czwartek, 22 lipca 2010

Swieto Narodowe

Pierwszego lipca bylam na Canada Day, a wczoraj mielismy fête nationale belge, czyli belgijskie swieto narodowe (upamietniajace zlozenie przysiegi wiernosci konstytucji przez pierwszego krola Leopolda w 1831 roku). Tak sie sklada, ze z reguly jestem wtedy na wakacjach, wiec tym razem postanowilam wykorzystac okazje i wziac udzial w obchodach. Niestety, ostatnio planowanie zle mi idzie i swietowanie mi wyszlo troche na opak.

Zaczelo sie od bal national we wtorek wieczorem. Dotarlam akurat na moich ‘ulubiencow’ Nicole&Hugo (belgijskich laureatow Eurowizji z 1971 roku!!!) i jak wyskoczyl kolejny zespol Les Vedettes (nieco podstarzalych babeczek w kolorowych wdziankach), moja kumpela nie zdzierzyla (atmosfera byla biesiadna, a muzyka to z kolei takie disco belgiano) i poszlysmy na spotkanie, na ktore byla zaproszona. Tam zdalam sobie sprawe jakie to ogromne szczescie, ze nie jestem juz newcomers’em i mam swoich sprawdzonych znajomych na rozne okazje (na lunche, kawki, wycieczki, wyjscia do kina czy na koncerty, do podlewania kwiatkow, jak jestem na wakacjach, dzwonienia w srodku nocy, jak zajdzie potrzeba czy przeprowadzania sie, jak odwiedza mnie za wielu gosci na raz). Tutaj ludzie byli ok, ale nie dosc, ze wyszlam na mamuta (z moimi ponad 4 latami w BXli zdecydowanie sie wyroznialam), to jeszcze rozmowy toczyly sie wylacznie wokol tematow: ‘Z jakiego jestes didzi?’, ‘czym sie zajmujesz?’ czy ‘podoba Ci sie w Brukseli?’ albo ‘co ci sie nie podoba?’ (ja cale wieki nie odpowiadalam na takie pytania i ostatnio w czasie wolnym jakos wole paplac o wakacjach, a nie o pracy - na przyklad jedna kumpela bardzo mi poleca, zebym sie poduczyla portugalskiego i poleciala na wodospady do Brazyli, a inna, zebym odswiezyla bukwy i wybrala sie do Moskwy, a ja tylko sie glowie, jak wszystko pogodzic i skad brac urlop).

Swieto narodowe bylo wczoraj i rano wymyslilam, ze sie ubiore na czarno-zolto-czerowono, ale szybko sobie przypomnialam, ze ja zolty uwielbiam bezgranicznie, ale jako kolor scian, a nie ubran i nie mam nic w tym kolorze, a czerwona jest tylko koszulka z Kanady i szalik z napisem Polska, co srednio pasuje. Za to korzystajac z dnia wolnego, zabralam sie za selekcjonowanie zdjec z urlopu (z 7000 udalo mi sie wybrac 440 najlepszych, wiec jestem z siebie ogromnie dumna). Tak sie w to zaangazowalam, ze jak sie ocknelam, byla juz 16ta i wlasnie zaczynal sie przemarsz wojsk przed rodzina krolewska, na ktory zamierzalam pojsc, ale w tej sytuacji nie bylo juz sensu wychodzic. Zatem tez mnie ominal.

W efekcie udalo mi sie dotrzec tylko na obiad i do kina ze znajomymi na zupelnie nieswiateczny film (premiere ‘Inception’ z Leonardo di Caprio – calkiem zgrabnie zrobiony thriller – tylko jak doszlo do sceny, w ktorej bohaterowie postanawiaja do wybudzen zastosowac muzyke i puscili ‘Non, je ne regrette rien’, to parsknelam smiechem – Piaf mi ostatnio pojawia sie przy wszystkich mozliwych okazjach). Film sie skonczyl przed 23cia, akurat zeby nam sie udalo dojsc do ING przy Tronie na pokaz sztucznych ogni. Moj trzeci w tym miesiacu, za to pierwszy, ktory obejrzalam naprawde, a nie przez ekran aparatu pstrykajac zdjecia. Bardziej widowiskowy niz nad Niagara, ale chaotyczny w porownaniu z tym z Kolonii. Widoczonosc byla doskonala, miejsca w brod, wiec mozna bylo sobie spokojne siedziec na chodniku, a ognie rozblyskiwaly tak blisko, ze pare razy sie rzucalam ze stachu, ze na mnie spadna. Jak dreptalam do domu, widzialam jeszcze mniejszy pokaz na St Joosie.

A co sie odwlecze, to nie uciecze. Oficjalne uroczystosci obejrze sobie za rok. Albo za pare lat.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Koniecznie odswiez sobie bukwy!
Brukselka