zwiedzajacych wita neon YES skladajacy sie z glowych swiatowych walut: jena japonskiego, euro i dolara:


W czesci opowiadajacej o udziale Amerykanow w drugiej wojnie swiatowej ustawiono szereg krzyzy, ktore dodatkowo odbijaja sie w lustrach:



Zas na koniec wchodzi sie na molo na plazy i widzi ocean - ten sam, na ktory spogladaja wciaz rzesze Europejczykow i Amerykanow.
 


Idea wystawy jest oczywista - choc my zarzucamy Amerykanom brak opieki socjalnej, a oni nam - konserwatywne podejscie, jestesmy ze soba polaczeni na dobre (wymiana handlowa, naukowa i kulturalna) i na zle (kryzys finansowy z USA odbil sie czkawka i u nas). Mimo ze nie zgromadzono imponujacej ilosci oryginalnych eksponatow, to czym dysponowano opakowano w tak mily dla oka, przemyslany, dopracowany, ciekawy sposob, ze po paru godzinach krazenia po korytarzach i zakamarkach zainteresowanie nie mija ani przez chwile.

Niestety nie obylo sie bez propagandowego podsumowania: tam jedza smieciowe jedzenie, a my mamy... Wspolna Polityke Rolna!

Na pamiatke nabylam broszure o wystawie (po angielsku, co do mojej francuskiej prezentacji jest jak znalazl, ale tak to jest, jak najpierw sie dziala, a potem mysli) i wzielam dossier dla nauczyciela (na szczescie w odpowiedniej wersji jezykowej, a nie na przyklad po niderlandzku, zeby bylo ciekawiej). Teraz probuje to wszystko zebrac w calosc.

Wystawe mozna obejrzec do 8 maja 2011.

Koncert Agi Zaryan



Byl lepszy niz jej nagrania. Ta piosenka podobala mi sie chyba najbardziej. A tu wywiad: http://www.styl.pl/magazyn/wywiady/news-ten-jazz,nId,298864


czwartek, 18 listopada 2010

Czas

Za namowa znajomej przeczytalam 'Czas' Piotra Ibrahima Kalwasa. Jest to relacja jego podrozy po Afryce na bazie ulubionej ksiazki z dziecinstwa - 'Polawiacze perel' Mirko Paška. Jak sam wspomina, wychowal sie na Szklarskich, Fiedlerach, Kapuscinskich. Te lektury mialy ogromny wplyw na jego wyobraznie i 30 lat pozniej postanowil je zweryfikowac z rzeczywistoscia.

No i ja zrobilam przeglad moich ulubionych ksiazek z czasow, gdy ledwo nauczylam sie czytac i moja biblioteczka wypada w porownaniu z Kalwasem bardzo banalnie i nieambitnie. Jak tylko zaczelam skladac literki w wyrazy, w pierwszej klasie przez miesiac sylabizowalam wytrwale 'Dzieci z Bullerbyn'. I zazdroscilam im towarzystwa i wspolnych zabaw, bo ja w najblizszym sasiedztwie nie mialam rowniesnikow, zas moja najlepsza przyjaciolka z podstawowki mieszkala prawie 2 kilometry dalej, wiec poza szkola moglysmy sie spotykac tylko w soboty o 11tej (obie wspominamy do dzis to nasze wzajemne odwiedzanie sie i odprowadzanie do dzielacego nasze wioski dworca kolejowego). Do ksiazki Astrid Lindgren wrocilam jeszcze w trzeciej klasie i pamietam, jaka bylam dumna z dokonanego postepu w tempie czytania (polknelam ja w pare dni). Jak dotad w Szwecji nie bylam. Za to jak tylko wyhaczylam na stoisku 'Krakowskiego Kredensu' pudelko cukierkow slazowych, to zaraz mi sie przypomniala ta ksiazka (podobne skojarzenie mam z 'kawalkiem kielbaski dobrze obsuszonej').

W tym samym czasie odkrylam 'Anie z Zielonego Wzgorza' i przez pare lat na wszelkie okazje (urodziny, imieniny, swieta itp) moja Prababcia prezentowala mi kolejne tomy. Milosniczka L.M.Montgomery pozostalam dlugo i na koniec podstawowki przygotowalismy przedstawienie wedlug scenariusza mojego autorstwa, a ja zagralam swoja zyciowa role...Maryli Cuthbert (juz wtedy wykazywalam zadatki na stara panne ;-). Wystep mam do dzis w pamieci (zreszta nie tylko ja), zrobilismy do niego fajna scenografie, wypozyczylismy pare strojow z teatru, dorzucilismy kilka piosenek i rozwinelismy watek szkolny, zeby kazdy mogl wziac udzial i mysle, ze bylismy jednym z rocznikow, ktory najbardziej fantazyjnie zakonczyl swoja edukacje. 'Ania...' to tez pierwsza ksiazka, ktora przeczytalam po angielsku. W tym roku bylam blisko Wyspy Ksiecia Edwarda, jednak przegrala w starciu z Nowym Jorkiem i Chicago ;-)

Nastepnie przyszla kolej na rodzima literature, czyli Musierowicz, do ktorej z nostalgia wracam do dzis. Do Poznania nadal nie dotarlam (choc zbieram sie do tego od baaaardzo dawna, ale tak jakos zawsze jest nie po drodze).

Zatem, jak widac, wszystko jeszcze przede mna...

Szklarskiego, Nienackiego, Ozogowska, Maya czytalam chetnie i z przyjemnoscia, ale jakiegos dlugotrwalego wplywu na mnie nie mieli. Juz bardziej 'Opowiesci z Narnii', choc fantastyka srednio sie przeklada na pasje globtrotterska. O 'Polawiaczach perel' nigdy nie slyszlam.

'Czas' Kalwasa jest misterie skonstruowany i watki z podrozy przeplataja sie z jego wspomnieniami z Powisla (np.o tym, jak zegna sie z ulubionymi kapciami), a takze muzyka, ktorej sluchal (glownie jazz - Stanley Turrentine, Stanko). Widac, ze drazni go mieszkanie w Europie. I choc momentami troche idealizuje kraje muzulmanskie (sam przeszedl na islam), to mimo wszystko stanowi dobra przeciwwage dla tego co pisza w prasie, pokazuja w telewizji czy gadaja dokola o tych 'strasznych' Arabach. Tu jeszcze link do rozmowy z Kalwasem, rowniez podsuniety mi przez znajoma: http://www.polityka.pl/kultura/aktualnoscikulturalne/1505000,1,rozmowa-z-piotrem-ibrahimem-kalwasem.read

Afryka nadal mnie nie kusi (robale, ryzyko chorob po wypiciu biezacej wody, upal, udary, rozklekotane busy psujace sie na srodku pustyni). Zrobilam sie wygodnicka. Ale poczytac milo. Zwalszcza, ze czasem by mi sie przydalo takie afrykanskie poczucie czasu, ktory nie ucieka jak u nas.

Zas co do jazzu, jutro ide na koncert polskiej wokalistki Agi Zaryan (przemianowanej z Agnieszki Skrzypek). Na ta okolicznosc wagaruje z choru ;-/ Ale ostatnio mialam indywidualne zajecia z solfezu, bo zaden inny wspoluczen sie nie stawil, do tego wysrubowalysmy poziom klaskania i tupania z cwiercnut do osemek (choc widzialam tez trzydziesto-dwojki i szescdziesiecio-czworki w partyturach dla oboju, bo nasza specjalistka od muzyki przyszla prosto ze swojej proby), wiec troche relaksu mi sie nalezy.

niedziela, 14 listopada 2010

Ruch i Polacy


W Tour&Taxis przez 4 dni mozna bylo obejrzec wystawe 50 zdjec polaczonych motywem przewodnim ruchu - w sensie fizycznym, duchowym, politycznym itp. Dochod z ich sprzedazy mial byc przeznaczony na cele charytatywne http://www.shootforgood.be/. Dzis bylam w okolicy i przy okazji postanowilam tez tam zajrzec. Kilka fotek dosc oryginalnych (w zyciu nie powiesilabym ich na scianie w salonie), pare calkiem fajnych. Moje ulubione zdjecie to wyscig dwoch slimakow (po francusku escargot) o przewrotnym tytule EscarGo (czyli Escar na przod). 

W miedzyczasie przeczytalam ksiazke Szczygla 'Zrob sobie raj' o jednym z najbardziej ateistycznych narodow w Europie - Czechach. Sa w niej dwa swietne odniesienia do Polski. 

Po pierwsze brakuje czeskich ksiezy i wiele parafii jest obejmowanych przez Polakow. Czesto nie cieszy sie to zbyt duza popularnoscia wsrod miejscowej ludnosci, a jedna bohaterka reportazu wrecz sie zalila:

Dlaczego jak na swiecie gdzies jest dziura, to ja wypelniaja Polacy? Co to za narod? Dlaczego taki wedrujacy? Ta Anglia, to przeciez mowia, ze tam Polska juz jest. Czy to przyzwoite, ze narod tak nie usiedzi spokojnie na miejscu?

Zatem jesli chodzi o ruch, to w oczach wielu narodow jestesmy mistrzami. Zreszta sama do dzis jestem pod wrazeniem ilosci rodakow, na ktorych natykalam sie na kazdym kroku w Londynie: w kawiarniach, recepcjach itp. 

Mamy tez druga specjalizacje (wypowiedz autora ksiazki w kontekscie wypadku w Smolensku):

Nasz narod do zycia nie potrzebuje na przyklad autostrad i dlatego prawie ich nie mamy. Nasz narod do zycia potrzebuje nieszczescia. Dopiero, gdy pojawia sie nieszczescie - (...) jestesmy kims. Krzywda nas wywyzsza ponad inne narody. (...) Smierc powoduje uszlachetnienie czlowieka. Wiele lat w historii Polski walczylismy o swoja niepodleglosc i ciagle umieralismy za ojczyzne. Polacy sa wiec lepsi w celebrowaniu pogrzebow i klesk niz sukcesow. (...) Kiedy Czesi w listopadzie 1989 roku na placu Waclawa z radosci, ze upadla komuna, dzwonili kluczami, Polacy w czerwcu 1989 roku - bo u nas upadla wczesniej - w ogole tego wspolnie nie przezywali. Nie bylo zadnej wspolnoty wokol szczescia, ze ta okropna Polska Rzeczpospolita Ludowa sie skonczyla. Zadnej wyrazonej radosci. 

Na przekor tej drugiej opinii, ja zaczynam sie szykowac do swietowania mojej 5 rocznicy pobytu w BXli i nabycia praw do pelnego ubezpieczenia zdrowotnego (dostalam paroletni okres porobny przy zatrudnieniu). Co prawda zostalo jeszcze 2 i pol miesiaca, ale burza mozgow (to bedzie wspolna impreza kilku jubilatek) juz sie zaczela!

Warsztaty

Deszcz leje jak z cebra, wiatr lamie parasolki i zwiewa kapelusze (bo liscie z drzew w wiekszosci leza juz na ziemi i nawet przez kilka dni byl zamkniety park z uwagi na ryzyko spadajacych galezi). Dobrze chociaz, ze jest w miare cieplo, ale przy tej strasznej pogodzie to doprawdy niewielkie pocieszenie. Wlasnie z Teleexpressu dowiedzialam sie o powodziach w Belgii (w natloku zajec nie mialam mozliwosci sledzic wiadomosci i dopiero teraz sie update'uje). Mnie trzy dni bolala glowa (bo zab przeszedl z chwila umowienia sie na wizyte u dentysty), a o problemach z porannym wstawaniem zmilcze.

I tak naprawde ratuje mnie jedynie napiety do granic mozliwosci grafik. Po pierwsze jestem zawalona praca i w ciagu tygodnia nie mam czasu na umartwianie sie. Zas w weekend (piatkowy wieczor i calutenki wczorajszy dzien) mielismy warsztaty choralne i zaprosilismy do nas z Polski  o.Dawida Kusza, Dominikanina, ktory skomponowal lwia czesc wykonywanych przez nas utworow. Mimo koszmarnej aury pogodowej, spotkania wypadly wpaniale. O.Kusz jest mniej wiecej w moim wieku, ale od 7 lat komponuje. Przywiozl ze soba kilka zupelnie nowych opracowan, m.in. dokonalismy premierowego wykonania 'Dzisiaj w Betelejem', gdzie w sopranach stalysmy naprzeciw altow i niczym kumoszki i plotkarki z radoscia i przytupem glosilysmy wesola nowine (alty jazzowaly i wszyscy bylismy usmiechnieci od ucha do ucha). 12 grudnia planujemy zaspiewac ta wersje po raz pierwszy w brukselskiej Katedrze. Swietna tez byla XVI-wieczna koleda 'Narodzil sie nam Zbawiciel', gdzie zgodnie z owczesna moda, a na przekor temu, co robimy dzis, trzeba bylo nauczyc sie akcentowac ostatnia sylabe (klimat jak w dworku u Radziwilow). Poznalismy tez pare nowych rozspiewek, przydatnosc masazu twarzy i mnostwo trikow (np. wmawiana sobie, ze wszystkie dzwieki sa wygodne, albo spiewania, jakbysmy zagladali do studni).

Ponizej dwa utwory o.Kusza (ktore spiewamy od lat):





Oba pochodza z plyty 'Piesn o nadziei'. Ja mam zawsze gesia skorke jak ich slucham, albo jak je spiewamy. Zwlaszcza w kosciele, bo jak zaznaczono w komentarzu, 'muzyka swoja harmonia i pieknem odzwierciedla i podkresla harmonie i piekno swiatyn - witrazy, sklepien, filarow i lukow. (...) Porusza i wznosi ludzkie serca, angazuje calego czlowieka w dzielo uwielbienia'. I faktycznie dzien, mimo ze listopad, minal nam blyskawicznie i we wspanialej atmosferze.

Warszataty poza poranna jutrzna, rozancem na koniec i agape z masa pysznego jedzenia i trunkami nie mialy formy rekolekcji, raczej pracy nad tekstem i muzyka. Jako ze jestesmy lasi na komplementy i poprosilismy o obiektywna ocene naszych wysilkow, dowiedzielismy sie, ze co prawda braki sa, ale za to w odroznieniu od profesjonalistow porazamy entuzjazmem i radoscia (faktycznie, nieskromnie moge przynac, ze 'Cala ziemio' w naszym wykonaniu, przy dzwiekach tamburynow, bo tylko ten instrument mamy opanowany do perfekcji, jest znacznie bardziej porywajace niz na nagraniu ;-)).

No i juz zaczelismy sie umawiac na kolejne wspolne spiewanie z naciskiem, zeby trwalo dzien dluzej, do niedzieli wlacznie. Padl termin konca maja i ja odruchowo zglosilam sprzeciw, bo mam 20 km w Brukseli. Chorzysci mnie wysmiali, a o.Kusz sam przyznal, ze planuje w przyszlym roku wystartowac w polmaratonie w Krakowie! Jak widac tezyzna fizyczna idzie w parze ze zdrowym duchem i kreatywnoscia.

Poki co nam pozostaja zajecia solfezu w ramach podniesienia kwalifikacji. Niestety aktualnie musimy sobie znalezc nowe lokum i w najblizsza srode eksperymentalnie spotykamy sie u mnie - pianino mam, nie wiem tylko jak daleko jest posunieta tolerancja moich sasiadow na tupanie, klaskanie i pomruki miedzy 20a a 21a. No i troche bije sie z myslami - czy lepsza jest polgodzinna wedrowka w slocie, czy przymus cotygodniowego sprzatania mieszkania bez koniecznosci opuszczania cieplego domostwa. Narazie jeszcze nie mam zdania. Tyle tylko, ze zajecia stracily na prestizu, bo zamiast solfezu w Konserwatorium, bedziemy odbywac po prostu prywatne lekcje muzyki w zaciszu domowym ;-)

Zas co do deszczu, znalazlam fajny link w sam raz na ten listopad za oknem: http://www.piekneparasolki.pl/.





wtorek, 9 listopada 2010

Polarny strachu ziab

Od tygodnia przy jedzeniu boli mnie zab. Albo zeby. Nie jestem w stanie dokladnie umiejscowic tego bolu, mam tez teorie, ze moze to wcale nie zab, a dziaslo. W kazdym razie zaczelam jesc druga strona i dolegliwosci ustaly, choc do pelnego komfortu troche brakuje. I najwyrazniej ow problem odbil sie mocno na mojej psychice, bo mi sie przysnil.

A bylo to tak: poszlam do mojej rejonowej dentystki w Polsce we wsi obok, ona zlowrogo zajrzala w moja paszczeke i z blyskiem w oku oznajmila: "Bedziemy rwac! Dolna lewa szostke". Na co ja sie zaczynam wic ze strachu, bo mnie przeciez boli zab na gorze! "No wlasnie. Boli przy nacisku. Jak wyrwiemy dolna szostke, nacisku nie bedzie i problem sie rozwiaze!"

Po czym odsuwa jakis parawan, tam sa dwa kolejne fotele, sadowia sie na nich z asystentka i wszystkie zaczynamy wirowac jak w lunaparku. Krzycze, co sie dzieje, na co slysze, ze to nowy sposob znieczulania pacjentow bez uzycia srodkow farmakologicznych, a przez otumanienie. Sen sie konczy, jak sie zastanawiam po co w takim razie oglupiac dentystke?!

Obudzilam sie przerazona, z silnym postanowieniem udania sie do kontroli w terminie pilnym. Zwlaszcza, ze wciaz mam komplet uzebienia w osemkami wlacznie i nie zamierzam tego zmieniac. Tyle tylko, ze w Brukseli niewiele spraw da sie zalatwic od reki i na wizyte musze czekac dwa tygodnie. W miedzyczasie bol zebow/zeba przeskoczyl mi na prawa strone. Na szczescie nie przy jedzeniu, a tylko jak mi sie przypomni.

Drobnym pocieszeniem jest dla mnie wierszo-piosenka Jeremiego Przybory, ktora co rusz mi chodzi po glowie (zwlaszcza referen). Widzialam nagranie z Irena Kwiatkowska w telewizji, niestety nie moge go wyszukac na youtube. Zatem bedzie sam tekst:

  "ZĄB ZUPA DĄB"

Przed drzwiami do dentysty
siedzimy według listy-
we wzroku mamy szklisty
polarny strachu ziąb.
Cierpienia szare cienie
czekamy na cierpienie-
co dłuższe ma korzenie
niż obolały ząb.
Oj!

Ząb zupa dąb zupa ząb
dąb zupa ząb zupa  dąb ząb dąb
Ząb  zupa ząb zupa ząb dąb

Gdy zadmie bólu trębacz
w zepsutą konchę zęba-
gdy włosy staną dęba,
a oko wpadnie w głąb-
w cierpienia futerale
płoniemy od zapaleń,
tańczymy nerwów balet,
złorzecząc na ten ząb.
Oj!

Ząb zupa dąb...itd

Lecz kiedy się wyczerpie
kontyngent naszych cierpień
i w nagłej bólu przerwie
zakwitnie ulgi klomb-
wyjdziemy od dentysty
skąpani w szczęściu czystym,
jedynym, rzeczywistym-
że nas nie boli ząb.
Oj!

Ząb zupa dąb...itd

I zamiast w życiu wcale
nie szukać innych zalet
i się radować stale,
gdy ból nie krzywi gąb-
my znów będziemy chcieli
pieniędzy i niedzieli,
i innych dupereli,
wciąż ostrząc na nie ząb.

I nagranie: