Zaczelo sie drobnym skokiem adrenaliny, bo kiedy z polskim dowodem osobistym stalam w kolejce do odprawy na dworcu kolejowym, kolezanka, z ktora jechalam, zaczela mnie zapewniac, ze trzeba miec paszport, zeby sie dostac na Wyspy, bo tam Schengen nie dziala. Celnicy na szczescie nie kwestionowali mojego dokumentu i zadowolone wyruszylysmy w podroz. Po ok.15-20 minutach pociag stanal, ogloszono problemy z napieciem elektrycznym i przez ponad godzine co 10 minut powtarzano, ze wylaczone jest swiatlo i klimatyzacja i jesli ktos ma problem z oddychaniem, ma sie natychmiast zglosic do kogos z obslugi. Po czym zaczeto nas holowac spowrotem do Brukseli, gdzie znowu musielismy sie ustawic w kolejce do odprawy i kontroli bagazu. W efekcie po 4 godzinach nadal bylysmy na dworcu Bruxelles Midi ;-) Zas trudy i nerwy koil nam gospel w wykonaniu nieduzej grupki wpolpodroznikow, ktorzy zabijali czas spiewaniem.
No i nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo. Primo: wszyscy pasazerowie dostali posilek, lepszy niz ten co serwuja w samolocie (no chyba, ze ktos nie lubi ryb, bo w pakiecie byla salatka z tunczyka i pasta z lososia), a secundo (uwaga!uwaga!) zaoferowano nam darmowy powrotny bilet na ta sama trase do wykorzystania w najblizszych miesiacach!!!
Zatem weekend zaczal nam sie z przygodami (w samym Londynie utknelysmy jeszcze na godzine w metrze na skutek braku napiecia i w zaden sposob nie moglysmy sie skontkatowac z czekajacymi na nas znajomymi), ale w doskonalym nastroju.
Klopoty nas nie opuszczaly rowniez w niedziele z rana, bo wybralysmy sie na polska msze o 10.15, jednak adres, ktory znalazlam w internecie okazal sie trefny i doszlysmy tylko do jakiegos budynku mieszkalnego. Nadzieje nam wzrosly, jak zobaczylysmy 3 facetow w bialo-czerwonych szalikach, jakis czas szlysmy krok w krok za nimi, ale panowie chyba raczej zmierzali do knajpy na poranne piwko. Nasza ostatnia deska ratunku byla agencja turystyczna w okolicy, ale tam mogli nam zaproponowac jedynie wycieczke do Belfastu, a o mszach nic nie wiedzieli. W kazdym razie zrobilysmy, co w naszej mocy.
I zaczelysmy buszowanie po muzeach.
Na pierwszy ogien poszlo British Museum. Nie bedzie duza przesada jak napisze, ze zgromadzono tam wiekszosc eksponatow, ktore znajdowaly sie na ilustracjach w ksiazkach do historii przerabianych w szkole. Mumie egipskie, rzezby z atenskiego Partenonu, Meksyk, Azja, Bliski Wschod. Zdjec nie mam - odsylam do podrecznikow, choc w sali z zegarami przyuwazylysmy jeden bardzo ciekawy obiekt:
W srodku znajduje sie niewielki czasomierz. Zegar z 1585 roku zostal stworzony na potrzeby owczesnych bankietow - impreza rozpoczynala sie, kiedy z organow znajdujacych sie w srodku zaczynala plynac muzyka. Nastepnie statek przenoszono wzdluz stolow i caly pokaz konczyl strzal z dzial po obu stronach.
Nie jest to w zadnym wypadku jakies znamienite dzielo w British Museum, ale drobna ciekawostka, o ktora warto zahaczyc.
Nastepnego dnia w planie mialysmy Tate Modern. Po Guggenheimie w NY cale muzeum wywarlo na mnie nienajwieksze, acz pozytywne wrazenie. Oprocz stalej ekspozycji mozna bylo rowniez podziwiac czasowa wystawe 'Ziarna slonecznikow', czyli miliony malenkich porcelanowych ziarenek chinskiej produkcji. W tyle na fotce stoi jakis facet, takze widac rozmiar wystawy. Ma ona na celu naklonienie widza do zadania sobie pytan: czym jest jednostka we wspolczesnym spoleczenstwie?, czy mamy jakies znaczenie i moc sprawcza, o ile nie dzialamy razem?, czym sa nasze pragnienia, istnienie i ilosc dla spolczenstwa, srodowiska i przyszlosci? Brzmi gornolotnie, ale wystarczy wyobrazic sobie dziesiatki Chinczykow kolorujacych te wszystkie ziarenka!!!
Interesujaca byla tez duza ksiazkowa konstrukcja. Napis obok wyjasnial intencje artysty (John Latham, 1960), ktory powolywal sie na zachodnioafrykanskie porzekadlo, ze jak czlowiek umiera, ginie tez cala biblioteka, gdyz tak wiele jest zapisane w jego umysle. Ksiazki ponizej przedstawiaja historie swiata i ludzkosci i widz widzi, ze czesc z nich nie jest dla nas dostepna, gdzies sie zawieruszyla i ulegla zapomnieniu. Czasem zagladam sobie do starych wpisow na blogu - w natloku wrazen mnostwo faktow mi wylatuje z pamieci, a tak jest nadzieja, ze cos z tego zostanie.
Z ciekawostek cala jedna sala w Tate Modern jest poswiecona pracy polskiej artystki Magdaleny Abakanowicz. Za Wikipedia:
W latach 60. stworzyła cykl abakanów, który składał się z dużych prac wykonanych technikami tkackimi. Formy rzeźbiarskie konstruowane z tak niekonwencjonalnego materiału zrewolucjonizowały spojrzenie na tkaninę artystyczną. Zrywały z dotychczasową płaszczyznowością tkanin przeznaczonych do dekoracji wnętrza. Spełniały tez funkcję praktyczną jako próba dostosowania monumentalnej rzeźby do skromnych warunków lokalowych: takie prace można było łatwiej magazynować. W 1962 roku na Międzynarodowym Biennale Tkaniny w Lozannie podwieszane u sufitu prace wywarły ogromne wrażenie swoją ekspresją barwy, fakturą, miękkością i pomysłowością. W 1965 Magdalena Abakanowicz została nagrodzona złotym medalem na Biennale w Sao Paulo, co było początkiem jej światowej kariery.
Z okien Tate Modern rozposciera sie piekny widok na Katedre Sw. Pawla i Millenium Bridge. Najpierw most otwarto w roku 2000, jednak ze wzgledu na silne wibracje przy duzej liczbie uzytkownikow trzeba bylo go przebudowac. Druga inauguracja miala miejsce dwa lata pozniej.
Trzeciego dnia poszlam do Natural History Museum, ktore chyba najbardziej mi sie podobalo. Tak bardzo, ze bedzie o nim w osobnym wpisie.
Zas nie bylabym soba, gdybym bedac w Londynie nie wybrala sie na musical ;-) Tym razem wybor padl na 'Mamma mia!' (co sie zreszta niezle wpasowywalo w klimat weekendu). Na poczatku bylam nieco sceptyczna, majac w pamieci film z Meryl Streep, ktory bardzo lubie i obawialam sie, ze w teatrze nie da sie zrobic nic na takim poziomie. Otoz dalo sie. Przedstawienie jest o wiele lepsze od filmu, z doskonala choreografia, wspanialymi aktorami i duzym poczuciem humoru. Tutaj mozna zobaczyc miks kilku przebojow: MAMMA MIA!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz