sobota, 31 lipca 2010

Parada

Pierwsza w tym sezonie (dla mnie), wspaniala jak zawsze!
http://www.belgiumrollers.com/


Na miejsce zbiorki przy Palacu Sprawiedliwosci dojechalam troche wczesniej i udalo mi sie uprosic pana z Touringu, zeby mi przejrzal i fachowo dopompowal rower (w razie potrzeby reguluje tez hamulce, ktore przy ostrych zjazdach musza dzialac bez zarzutu). Na miejscu gromadzili sie juz organizatorzy:

I policjanci rolkarze:


Sporo uczestnikow dojechalo z dziecmi (choc ja sama mam pewne watpliwosci, czy jest to bezpieczne):





Te starsze same braly udzial, tylko pod gorke rolkarze musieli ich troche popychac. W tle auto zapodajace muzyke:


Tu prawie cala parada na krotkim postoju:


I tyly, czyli pogotowie, mechanicy i autobus dla 'spadow':



Wczorajsza trasa:


Jak mielismy pierwszy ostry zjazd na Chaussee d'Ixelles, kiedy pedzilam w dol na leb na szyje, uslyszalam tylko pelne podziwu westchniecie nastolatkow na chodniku: 'Wow, tour de France!'. 
Ja, na moim ukochanym miejskim i bardzo kobiecym rowerku, pasuje do tego troche jak piesc do nosa. Ale dzielnie dawalam rade, zwlaszcza jak wjezdzajac pod gore przybieralam postawe rasowego kolarza i wyprzedzalam marudery ;-) Nawet z kondycja nie jest tak zle, jak sie obawialam. 

Goraco polecam, tylko rowerzysci musza koniecznie wziac kogos do towarzystwa do plotek (inaczej na postojach strasznie sie nudzi). No i trzeba byc czujnym, bo kolezance pod kola podjechal jakis ciolek i sie wyrabala, a ludzie od pierwszej pomocy spisuja sie srednio (najpierw tylko polali kolano woda utleniona i ja odeslali, a jak po chwili wrocila z lejaca sie rana, to ja opatrzyli niczym przy zlamaniu otwartym).  

Ale generalnie jest cudnie! Swieze powietrze (wstrzymany jest ruch samochodowy), swietna atmosfera (zaczelam nawet akcepowac muzyke techno), ruch (srednio trasa przejazdu to ok.30 km, miedzy 20.00 a polnoca), czego chciec wiecej? ;-)

czwartek, 29 lipca 2010

Krokodyla daj mi luby

Uprzejmie prosze wszelkich znajomych, aby NIGDY nie obdarowywali mnie zwierzyna. Kwiatki - tak, zwierzatka – nie. Nawet jak bede sie zachwycac czyjas papuzka czy chomikiem, nie oznacza to, ze chce miec takie stworzenie na stale. Poprzestane na szukaniu losiow po lasach czy bobrow w rzekach i naprawde nic wiecej mi do szczescia nie potrzeba.

Najpierw jedna znajoma dostala w prezencie kanarka. Ptaszyna super, pozytywnie nastawiony do zycia, choc z niewiadomych przyczyn przestal spiewac, ale jak tylko kolezanka chce wyjechac na wakacje rodzi sie problem, co z nim zrobic. Raz zostalam kanarko-sitterka i choc moj podopieczny zachowywal sie nienagannie, truchlalam ze strachu, czy mu tesknota za wlascicielka nie zaszkodzi.

Teraz inna znajoma dostala od partnera zyciowego wymarzone rybki. Cudne. Zlote. Z welonami. Pieknie sie prezentowaly w kulistym akwarium. I tak romantycznie sobie we dwie plywaly. I wogole az zaczelam jej troche zazdroscic. Bo taka rybka to swietna alternatywa dla nudnej telewizji. Poki co zanosilo sie, ze dostane je na pare tygodni pod opieke, bo kolezanka zaraz wyjezdza na wakacje i mialam plan ustawic je sobie na biurku w pracy i podpatrywac w wolnych chwilach. A jakby sie jeszcze rozmnozyly, to moglabym dostac taka w prezencie.

I ta sielanka trwala pare godzin, az do momentu, kiedy swiezo upieczona wlascicielka zlotych rybek zaczela szukac w necie, co one potrzebuja do pelni szczescia. Choc Wikipedia nie zawsze jest idealnym zrodlem wiedzy, to tym razem ogromnie podzialala na nasza wyobraznie:

Akwarium kulowe błędnie uchodzi za przeznaczone głównie do trzymania jednej złotej rybki. Akwaria tego typu, ze względu na atrakcyjność wizualną, mogą być stosowane jako ozdobne opakowanie dla ryby wręczanej jako prezent. (…) wobec niemożności utrzymania równowagi biologicznej w tak małym zbiorniku (utrudniony montaż odpowiednio wydajnego systemu filtracyjnego i napowietrzającego) - ryby w nim żyjące skazane są na bardzo złe warunki i powolną śmierć. Przez swój kształt i utrudnioną dla niego orientację w przestrzeni, spowodowaną brakiem narożników i ścianek, powodują ciągły stres i negatywnie wpływają na ich zdrowie, zmniejszając ich odporność na choroby. Ponadto ryba, która przez dłuższy czas mieszkała w kuli, często nawet po wpuszczeniu do normalnego, prostopadłościennego akwarium cały czas pływa w kółko.


No i ja od razu widzialam siebie jako zbrodniarke wykanczajaca rybki i powodujaca ich choroby psychiczne i powolne umieranie. W dodatku jak sie dowiedzialam, ze co pare dni trza te rybki wylawiac, zmieniac im zatoksynowana wode rownoczesnie dbajac o roslinki i kamyczki w srodku, to zajmowanie sie nimi w pracy zaczelo nastreczac pewnie trudnosci. A w domu mam najazd gosci i z rybkami sie nie pomiescimy.

Ostatecznie szef kolezanki zaproponowal wrzucenie ich do jeziorka Woulwe lub do swojego oczka wodnego w ogrodku. Stanelo na tej drugiej opcji, w miedzyczasie jedna rybka sie udusila (po raptem paru godzinach w tym malym akwarium!!!), z druga znajomi pedzili wieczorem na leb na szyje do stawu czujac sie niczym bohaterzy filmu 'Uwolnic orke', a nastepnie odprawili uroczysty rytual wypuszczania jej na gleboka wode w oczku, ja sie skutecznie wyleczylam z pomyslu posiadania jakichkolwiek zwierzat nie maczajac w tym palcow, a kolezanka po urlopie co najwyzej zorganizuje sobie malenkie rybki, ktore nie odniosa zadnych strat na psychice i uszczerbku na zdrowiu w kuli (poki co sama ma traume).

A ja poprzestane na kwiatkach. Moge sie nawet, zgodnie z zaleceniami, czule nad nimi nachylac i spiewac ‘rosnij lawendo wysoko, jak pan lezy gleboko’, czy inne piosnki pozytywnie wplywajace na motywacje roslin do bujnego wzrastania.

Moral z tej historii: choc powszechnie uwaza sie, ze zlote rybki spelniaja zyczenia, zyczenie posiadania zlotej rybki powoduje same dylematy etyczno-moralne (jak tu teraz delikatnie wytlumaczyc ukochanemu, zeby nastepnym razem, przed kupnem romantycznego prezentu, zrobil stosowny research w internecie?).

To ja juz wole… orchidee ;-)

środa, 28 lipca 2010

BXL a NY

"Empire State of Brussels":




A tu pierwowzor "Empire State of Mind" o Nowym Jorku: http://www.youtube.com/watch?v=0UjsXo9l6I8

Belgijska przerobka mi sie po prostu podoba, a tegie glowy peroruja o jej pozytywnym aspekcie w momencie kryzysu tozsamosci. Jest to rzekomo powrot do korzeni i tego co Brukselczycy najbardziej kochaja w swoim miescie (Atomium i Grand Place ;-).

Aktualnie Belgowie sa na wakacjach. A problem podzialu kraju znalazl swoj oddzwiek rowniez w polskiej prasie. Ponizej Krzysztof Varga o BXli i nie tylko:

Od kiedy pamiętam, słyszę, że Belgia się rozpada, rozpada się permanentnie i ustawicznie, od kiedy Belgia zaczęła się rozpadać, zdążył się rozpaść Związek Radziecki, rozpadły się Jugosławia i Czechosłowacja, Belgia natomiast trwa uparcie, choć naturalnie wciąż się rozpada. Niby Flamandowie wciąż się odłączają od Walonów ale jakoś nadal się odłączyć nie mogą, obie nacje okupują się nawzajem, jechałem więc z okupowanej przez Flamandów Walonii do zniewolonej przez Walonów Flandrii, popijałem przy tym boskie belgijskie piwo i zakąszałem gotowanymi ślimakami z portu w Ostendzie, a Belgia trwała uparcie. Trwały również frytki z majonezem i pralinki ze sklepów drogich jak jubiler, dopóki nie zostanie ustalone ostatecznie, czy frytki z majonezem są bardziej flamandzkie, czy walońskie, Belgia będzie trwała.

Więcej... http://wyborcza.pl/1,99494,8048874,Czy_Belgia_moze_byc_zbawiona.html

poniedziałek, 26 lipca 2010

Disco Holo i Czarownice

Pomysl spedzenia weekendu w Holandii powstal jakis czas temu, kiedy w Flair (beznadziejnym magazynie dla kobiet) pojawily sie kupony znizkowe na noclegi w hotelach w roznych krajach. Zarezerwowalismy dwa pokoje w Rotterdamie, ja przejrzalam moj ulubiony przewodnik Pascala po Holandii i ruszylismy w droge.

Wycieczke zaczelismy w Utrechcie, ktorego opis nie byl zbyt zachecajacy: 'Jeknalem na mysl o mieszkaniu przez cala zime w tak okropnym miejscu' napisal brytyjski pisarz Boswell w 1763 roku, myslac o Utrechcie, ale z kolei slyszalam o nim dobre opinie od znajomych. Miasto okazalo sie bardzo przyjazne, z wysoka wieza (ponoc najpiekniejsza w kraju). Znajdujaca sie obok ogromna katedra, Domkerk, zachowala sie tylko czesciowo - nawa zawalila sie w czasie burzy w 1674 roku (a musiala to byc apokaliptyczna katastrofa) i do dzis przetrwala tylko wschodnia czesc budowli. Przeszlismy sie po kruzgankach, mialam swoja koffie verkeerd z apfeltorte i kawalek stroopwafla swiezo przy nas przygotowanego (jeszcze cieplego) i byl to calkiem trafny wybor na sobotnie przedpoludnie.

Drugi postoj zrobilismy w niewielkim miasteczku Oudewater, ktore na stale wpisalo sie w historie kraju. Otoz kilkaset lat temu powszechne bylo oskarzanie kobiet o zle moce i uwazanie ich za czarownice. Zanim ofiare spalono na stosie (los ten spotkal ponoc kolo miliona osob), stosowano kilka testow. Jednym z nich była proba wody – jak utonela, oznaczalo to, ze jest niewinna (niestety na wiele jej sie to nie zdalo). Czesto jednak liczne spodnice powodowaly, ze kobiety unosily sie na wodzie i wtedy podejrzenia uznawano za sluszne. Innym sposobem była proba wagi, ktora opierala sie na przekonaniu, ze czarownica musi byc niezwykle lekka, zeby latac na miotle. Cesarz Karol V nadal miastu przywilej wydawania waznych w calym cesarstwie zaswiadczen, ze waga oskarzonego jest proporcjonalna do budowy ciala i tysiace ludzi przybywaly po cenny dokument.


Hexenwaag istnieje do dzis i nadal mozna przejsc test na sznurkowo-drewnianej wadze. Nie powiem, troche stresu bylo (bardziej takiego, ze okaze sie za ciezka), wage delikwenta oceniano bezblednie, po czym nalezalo przejsc jeszcze przez krzyzowy ogien pytan – pracownica muzeum, prawdziwa wiedzma, mnie akurat wypytywala: czy gotuje w domu, czy dodaje ziol, czy uzywam grzybkow, gdzie pracuje, w finansach???, to na pewno mam koszachty z diablem. Werdykt: WINNA. Podobnie w przypadku znajomych (np.jak pani podrozuje?, lata samolotem?, lata?, winna!). Uzylismy jednak swoich czarnych mocy, zeby wyprosic czaderski certyfikat (dla nas nie po niderlandzku, ale w staroangielskim). Potencjalne czarownice planujace poddac sie probie ostrzegam tylko, ze na dokumencie wpisuja dokladna wage, ktora wytarlam na zdjeciu ponizej ;-)




Smiechu mielismy moc, zwlaszcza jak pozniej dumnie przechadzalismy sie po miescie i ludzie, ktorzy nas wczesniej widzieli i sluchali przy wazeniu, schodzili nam z drogi i omijali szerokim lukiem ;-)))


20 km za Oudewater jest miasto Gouda, slynace z serow i czwartkowych targow. Co prawda moj przewodnik znowu powalal sceptycyzmem: Organizatorzy wycieczek wykorzystuja targ bez skrupulow, co tydzien spedzajac w to smetne miejsce gromady swoich ofiar. Rynek okazal sie bardzo przyjemny, z pieknym ratuszem na srodku placu, bardzo dobrym lokalnym piwem i knajpkami ze smacznym jedzeniem. A do tego zahaczylismy o ogromny sklep z serami probujac roznych wyrobow i dokonujac zakupow.

Stamtad pojechalismy prosto do hotelu w Rotterdamie i udalismy się na wieczorne zwiedzanie miasta. Daleko nie zaszlismy, bo utknelismy na ponad 3 godziny na wielkim koncercie karaoke http://www.nederlandzingtmee.nl/. Po raz pierwszy w tym miescie, przyciagnal tlum rozspiewanych i roztanczonych widzow, a my sie okazalismy poliglotami, bo dolaczalismy we wszystkich mozliwych jezykach ;-) A bylo w czym wybierac, bo zaczelo się od francuskiej ‘La Ballade des gens heureux’ (Holendrzy, w odroznieniu od Flamandow, uwazaja ponoc ten jezyk za elitarny i chetnie na codzien ozdabiaja swoje wypowiedzi francuskimi slowami) przez 'Imagine' Johna Lennona, ogromny aplauz wywolala lokalna gwiazda Annie de Reuver ze swoja piosenka 'Kijk Eens In De Poppetjes Van Mijn Ogen', tlum szalal przy ‘Ben je in Rotterdam geboren’, zapalono swieczki i bujano się do rytmu przy kawalku o wymarzonym kraju ‘Droomland’, zas najwieksza niespodzianka bylo: 'All I want for Christmas' Mariah Carey spiewane w polowie lipca!!!



Na zakonczenie puszczono kolejny francuski hit 'Les Lacs Du Connemara' Michel'a Sardou (kultowa piosenka, spiewana na pozegnanie, ktorej sie nauczylam na wyjazdach UCPA) i ‘Thank you for the music’ Abby na bis. Po paru godzinach razem z Holendrami wywijalismy mlynki przy muzyce country i tanczylismy kankana przy lokalnych disco holowych przebojach i mielismy mnostwo smiechu i zabawy.


Rotterdam obeszlismy zatem w kompletnych ciemnosciach probujac wypatrzyc nowoczesne budowle, z ktorych to miasto slynie i most. Fajna była jeszcze aleja gwiazd, gdzie oprocz Roxette, Kate Melui, Helmuta Lotti i innych, była tablica pamiatkowa… Shreka i Mickey Mouse ;-)

Z rana zas zaczelismy od Hagi.  Troche zaczelo mzyc i pojawil sie pomysl wejscia do galerii Mauritshuis zwlaszcza, ze tym razem opis z mojego przewodnika byl dosc intrygujacy: w roznych salach muzeum znajduje sie 13 obrazow Jana Steena, m.in. wspanialy w swej wulgarnosci obraz 'Dziewczyna jedzaca ostrygi', ilustrujacy przyslowie 'czym skorupka za mlodu nasiaknie, tym na starosc traci'. Na miescie jednak znalezlismy piekna prezentacje zdjec dzikich cudow Europy m.in. z Hallerbos z Belgii i zubrami z Polski oraz wystawe rzezb. Deszcz ustal (w koncu jestesmy czarownice) i postanowilismy pozostac przy komercji i podjechalismy do Madurodam, czyli zbioru minaturek z Holandii. Podobny do brukselskiej Mini Europy zachwycal szczegolami: np.byla tez Dzielnica Czerwonych Swiatel z Amsterdamu z panienkami w witrynach okien i speszonymi facetami na ulicy, na koncercie muzyki pop widzowie bujali sie do rytmu, a na stadionie rozgrywano mecz…Hiszpania-Holandia! Czasem pedzil Thalys na trasie Bruksela-Amsterdam, na lotnisku staly samoloty KLMu, a tu i owdzie krecily sie wiatraki. 



Na koniec mimo porywistego wiatru podjechalismy do Scheveningen zobaczyc tamtejszy Kurhaus, przejsc sie po molo i zaczerpnac troche morskiego powietrza.


Jak tylko wsiedlismy do auta i ruszylismy na poludnie do Brukseli, mzawka zamienila sie w ulewe ;-)

PS A co do mnie, jako wiedzmy, to podejrzenia sa. Samowolnie obdarzylam sie wladza absolutna w wydawaniu decyzji dokad kiedy jedziemy i zbiorke na niedziele rano bezdyskusyjnie wyznaczylam na 9ta przy recepcji. Znajoma tak sie tym przejela, ze w nocy meczyl ja koszmar, jak probuje sie spakowac, zeby zdazyc i co chowa do torby, natychmiast pojawialo się spowrotem na zewnatrz. Sen konczy sie, jak ja wchodze do pokoju i zwracam jej uwage, ze sie guzdrze i ma spoznienie. Wiedzma, nie?

PS2 Poszukalam troche w necie o czarownicach i oto na co sie natknelam:

W Krakowie w roku 2003 miał miejsce (...) proces dotyczący pomówienia o czary. Jerzy M. – rolnik z Woli Kalinowskiej k/Krakowa pozwał do sądu swoją sąsiadkę Annę B., która publicznie stwierdziła, że M. jest czarownikiem, który zabiera mleko od jej krów. Jako dowód przytaczała fakt, iż odstawia on 40 litrów mleka z dwóch krów, podczas gdy ona – jedynie 17 litrów. Charakterystyczne było, iż chociaż rolnik podkreślał, że w czary nie wierzy, obawiał się, iż opowieści sąsiadki zepsują mu opinie. Ostatecznie proces zakończył się ugodą.

Zrodlo: wikipedia (Procesy o czary)

czwartek, 22 lipca 2010

Swieto Narodowe

Pierwszego lipca bylam na Canada Day, a wczoraj mielismy fête nationale belge, czyli belgijskie swieto narodowe (upamietniajace zlozenie przysiegi wiernosci konstytucji przez pierwszego krola Leopolda w 1831 roku). Tak sie sklada, ze z reguly jestem wtedy na wakacjach, wiec tym razem postanowilam wykorzystac okazje i wziac udzial w obchodach. Niestety, ostatnio planowanie zle mi idzie i swietowanie mi wyszlo troche na opak.

Zaczelo sie od bal national we wtorek wieczorem. Dotarlam akurat na moich ‘ulubiencow’ Nicole&Hugo (belgijskich laureatow Eurowizji z 1971 roku!!!) i jak wyskoczyl kolejny zespol Les Vedettes (nieco podstarzalych babeczek w kolorowych wdziankach), moja kumpela nie zdzierzyla (atmosfera byla biesiadna, a muzyka to z kolei takie disco belgiano) i poszlysmy na spotkanie, na ktore byla zaproszona. Tam zdalam sobie sprawe jakie to ogromne szczescie, ze nie jestem juz newcomers’em i mam swoich sprawdzonych znajomych na rozne okazje (na lunche, kawki, wycieczki, wyjscia do kina czy na koncerty, do podlewania kwiatkow, jak jestem na wakacjach, dzwonienia w srodku nocy, jak zajdzie potrzeba czy przeprowadzania sie, jak odwiedza mnie za wielu gosci na raz). Tutaj ludzie byli ok, ale nie dosc, ze wyszlam na mamuta (z moimi ponad 4 latami w BXli zdecydowanie sie wyroznialam), to jeszcze rozmowy toczyly sie wylacznie wokol tematow: ‘Z jakiego jestes didzi?’, ‘czym sie zajmujesz?’ czy ‘podoba Ci sie w Brukseli?’ albo ‘co ci sie nie podoba?’ (ja cale wieki nie odpowiadalam na takie pytania i ostatnio w czasie wolnym jakos wole paplac o wakacjach, a nie o pracy - na przyklad jedna kumpela bardzo mi poleca, zebym sie poduczyla portugalskiego i poleciala na wodospady do Brazyli, a inna, zebym odswiezyla bukwy i wybrala sie do Moskwy, a ja tylko sie glowie, jak wszystko pogodzic i skad brac urlop).

Swieto narodowe bylo wczoraj i rano wymyslilam, ze sie ubiore na czarno-zolto-czerowono, ale szybko sobie przypomnialam, ze ja zolty uwielbiam bezgranicznie, ale jako kolor scian, a nie ubran i nie mam nic w tym kolorze, a czerwona jest tylko koszulka z Kanady i szalik z napisem Polska, co srednio pasuje. Za to korzystajac z dnia wolnego, zabralam sie za selekcjonowanie zdjec z urlopu (z 7000 udalo mi sie wybrac 440 najlepszych, wiec jestem z siebie ogromnie dumna). Tak sie w to zaangazowalam, ze jak sie ocknelam, byla juz 16ta i wlasnie zaczynal sie przemarsz wojsk przed rodzina krolewska, na ktory zamierzalam pojsc, ale w tej sytuacji nie bylo juz sensu wychodzic. Zatem tez mnie ominal.

W efekcie udalo mi sie dotrzec tylko na obiad i do kina ze znajomymi na zupelnie nieswiateczny film (premiere ‘Inception’ z Leonardo di Caprio – calkiem zgrabnie zrobiony thriller – tylko jak doszlo do sceny, w ktorej bohaterowie postanawiaja do wybudzen zastosowac muzyke i puscili ‘Non, je ne regrette rien’, to parsknelam smiechem – Piaf mi ostatnio pojawia sie przy wszystkich mozliwych okazjach). Film sie skonczyl przed 23cia, akurat zeby nam sie udalo dojsc do ING przy Tronie na pokaz sztucznych ogni. Moj trzeci w tym miesiacu, za to pierwszy, ktory obejrzalam naprawde, a nie przez ekran aparatu pstrykajac zdjecia. Bardziej widowiskowy niz nad Niagara, ale chaotyczny w porownaniu z tym z Kolonii. Widoczonosc byla doskonala, miejsca w brod, wiec mozna bylo sobie spokojne siedziec na chodniku, a ognie rozblyskiwaly tak blisko, ze pare razy sie rzucalam ze stachu, ze na mnie spadna. Jak dreptalam do domu, widzialam jeszcze mniejszy pokaz na St Joosie.

A co sie odwlecze, to nie uciecze. Oficjalne uroczystosci obejrze sobie za rok. Albo za pare lat.

niedziela, 18 lipca 2010

Kölner Lichter

Czas plynie, do mnie zjechali kolejni bardzo fajni goscie, po ktorych mam teraz piekne kolorowe wpisy w homebooku (zanosi sie na to, ze kiedys bedzie to wspaniala ilustrowana (!) historia mojego domostwa), a sama zaczelam nowe podroze. Tym razem nie zajechalam daleko, bo do Kolonii, za to na dosc niecodzienne wydarzenie, czyli 10ty z kolei pokaz sztucznych ogni nad Renem - http://www.koelner-lichter.de/ (polaczony oczywiscie z wczesniejszymi zakupami w Niemczech i konsumpcja sznycla, czyli cos dla ciala, cos dla ducha).

Recepta na udane radzenie sobie w tlumie na wybrzezu (przyszlo kolo miliona osob):  zajac strategiczne miejsce 5 godzin wczesniej. Autko zostawilysmy na parkingu 22, spacerkiem przyszlysmy nad rzeke, po czym udalo nam sie znalezc pusty skrawek na obnizonej promendadzie vis a vis Katedry i wiezy telewizyjnej, gdzie zaraz rozlozylysmy karimatke i asertywnie bronilysmy naszego terytorium az do 23.30, kiedy rozpoczal sie pokaz. Pogoda byla swietna i tylko od czasu do czasu docieraly do nas chlodne podmuchy wiatru, z ktorym radzilysmy sobie doskonale podrygujac w rytm puszczanych przez glosniki szlagierow Disco Germano ;-)

Za to widoki mialysmy piekne (zwlaszcza o i po zachodzie slonca):




Godzine przed oficjalnym rozpoczeciem mialo miejsce przeplyniecie statkow (ktore potem wrocily i porozstawialy sie w roznych miejscach na Renie), odpalenie zimnych ogni przez widzow (obie strony mienily sie zlotymi blyskami) i kilka minut wstepnych wystrzalow z niewielkiej platformy na rzece.






Punktualnie o 23.30 zaczal sie polgodzinny pokaz wypuszczeniem w powietrze miniaturki katedry na wiazce balonow, ktora zaraz zostala (chyba przypadkiem) zestrzelona.






A potem kontynuowano pokaz do dzwiekow muzyki:





Kilka kompozycji bylo naprawde doskonalych - np. do 'What a wonderful world' Louisa Armstronga przy 'I see trees of green' strzelano na zielono, 'red roses too' - czerwono, zas 'the colours of the rainbow so pretty on the sky' polaczono z roznokolorowa tecza fajerwerkow. Rownie wdziecznym podkladem muzycznym byl referen z 'Music' Johna Miles'a - to zreszta wykorzystano w oficjanym filmiku: http://www.express.de/regional/koeln/domstadt-strahlte-in-ihrer-vollen-pracht/-/2856/4425580/-/index.html 

Zas najwiekszym zaskoczeniem dla mnie byla piosenka Edith Piaf  'Hymne á l'amour' (Niemcy puszczajacy rhomantyczne francuskie kawalki po wielogodzinnej dawce piesni biesiadnych?). Tu fragment: 



Jedyne czego nam brakowalo, to hucznego zakonczenia, ale za to udalo sie odszukac wsrod miliona widzow znajomych i poszlismy na piwo, zeby przeczekac korki przy wyjazdach z parkingow. W sumie wyszedl nam bardzo sympatyczny weekend.


PS I na koniec ciekawostka - kilka scen ze spektaklu o Edith Piaf do jej piosenki 'Nie zal mi' w polskiej wersji.




Kiedy w Kolonii oglosili, ze Piaf znajduje sie na liscie podkladow muzycznych, zartowalam, ze puszcza wlasnie 'Non, je ne regrette rien' i... odwolaja pokaz.

Na szczescie moje chwilowe czarnowidztwo sie nie ziscilo! Choc w sumie te 5 godzin czekania minelo nam tak szybko i wesolo, ze i tak by bylo warto ;-)

wtorek, 13 lipca 2010

Postscriptum

Dzis choruje i mam dzien wolnego na doprowadzenie sie do porzadku. W zeszlym tygodniu, zaraz po powrocie z wakacji, kipialam energia, wrocilam na srodowe polskie lunche, na czwartkowa gimnastyke i wieczory kinowe, na piatkowa probe choru, za ktorym sie bardzo stesknilam, w weekend wyczyscilam rower i zrobilam sobie pierwsza wycieczke w tym sezonie (przy 30 stopniach w cieniu) i jak tylko uporzakowalam wszystkie papiery, ulotki, broszurki i zdjecia po urlopie, wcisnelam 'publikuj' na ostatnim blogowym poscie, emocje opadly, a ja sie... przeziebilam. Chorowanie w srodku lata przy pieknej pogodzie (choc z przelotnym deszczem, ktory w sobote nie pozostawil na mnie suchej nitki), to jakies nieporozumienie.

Po raz dziesiaty obejrzalam zdjecia i tu jeszcze drobne uzupelnienie, czyli kilka zaskoczen (glownie z Kanady):

Prosze chodzic po trawie. Wyspa kolo Toronto

Znaki w Ontario

Wiewiorka w Toronto

Quebec a Ferrari



Typowa Quebec'ka numeracja mieszkan. 35 i pol. Jak w Harrym Potterze ;-)



Stop



KFC w Quebecu



? czyli informacja turystyczna



65 lat przyjazni i wspolpracy Kanady i Holandii



Pod parlamentem w Ottawie



Chipmunk. Chip czy Dale?



Taki dyskretny znaczek...


niedziela, 11 lipca 2010

W dzungli miast

Po obejrzeniu zdjec, ktore powrzucalam do tej pory, zauwazylam, ze znowu sie skupilam na naturze ;-) Bo od spalin wole sie zachlystywac swiezym powietrzem. I zielony to moj prawie ulubiony kolor. Ale metropolie tez maja swoj urok. A zatem teraz kilka najwiekszych miast:

Chicago














NY














Montreal












Toronto