wtorek, 6 lipca 2010

No-plan-improvisation-vacation (tydzien pierwszy)

Lacznie cala podroz obejmowala dystans 7500 km w 23 dni. Przejechalismy przez 10 stanow w USA i dwie prowincje w Kanadzie.

Czwartek, 10 czerwca

Na lotnisku odnalezlismy sie bez problemu i od razu skierowalismy sie do Hertza po auto. Wypozyczenie samochodu z GPSem znacznie podwyzsza koszty (15 dolarow za dzien) i bardziej sie oplaca dojechac ‘na czuja’ do miasta i kupic za 100 dolcow np. TomToma z mapa Kanady i USA. To tez uczynilismy. Stosunkowo tanie noclegi w Toronto oferuje latem Uniwersytet - warunki troche jak w Polsce w latach 80tych, pokoje 1-2 osobowe. Za to warto zawczasu sie zaopatrzyc w przejsciowke na amerykanskie kontakty (sklepy w Toronto w najlepszym przypadku maja w ofercie przelaczniki w druga strone - z kanadyjskich na nasze).



Piatek

Toronto: spacer wsrod budynkow Uniwersytetu (akurat trafilismy na swiezo upieczonych absolwentow w togach), Chinatown, stary i nowy ratusz, pasaze handlowe tworzace podziemne miasto, Rogers Centre, czyli stadion z rozsuwanym dachem. Upal nas troche rozleniwil i w poludnie przeplynelismy na wyspe na jeziorze Ontario z malowniczym widokiem na CN Tower i centrum miasta. Na plazy po zachodniej stronie wyspy spieklismy sie jak raki. Przez to przez kilka nastepnych dni wygladalismy na rodowitych Indian. A na kolacje podreptalismy do dzielnicy Little Italy, gdzie ja moglam nawet zjesc bruschette, z ktorej zeskrobalam caly ser ;-)


Sobota

Przejazd do Sault Ste.Marie, dokad przed kilkudziesieciu laty udal sie brat mojego dziadka i do dzis sa tam kolejne pokolenia Wieczorynek. Po drodze chcielismy sie zatrzymac w Sudbury, gdzie centrum wydawalo sie byc opuszczone jak w amerykanskich westernach. W domu handlowym wialo pustka. Ucieklismy stamtad, az sie kurzylo.


Niedziela

W Soo mieszka nadal dosc duza grupa rodakow. Maja swoja kaplice wybudowana przez Polakow dokladnie 50 lat temu oraz klub (z orlem na tle liscia klonowego). Dorabiaja sobie robieniem pierogow i golabkow, ktore ciesza sie uznaniem rowniez wsrod Kanadyjczykow. Moje kuzynostwo, choc jezyka nie zna, w pelni przyznaje sie do swoich europejskich korzeni. No i okazalo sie, ze choc cale zycie spedzilismy prawie nic o sobie nie wiedzac, wspolne geny mamy i wizyta udala sie doskonale.


Poniedzialek

Lake Superior Provincial Park, czyli przejazd w kierunku Wawa. Mniej wiecej w polowie drogi, na Agawa Rock zachowaly sie slady wczesniejszej kultury Indian Odzibuejow - kilkusetletnie malowidla przedstawiaja zwierzeta i sceny ilustrujace indianskie legendy. Dojscie jest dosc karkolomne - po sliskich kamieniach nad urwiskiem, ale piekna okolica i swietne wrazenia.




Wieczorem wzielismy zas udzial w probie Royal Canadian Legion Branch 25 Drum & Trumpet Band. Orkiestra siedziala w polkolu, a my zostalismy posadzeni na krzeselkach w samym srodku (takim miejscu dla dyrygenta) i po kazdym kawalku z uznaniem bilismy brawo. Dostalismy tez specjalne odznaki z okazji ich 75-lecia, ja sie zalapalam na rocznicowa koszulke, a potem poszlismy ze wszystkimi na piwo i bylismy glowna atrakcja wieczoru (zwlaszcza fakt, ze przyjechalismy z Polski, Niemiec i Belgii). Jeden starszy pan szpanowal, ze byl w Europie i wie, ze tam ludzie sie witaja i zegnaja cmokajac sie w policzek i wywolal tym spore niedowierzanie i zaskoczenie wsrod reszty. W salce obok urzadzono wystawe odznak i tam w jednej gablocie znajduja sie krzyze czynu bojowego i legitymacje naszego Wuja.

Wtorek

W Soo przekroczylismy granice (po uiszczeniu oplaty 6 usd na osobe, zostawieniu po raz kolejny odciskow palcow i przeskanowaniu calego samochodu) i rozpoczelismy przeprawe przez stan Michigan od Mackinac Bridge (2626 m) - trzeciego najdluzszego mostu wiszacego na swiecie.

Tuz za nim znajdowal sie Fort Colonial Michilimackinac z poprzebieranymi statystami. Tutaj kiedys spotykali sie Indianie z handlarzami skor, a pozniej zostal zajety przez francuskich i brytyjskich oficerow. Nastepnie skierowalismy sie na zachod na wybrzeze Jeziora Michigan. W Traverse City (miasteczku podobnym do naszego Sopotu) zjedlismy lunch, w Ludington przeszlismy sie wsrod wydm i do malowniczej latarni morskiej. Na koniec zlapala nas straszna burza i nieco wczesniej niz planowalismy, zaczelismy szukac noclegu. Nasz wybor padl na Motel 6 (za pokoj teoretycznie 4-osobowy - dwa podwojne lozka, z wlasna lazienka i dostepem do internetu zaplacilismy ok 50 dolarow - to byl nasz najtanszy nocleg podczas calej podrozy, ale pozostalismy wierni tej sieci moteli przez kolejne tygodnie).

Sroda

Chicago, Illinois. To jest chyba moje ulubione miasto amerykanskie, ze wszystkich, ktore widzialam. Zreszta chicagowska szkola architektury, ktora pod koniec XIX wieku odrzucila historyczne zdobienie, zamieniajac je na motyw pionowych rzezb tworzonych przez filary, luki i okna, zapoczatkowala nowy trend w miastach na calym swiecie.

Zwiedzanie zaczelismy od Sears Tower (110 pieter i 443 metry wysokosci, co czyni go najwyzszym budynkiem w Ameryce Polnocnej do linii dachu), gdzie wykazalam sie ogromnym bohaterstwem wychodzac na szklana podloge ;-)

Nastepny w kolejnosci byl Millenium Park otwarty w 2005 roku.

W fontannie Crown  kapaly sie dziesiatki dzieciakow, a na dwoch wiezach wyswietlano twarze osob, ktore co pewnien czas zamienialy sie w gargulce plujace woda.


Mnostwo frajdy z robieniem fotek naszych odbic w krzywym zwierciadle mielismy przy Cloud Gate - wielkiej fasolce odbijajacej wiezowce i niebo oraz - pod odpowiednim katem - przechodniow. Zas w sali koncertowej na swiezym powietrzu (Jay Pritzker Pavilion) wieczorem odbyla sie inauguracja nowego sezonu koncertow i siedzac na trawniczku wysluchalismy 'Czterech Por Roku' Vivaldiego. Reszte dnia spedzilismy przechadzajac sie 'w ciemno' po miescie i nabrzezu i podziwiajac wiezowce i waskie przejscia miedzy nimi (tak przypadkiem zawedrowalismy do czaderskiego House of Blues).

Zas na obiad sprobowalam slynnej chicagowskiej pizzy na bardzo cienkim spodzie (zupelnie nie przypomina swojego wloskiego odpowiednika).





Czwartek

Niedaleko Chicago, w Oak Park, znajduje sie Dzielnica Historyczna Franka Lloyda Wrighta i Szkoly Preriowej. W projektowanych przez Wrighta budynkach linie pionowe i zwisajace okapy byly zainspirowane krajobrazami dzikiego Zachodu. Wszystkie domy sa doskonale oznaczone i przechadzac sie po okolicy natknelismy sie rowniez na miejsce urodzenia Ernesta Hemingway'a. Architekt w 1909 roku odszedl od zony i 6 dzieci, wywolujac skandal, ktory skutecznie zakonczyl jego kariere w konserwatywnym Oak Park. Z pozniejszych projektow najbardziej znane jest Fallingwater, gdzie planowalismy sie jeszcze udac po drodze.

Pozniej wrocilismy do Chicago obejrzec ponoc najwieksze na swiecie Akwarium z ogromna rafa koralowa i oceanarium, gdzie zobaczylismy bialuchy, charakterystyczne dla Kanady (niestety najpierw sie trzeba bylo wystac poltorej godziny w kolejce, ale za to znajdowalismy sie w pieknych okolicznosciach przyrody z widokiem na port i skyline miasta).

Po obiedzie w bardzo odjechanej knajpce (w menu byl dopisek, ze nie serwuja alkoholu, ale mozna przyniesc swoj i z przyjemnoscia udostepnia szklanki), zaczelismy przejazd przez Michigan, Indiane i Ohio w kierunku Waszyngtonu i nocowalismy w Toledo.

Piatek

Zeby sobie urozmaicic nudny przejazd na wschodnie wybrzeze, wymyslilismy, ze zatrzymamy sie w miescie Heinz'a (tego od keczupow) - Pittsburgh'u. Powiem szczerze, ze wywolalo ono nas bardzo mieszane uczucia. Cale centrum przechodzilo gruntowny remont i kiedy przez platanine drog i autostrad doszlismy do cypla z zabytkowa fontanna, okazalo sie, ze ja zdemontowano do renowacji i zostawiono napis: 'Czy jestes przyjacielem fontanny?'.

Najciekawszy (choc bardzo kontrowersyjny) byl budynek PPG (Pittsburgh Plate Glass) ze szklanymi gotyckimi wiezami.


Niestety zmarnotrawilismy tam sporo czasu i kiedy zjechalismy z autostrady do Fallingwater,  zobaczyc widowiskowy dom nad 6-metrowym wodospadem zaprojektowany przez Wrighta, okazalo sie, ze brame wjazdowa juz zamykano i pozwolono nam tylko wykrecic na terenie posiadlosci. Za to objechalismy malowniczy Park Stanowy Ohiopyle, do zludzenia przypominajacy nasze Bieszczady. A ja na wzgorzach wypatrzylam misia Yogi (byl jak zywy!), reklamujacego pobliski Jellystone Park ;-)

Kolejne zaliczane przez nas stany to Pennsylvania i Maryland, az do Waszyngtonu.

Brak komentarzy: