środa, 7 lipca 2010

Wschodnie wybrzeze USA (tydzien drugi)



Sobota, 19 czerwca

Waszyngton. Wybory prezydenckie w Ameryce mialy miejsce w sobote i w pierwszej kolejnosci udalismy sie do Ambasady. O glosowaniu juz pisalam, za to dzis moge jeszcze dodac, ze w tym miescie krzyzyk postawilo ok. 700 Polakow i byl to jedyny punkt wyborczy w USA, w ktorym Jaroslaw Kaczynski nie zdobyl wiekszosci glosow (224 w stosunku do 339 dla Komorowskiego).


Pozniej dojechalismy do centrum i udalismy sie na zwiedzanie. Slonce prazylo od samego rana, bylo dobrze ponad 30 stopni w cieniu, troche ulgi przyniosla nam tylko wizyta w klimatyzowanym Capitolu (przy czym kuzyn zostal, bo przy rewizji na wejsciu nie chcial oddac pasty do zebow, a wszelkie plyny i zele byly zabronione). Najpierw pokazano nieco propagandowy film o wielkosci i wspanialosci kraju, a nastepnie z przewodnikiem przespacerowalismy sie po poszczegolnych pomieszczeniach i zobaczylismy rotunde od srodka (wydala sie troche mala).

Po wyjsciu beztrosko skierowalismy sie ku memorialom poszczegolnych prezydentow:


Jeffersona


Roosevelta – swietny! 



Lincolna




i Weteranow z Vietnamu nie zdajac sobie sprawy, jak duzo chodzenia jest przed nami. Przy Potomacu spotykalismy grupki ludzi bioracych udzial w triatlonie i grajacych na trawnikach (a my sie rozplywalismy z goraca). Przy Bialym Domu wymieklismy i ucieklismy z miasta do uroczego miasteczka Alexandria, gdzie energii juz tylko starczylo nam na wypicie piwa i polozenie sie na trawce przy rzece. Jak ochlonelismy, pojechalismy do Motelu 6 (w Waszyngtonie) i tam czekaly na nas dwie niespodzianki: primo - bylo na tyle wczesnie, ze moglam zrobic pranie (wylal mi sie plyn do kapieli w walizce i wszystko mialam w mydlanych plamach) i secundo – bylo na tyle pozno, ze w basenie pod motelem juz nikt nie plywal i mielismy ponad pol godziny na pluskanie sie w wodzie. Tylko tego nam bylo potrzeba! A do tego Murzynek w recepcji twardo gadal do mnie… po rosyjsku ;-)



Niedziela


Dawno temu, uczac angielskiego, przerabialam tekst o Amiszach. Teraz mialam realna szanse spotkac ich na zywo! Pojechalismy do Lancaster, gdzie rzekomo mialo ich byc mnostwo, a tu wtopa. Podreptalismy do informacji turystycznej, zapytac, gdzie mozna ich zobaczyc, a tam… Amisz! Skierowano nas do Lancaster County Visitors Center (przy drodze 30 i Greenfield Road), gdzie zaraz zaczynala sie wycieczka busikiem po Pensylvania Dutch County (miedzy Bird-in-Hand, Intercourse i Brownstown). Czad! Co prawda kierowca prowadzil tak szybko, ze sie nie dalo robic zdjec, ale za to widzielismy dziesiatki Amiszow, w galowych czarno-bialych strojach, kapeluszach i czepkach na glowie, w ich bryczkach konnych i na skuterach (polaczeniu roweru z hulajnoga). W niedziele nie pracuja, tylko odwiedzaja sie nawzajem i gdzieniegdzie bylo widac kilkunastoosobowe zgromadzenia na gankach.








Po poludniu pojechalismy do Filadelfii, gdzie na szczescie postanowilismy zobaczyc memorial Thadeussa Kosciuszki, bo w tamtej okolicy byly najladniejsze, stylowe domki. Mijalismy tez Independance Hall, dom Betsy Ross - szwaczki, ktora uszyla pierwsza flage USA, Chinatown i popularna Elfreth's Alley. Spacer zakonczylismy przy najwiekszej swiatyni masonskiej i pieknym ratuszu.
















Poniedzialek, 21 czerwca

Moje urodziny ;-) Rano utknelam przy komputerze na mailu i facebooku czytajac wpisy z zyczeniami (poranek w Stanach, to popoludnie w Europie, wiec wszyscy zdazyli sie dopisac). Jeszcze pospiesznie zarezrwowalam hotel przy Central Parku i pojechalismy do Nowego Jorku!

Tego dnia postanowilismy troche wyluzowac, a i tak obeszlismy prawie cale miasto. Zaczelismy od Battery Park, gdzie kolejka do promu na Liberty Island do Statuy Wolnosci troche nas zniechecila, kupilismy tylko bilety na nastepny dzien na 8.30 rano i skierowalismy sie na polnoc. Broadwayem doszlismy do Wall Street, obfotografowalismy sie przy byku i sklepie Tiffaniego, przy World Trade Center poszlismy na piwo i idac dalej ‘zaliczalismy’ kolejne wiezowce, Fifth Avenue i piekny Grand Central Terminal. Jak zaczelo sie sciemniac, obejrzelismy kolorowy i tetniacy zyciem Times Square i zupelnie po ciemku wjechalismy na Empire State Buildnig (rewelacja!!! choc 'tylko' 449 metrow). Na koniec zjedlismy urodzinowa kolacje przy muzyce na zywo i dobrze po polnocy wrocilismy do hotelu.




Wtorek

Pobudke mielismy o 6.45, zeby dojechac do Statuy. Byla to sluszna decyzja, bo z rana nie stalo sie w kolejach, za to znowu przeszlismy skrupulatna kontrole i rewizje (kuzynke jeszcze w tajemniczy sposob z nieznanej przyczyny... przedmuchali), kazano zostawic wszystkie torebki i plecaki i z samym aparatem moglismy isc dalej. Statua okazala sie byc ciut mniejsza, niz sie spodziewalam, ale za to wrazenie robil widok Manhattanu (spojrz na dwa zdjecia i znajdz roznice).





Potem poplynelismy na Ellis Island, gdzie docierali kiedys emigranci z Europy i w ogromnym muzeum znalezlismy duzo ulotek po polsku, typu:



Jak wrocilismy na lad, bylismy juz tak zmeczeni, ze reszta sil poszlismy obejrzec Most Brooklyn'ski, ale nie chcialo nam sie nawet na niego wchodzic, podjechalismy pod ONZ i postanowilismy uciec od goraca i schronic sie w Guggenheim Museum (budynek projektowany znowu przez Franka Lloyda Wrighta - niektorzy moga go kojarzyc w filmu ‘International’). Wnetrze ma ksztalt ogromnej spirali, wiec najpierw wjezdza sie winda do gory, a nastepnie schodzi pochyla podloga na sam dol ogladajac dziela sztuki wspolczesnej.

Stamtad bylo juz blisko do naszego hotelu (musielismy tylko przejsc przez Central Park) i poswiecilismy jedyny wieczor na nic-nie-robienie podczas calej wycieczki (ja mialam dzieki temu wreszcie czas na wypisanie kartek). A NY to niby miasto, ktore nigdy nie spi:  http://www.youtube.com/watch?v=B1mqJWotuAE ;-)



Sroda

Moj kuzyn rano zalozyl koszulke z 20 km w BXLi i poszedl biegac po Central Parku, a ja z kuzynka powedrowalysmy szukac tam rzezb. Znalazlysmy ich mnostwo, przy czym najlepsze to:

Alicja w Krainie Czarow


i Andersen czytajacy basn o Brzydkim Kaczatku. 


Przeszlysmy tez przez Strawberry Fields - niegdys ulubione miejsce Lennona, obecnie poswiecone pamieci artysty.

Po spacerze uznalismy, ze niezbedne minimum atrakcji w Nowym Jorku zostalo przez nas zaliczone (i to chyba nawet z nawiazka) i ze spokojnym sumieniem mozemy ruszyc dalej. Zreszta ja stwierdzilam, ze miasto bardzo przypomina mi Bruksele, tylko jest duuuuuuuuzo wieksze – wszedzie lezaly takie same torby ze smieciami, wciaz natykalismy sie na zabytkowa kostke brukowa, w pubach krolowala Stella Artois, a po calym miescie rozsiane byly sklepy Leonidasa, Neuhausa i Godivy. Nawet Central Park z biegaczami skojarzyl mi sie z Cinquantenaire (tez wszyscy poruszaja sie w kierunku odrotnym do wskazowek zegara).


Na zdjeciu kolejno: Flatiron Building (dom-zelazko z 1902 roku), odbudowa World Trade Center, Empire State Building, Chrysler Building, Rockeffeller Center, Muzeum Guggenheima, zolte taksowki na Times Square, Statua Wolnosci, Brooklyn Bridge, siedziba ONZ, Central Park i mozaika 'Imagine' ku czci Lennona.

W poludnie pojechalismy w kierunku Bostonu i zahaczylismy o outlet w Wrentham. Pozniej trafilismy na bardzo odjechanego recepcjoniste w Motelu 6, ktory po raz pierwszy zazadal paszportow calej naszej trojki. Na nasze zdziwienie, uslyszelismy lordowski glos kolesia: 'Yes, in this establishment we need all the passeports'.




Czwartek


Boston. Znowu upal nie do wytrzymania. Za to zwiedzanie jest zaskakujaco proste, bo wystarczy isc wzdluz 4-kilometrowej czerwonej linii i po drodze mija wszystkie zabytki: stare cmentarze, koscioly i budynki zwiazane z historia kraju i 'herbatka bostonska'. Kolo poludnia znalezlismy knajpke z telewizorem i obejrzelismy niemal caly mecz, pijac kolejne piwa (generalnie zupa chmielowa byla naszym glownym pozywieniem podczas calej wycieczki). Dzieki temu dalsze zwiedzanie nabralo zupelnie nowego wydzwieku, lekko bujalo i najbardziej podobalo nam sie USS Constitution (fregata z 1797 roku, ktora jest najstarszym amerykanskim plywajacym statkiem wojennym i byla niepokonana w 33 bitwach). Nagle niebo zasulo sie chmurami i spotkala nas ulewa, ktora co prawda znacznie poprawila jakos powietrza, ale za to przeszkodzila nam w planach kupienia sobie koszulek z Harvardu dla mnie, Bostonu dla kuzynki i MIT (Massachusetts Institute of Technology) dla kuzyna. Biegiem wrocilismy do auta, ja jeszcze po drodze wypatrzylam sklepik z Tshirtem dla siebie i skierowalismy sie ku Albany.



Piatek

Adirondack Mountains, a wlasciwie tylko malownicze Lake George i pobliski fort, gdzie trafilismy akurat na przygotowania do weekendowego Fort Ticonderoga's annual Grand Encampment of the French & Indian War. Zjechaly sie dziesiatki Amerykanow, ktorzy rozstawili namioty, poprzebierali sie we wdzianka z epoki i czekali na turystow, ktorzy chcieli sie z nimi fotografowac. Ci, co udawali Europejczykow, byli bardzo wymyslnie ubrani, zas w przypadku Indian za stroj robila czasem tylko skapa opaska na biodra ;-)


Przeprawilismy sie  promem na druga stone rzeki i ruszylismy na polnoc ku Kanadzie!

Przejechalismy przez ten tydzien przez stany: West Virginia, Maryland, Pennsylvania, New York, Connecticut, Massachusetts i Vermont. I do tego przyjemnosc podrozowania nam wzrosla, bo do naszego zwariowanego TomToma zaladowalismy glos lektora filmowego - Tomasza Knapika. Teraz za kazdym razem, jak sie gubilismy, pan Tomek niezasluzenie od nas obrywal ;-) I tylko na koniec dnia po slowach 'Dotarles na miejsce' brakowalo nam zdania 'Czytal Tomasz Knapik'.

Brak komentarzy: