sobota, 10 lipca 2010

Quebec (tydzien trzeci)

W Kanadzie siec Moteli 6 nam sie urwala. Postanowilismy zdac sie na pana Tomka i poszukac noclegu w GPSie. Wywiozl nas w jakis ciemny zaulek, pod budynek, ktory nie zdradzal zadnych cech toczacego sie w nim zycia. Nie zaryzykowalismy, zaczelismy rozgladac sie po okolicy i nasz wybor padl na Motel de la Gare w Richmond. Juz sama nazwa wskazywala, ze czas sie przestawic na francuski i przy wejsciu wisial telefon i numer. Zadzwonilam, poprosilam o otwarcie drzwi, koles odpowiedzial, ze przyjedzie pare minut… W tym czasie na korytarzu pojawil sie jakis zaspany gosc w pidzamie. Generalnie zapowiadalo sie ciekawie tudziez oryginalnie ;-) Wlasciciel dotarl, okazalo sie, ze warunki w srodku sa ok i zostalismy na noc. Przy check-in’e jeszcze nas prosil o wbicie szpilki w wielka mape swiata na Polsce, bo robi sobie nieformalne statystyki pochodzenia swoich gosci. Wynikalo, ze nie bylismy pierwsi!



Sobota, 26 czerwca

Miasto Quebec, prowincja Quebec. Autorzy przewodnikow, ktorzy porownuja je do Paryza, chyba nigdy nie byli we Francji. Na pewno jest pod silnymi wplywami frankofonskimi, ale klimatem przypomina bardziej Annecy, a nie stolice. Za to jest czarujace. Tak nam sie spodobalo, ze postanowilismy znalezc sobie jakis nocleg w centrum, zeby zobaczyc troche nocnego zycia, a nie, jak zwykle, wyjezdzac na przedmiescia. Chodzilam zatem kolejno po hotelikach i ostatecznie nasz wybor padl na jeden z bardziej odjechanych miejsc jakie tam widzialam. Klimatem przebijalo kamienice Madame De Ro, w ktorej mieszkalam w BXLi (choc rozklad i schody byly niemal identyczne). Otworzyl mocno wiekowy pan (az sie balam, ze sie przewroci ciagnac ciezkie drzwi), wlascicielem okazal sie troche mlodszy facet wygladajacy jakby cala noc spedzil na mocno zakrapianej imprezie, a z drzwi z boku wychylila sie starsza babcia. Przeszlo mi przez mysl, ze to jakis dom spokojnej starosci, ale sie okazalo, ze to bardzo towarzyscy rodzice. Pokoj okazal sie w porzadku (choc pelno bylo w nim bibelotow i na drzwiach mielismy przyczepiona sztuczna roze) i moglismy spokojnie poswiecic sie zwiedzaniu.



Quebec da sie przejsc wszerz i wzdluz w pare godzin i to zatrzymujac sie na kawe i obiad. Troche w nim kiczu, ale wrazenie sprawia bardzo pozytywne. Po poludniu okazalo sie, ze juz nie mamy co robic i pojechalismy nad Montmorency Falls (84 metry wysokosci, o 30m wiecej niz Niagara!). Po schodkach po prawej stronie mozna sie wspiac na gore i wejsc na mostek nad wodospadem. Byla walka z lekiem wysokosci, ale wszyscy stawilismy dzielnie czola wyzwaniu! Za to spowrotem  z kuzynka wybralismy sciezke, ktora czasem stopien nachylenia miala podobny do schodow i trzeba bylo przyjac technike, jak w zjezdzaniu na nartach (wezykiem od jednego brzegu do drugiego), coby nie zleciec na leb na szyje (szlysmy oczywiscie w sandaleczkach). Za to widzialysmy pierwszego chipmunka (pregowca, jak Chip i Dale) i cos wiekszego, ale nie wiemy co ;-) I cudna tecze nad Quebec’iem!!!


Zas co do nocnego zycia, to utknelismy w porcie na happeningu artystycznym i kiedy o 23ciej chcielismy isc na drinka, okazalo sie, ze wszystkie knajpy juz zamykaja.




Niedziela

Bez sensu jest zwiedzac Kanade nie zahaczajac choc troche o tamtejsza przyrode. Na niemal wszystkich drogach szybkiego ruchu sa ostrzezenia przed losiami, jeleniami i sarnami, a nawet w rzekach wystepuja…wieloryby! Przykladem jest bialucha (w staronordyckim zwano ja ‘wieloryb trup’ z uwagi na bialy kolor), ktora przypomina ksztaltem delfina, licznie wystepuje w St Lawrence river i wystarczylo dojechac do miejscowosci Saint-Siméon i odplynac troche od brzegu, zeby ja zobaczyc. Populacja bialuch w tej okolicy gwaltowanie spada (z 5000 w 1900 roku do 700 obecnie), wiec mielismy szczescie obserwujac kilka z nich. Baraszkowaly sobie tuz kolo nas, czasem przeplywaly pod lodka i budzily mnostwo emocji. Zal nam tylko bylo, ze nie widzielismy takiego ladego ogona pletwala blekitnego, ale za to w miedzyczasie moglismy podziwiac piekne wybrzeze Charlevoix. Lacznie wycieczka statkiem L'Explorathor dla 48 osob (bylo nas o polowe mniej) trwala 2 i pol godziny.





Pozniej promem przeplynelismy z autem na druga strone rzeki i pelni wrazen obralismy kurs na poludniowy zachod.


Poniedzialek

Montreal. Szczerze mowiac, troche mnie rozczarowal. Spodziewalam sie czegos pomiedzy Quebec'iem a ktoryms z duzych miast amerykanskich, a tu bylo szaro, buro, brudnawo, pelno sypiacych sie domow z powybijanymi oknami na wybrzezu itp. Z ciekawostek: wsrod straganow przy rzece napotkalismy stoisko z niewiarygodnie drogim... bursztynem z Baltyku!!!

Za to zachwycilam sie najstarszym i najwazniejszym kosciolem Montrealu, czyli katedra Notre Dame. Największy w Ameryce Polnocnej, budowany przez prawie cały XIX. Neogotyckie wnetrze zdobi mnostwo drewnianych rzezb oraz bajkowe blekitno-zlote podswietlane polichromie imitujace sklepienie ozdobione gwaizdami. Prawdziwa perelka.

Drugim bardzo pozytywnym aspektem byl Festival International de Jazz de Montréal (czy ja juz kiedys nie pisalam, ze mam szczescie calkiem przypadkiem pojawiac sie w roznych miejscach w najlepszym mozliwym momecie ;-)). W 2004 roku zostal wpisany do Ksiegi Guinessa jako najwiekszy festwal jazzowy na swiecie. Zgromadzil 3000 artystow z 30 krajow, skladal sie z 650 koncertow, w tym 450 bezplatnych na swiezym powietrzu i 2.5 miliona widzow (w tym 34% to turysci). Swietnie zorganizowany, z fajna atmosfera. Specjalnie wydzielono czesc miasta, gdzie ustawiono kilka scen i miejsc na mniejsze pokazy artystyczne. Najpierw widzielismy kilka prob, zas wieczorem wysluchalismy 3 grup:

  • Louiz Banks And Joe Alvarez with Naad Brahma z muzyka z Indii i wspolczesnym jazzem
  • Makaya (z instrumentalna muzyka kreolska)

  • Lulu Hughes et le Montreal All City Big Band (przyklad kanadyjskiej solistki, ktora najpierw wydala mi sie okropna krzykliwa baba, a z kazda piosenka moje uznanie dla niej roslo plus swietna orkiestra skladajaca sie z 5 trabek, 5 puzonow, 5 saksofonow, pianisty, perkusisy, gitarzysty i basisty - wszyscy w wieku 17-23 lat)
Okazalo sie, ze calkiem przypadkiem hotel zarezerwowalismy bardzo blisko festiwalu, wiec moglismy zostac do konca i spacerkiem wrocic do siebie.

Wtorek

Montreal c.d.

W 1976 roku obyly sie tu Igrzyska Olimpijskie i miasto do dzis dnia splaca dlug zaciagniety na sfinansowanie inwestycji. Poszczegolne czesci parku zaadoptowano do roznych celow, m.in. w hali wyscigow kolarskich zbudowano Biodome, czyli symulacje roznych stref klimatycznych - od dzungli tropikalnej do wiecznej zmarzliny. Kiedy tam poszlismy, okazalo sie, ze z powodu strajku jest zamkniete.



Chcac-nie-chcac wjechalismy na Montreal Tower - najwyzsza na swiecie pochyla wieze (175 m) skad mielismy doskonaly widok na...smog nad miastem ;-) Potem zas przeszlismy sie po wspanialym ogrodzie botanicznym - w imponujacej czesci chinskiej zlapal nas deszcz i mielismy prawdziwie azjatyckie klimaty.


Brak komentarzy: