Ottawa. Poczatkowo nawet chcielismy ja ominac, ale slicznie nam sie wpasowala w trase i akurat wypadalo w jej okolicy przenocowac, wiec wynegocjowalismy, ze poswiecimy wieczor na stolice. I to byl pomysl doskonaly! Miasto da sie zwiedzic w godzine. Co prawda broszurki reklamowe podaja kilka propozycji tras na caly dzien, przy czym my je zalatwilismy w kilkadziesiat minut. Za to wszystko co widzielismy, bylo czyste, zadbane, dopieszczone, na kazdym budynku powiewaly flagi (nie wiem, czy to tylko na okolicznosc Canada Day, ktory wypadal 2 dni pozniej i przyjazd krolowej angielskiej, czy na stale). Naprawde urocze miasteczko. Na jeden wieczor ;-)
Z ogladanych miejsc fajne wrazenie robil wiecznie plonacy ogien przed parlamentem, zapalony w 1967 roku w stulecie utworzenia Dominium Kanady.
Bardzo nam sie tez spodobal pomnik sufrazystek. W 1929 roku piatka kobiet (Nellie McClung, Irene Parlby, Emily Murphy, Louise McKinney i Henrietta Muir Edwards) wygrala proces, ktory uznal kobiety za ludzi (?!) i nadal im prawa wyborcze do senatu. Dzis stoja w charakterystycznych dla siebie pozach, a puste krzeslo zaprasza przechodniow, zeby do nich dolaczyc (oczywiscie usiadlam).
Na koniec poszlismy na kolacje i tam w menu piwnym natknelismy sie na polski... Lezajsk ;-))) Dla odmiany postanowilismy zmienic nieco preferencje i zamowilismy kilka kanadyjskich win do oceny. Dostalismy specjalny kwestionariusz do wypelnienia i bawilismy sie w testerow. Ostatecznie zdania mielismy tak podzielone, ze chyba srednio w tej roli wypadamy. Ale zadanie odrobilismy (wszystkie zdjecia po kliknieciu mozna powiekszyc!).
Sroda
Wogole to jestesmy twardziele. Rano sie znowu zerwalismy, zeby zobaczyc zmiane warty w Ottawie. I to nie poprzestalismy na oficjalnym paradowaniu przy parlamencie o 10.00, ale w biegu lecielismy na 9.30 do The Drill Hall / Cartier Square (przy Laurier Avenue) zobaczyc przygotowania i cala ceremonie od poczatku do konca. Na poczatku bylismy pelni zachwytu. Dziesiatki wysokich przystojnych facetow (choc bylo tez kilka kobiet), czesc z nich w szkockich spodniczkach, szlismy z nimi krok w krok az do wybrzeza pstrykajac zdjecia i krecac filmiki. Kiedy jednak na wzgorzu przez prawie pol godziny dwoch kolesiow ze sztandarem snulo sie wte i we wte, dwoch innych wymachujac komicznie rekami i nogami dokonywalo przegladu, a reszta zaczela sie platac przy wydawanych komedach i przesuwac drobnym kroczkiem na nowe ustawienia, zaczelismy powatpiewac w powage calej imprezy. Choc bezdyskusyjnie warto bylo!
Niewiele pozniej ruszylismy w dalsza droge. Widzielismy juz wieloryby, zapragnely nam sie losie. Zreszta jest to moje niespelnione marzenie od ubieglego roku i wakacji w Norwegii. W Kanadzie co prawda roilo sie od znakow drogowych przestrzegajacych przed jeleniowatymi, ale poza setkami sarenek przy autostradach (sic!), nic wiekszego nie zauwazylismy. Przestudiowawszy przewodnik postanowlismy zahaczyc o Algoquin Park. Jest to najstarszy i najslynniejszy rezerwat przyrody w Ontario. Za wjazd uiszcza sie 15 dolcow na dzien i wzdluz drogi numer 60 mozna przejechac przez 56 km parku. W informacji turystycznej zapytalismy sie, gdzie mamy isc, zeby zobaczyc losie i polecono nam dwa szlaki Beaver Pond i Mizzy Lake. Ten pierwszy przeszlismy czujnie i wypatrzylismy bobra budujacego imponujaca tame!!!
Bobr
Tama
Na drugim szlaku, ocenianym jako trudny, przez ktory wedrowalismy o zmierzchu (wtedy ponoc losie wychodza z kryjowek i ida do wodopojow) zlapala nas ulewa i po paru kilometrach z zalem zawrocilismy (robilo sie bardzo slisko, a my bylismy byle jak przygotowani do tej wyprawy). Znalezlismy tylko losie ochody.
Na pocieszenie, nieco pozniej, przy stawie wypatrzylismy czaple, pare jelonkow z cudnym porozem i sarne - kamikadze, ktora wpadala pod samochody.
Nocleg mielismy w Motelu Super 8 (jest lepiej reprezentowany w Kanadzie) i kiedy przy meldowaniu sie dalam moj polski paszport, recepcjonistka ze zdziwieniem spytala: 'Co Was sprowadza do Barrie???'. Zdecydowanie nie bylo to miejsce, ktore turysci, zwlaszcza z Polski, mogliby chciec odwiedzic ;-)
Czwartek, 1 lipca
Canada Day.
Rano z kuzynem ubralismy sie w czerwone T-shirty z Sault Ste Marie i caly dzien paradowalismy w narodowych barwach ;-) Pojechalismy do Zoo w Toronto, wiec bardzo dobrze wtapialismy sie w tlum. Co prawda za pozno sie zorientowalam, ze mozna jeszcze zrobic zmywalny tatuaz (bylam sklonna zafundowac sobie listek klonowy na policzku), ale i tak uwazam, ze ladnie sie dolaczylismy do ogolnonarodowego swietowania.
W zoo oczywiscie przede wszystkim chcielismy zobaczyc... losie! Postanowilismy jednak stopniowo dozowac sobie wrazenia i spacer rozpoczelismy od masy innych zwierzat. Byly niedzwiedzie polarne, slonie, tygrysy, zebry, zyrafy, mnostwo malpiatek, motyli, nawet chipmunk na talerzu z warzywami! Baaa, byly tez flamingi na wyciagniecie reki (i po co ja w zeszlym roku na Lazurowym Wybrzezu skakalam po rowach ;-). W sektorze kanadyjskim nadzieje mocno nam podniosl grizzli baraszkujacy z pilka w basenie (w sumie dobrze, ze go nie spotkalismy w realu),
spontanicznie przylecial bluejay (modrosojka blekitna)
szop pracz tylko subtelnie wysunal lapke,
a losie... spaly w najbardziej oddalonym, zacienionym i totalnie niewidocznym kacie swojego wybiegu!!!!!!! Kaszana. Europejskie renifery i kozice pieknie pozowaly, a te kanadyjskie ssaki totalnie nie wywiazywaly sie ze swoich zadan.
Na koniec czekala nas dodatkowa, bardzo polecana atrakcja - rekiny. Pomieszczenie od poczatku wydalo nam sie dosc male, zastanowil nas bezwzgledny nakaz zdjecia bizuterii z rak i umycia ich do lokcia (???), po czym weszlismy do srodka, a tam tlum ludzi glaszczacy male plaszczki! ;-))) I plaszczki i rekiny naleza do kregowcow, gromada chrzestnoszkieletowe, spodouste, ale jest miedzy nimi subtelna roznica. No coz, jesli wejdziesz miedzy wrony, ryby glaszczesz jak i one i choc na poczatku jedna wrogo na mnie zalopotala i mocno przestarszyla, zebralam sie na odwage i udalo mi sie wyczuc ich szkielet i pomachac pletwa. Sciema, ale zabawna.
Na koniec czekal nas przejazd do Niagara Falls, a ze przewidywalismy jakas impreze z okazji Canada Day, z kuzynka przespacerowalysmy sie pare kilometrow do miasteczka, wzdluz kanionu w whirpoolami, akurat na bardzo fajne sztuczne ognie o zmroku. Sam wodospad noca troche nas rozczarowal, ale postanowilismy mu dac szanse za dnia, po czym poszlysmy na drinki do baru uczcic swieto narodowe.
Na koniec odwalilysmy niezla maniane. Rozhahane wyszlysmy z pubu, zawziecie dyskutujac, poszlysmy na azymut w kierunku rzeki, wzdluz ktorej mialysmy potem dojsc do motelu i nie zauwazylysmy, ze weszlysmy na most. Tymczasem w okolicy Niagary wszystkie mosty sa granica!!! A jacy Amerykanie sa w kwestiach bezpieczenstwa, kazdy wie ;-) Kiedy uslyszalysmy wrzaski i zobaczylysmy kilku wybiegajacych w naszym kierunku celnikow, zorientowalysmy sie, ze niezle wpadlysmy. W kazdym razie popisowo odegralysmy blondynki, przeprosilysmy i grzecznie zawrocilysmy. Dopiero potem do nas dotarlo, ze mogli nas skuc, aresztowac, tudziez zastosowac bardziej drastyczne srodki. Kuzyn na wszelki wypadek odebral nas z miasteczka i tyle bylo przygod.
Piatek
Niagara. Patrzac z gory, specjalnie nas nie zachwycala. Cala zabawa zaczynala sie, kiedy zeszlismy do lodki Maid of the Mist. Wodospad sklada sie z trzech kaskad: po stronie amerykanskiej znajduja sie nawyzsze: American i Bridal Veil (welon panny mlodej). Najwieksze wrazene robi jednak nalezacy do Kanady, wysoki na 54 metry i tworzacy podkowe o szerokosci 670 m i wysokosci 57 m wodospad Horseshoe i lodka podplywa tuz pod niego i sprawia, ze pasazerowie sa cali mokrzy od unoszacej sie tam mgielki. Aby chronic odziez kazdy dostaje czaderskie niebieskie plaszcze przeciwdeszczowe, ktore nam lopotaly na wietrze i na poczatku bawily nas bardziej niz sama Niagara. Za to ostatni wodospad sprawil, ze oniemielismy. Fale jak na morzu przy sztormie, wszedzie mokro, wokol huk! Pozniej nawet z gory zerkalismy na calosc pelni uznania i zachwytu.
Zostalo nam jeszcze ostatnie jezioro Erie do zobaczenia, wiec podjechalismy do Fort Erie zanurzyc w nim nogi (maja tam przedziwna plaze, wygladajaca jak nierowno oblana asfaltem), a potem malownicza Niagara Parkway pojechalismy do uroczego miasteczka Niagara-On-The-Lake. Domki, sklepiki, nawet apteki byly tam naprawde sliczne i slodkie az do omdlenia i co zrobilismy przy takiej ilosci cukierkowosci? Poszlismy do informacji turystycznej i zapytalismy, czy gdzies w miescie mozna obejrzec mecz i rownoczesnie zjesc obiad ;-) Zostalismy skierowani na obrzeza, w miejsce znane tylko lokalnym klientom i nie wiem, czy my bylismy bardziej zdziwieni tym, gdzie wyladowalismy, czy lokalsi, tam nas widzac (klienci z reguly wygladali na takich, ktorzy tam wiernie przychodza od 50 lat i jak tylko otwierali drzwi, barmanka od razu podawala im ich ulubione piwo). My zamowilismy pizze, ktora okazala sie byc bardzo dobra i dosc europejska.
Na koniec ruszylismy szlakiem winnym. Pierwszy w kolejnosci byl dosc przemyslowo wygladajacy Jackson-Triggs, gdzie sie okazalo, ze na ostatnie oprowadzanie po winnicy nie ma juz miejsc. Hillebrand oferowal juz tylko zachecajaco brzmiacy Twilight tour (o zmierzchu, ale bez wampirow), na ktory sie zapisalismy, ale musielismy ponad godzine poczekac i pojechalismy do najbardziej odjechanej winnicy - 20 Bees (czyli 20 pszczolek): http://www.20bees.com/. W broszurce chwalili sie jajcarskim podejsciem (i nie da sie zaprzeczyc, bo juz sama nazwa wyraznie wskazywala, ze maja poczucie humoru), zreszta ich wina maja wizerunek owego owada na butelce i generalnie sa dosc oryginalne, przy czym smakuja doskonale. Wiem o czym pisze, bo sprobowalismy 6 roznych win tradycyjnych i 4 lodowe (Ontario, a szczegolnie okolica Niagara-on-the-Lake, dostarcza 75% icewine'a w Kanadzie, a kraj ten jest razem z Niemcami glownym producentem tego wina na swiecie). Kosztuje majatek (z jednego grona tworzy sie jedna krople), ale smakuje niebiansko. Przy czym nie mozna po nim juz nic pic, bo slodki posmak sprawia, ze wszystko inne wydaje sie gorzkie. A przed nami byl jeszcze Twilight tour, ktory zaczal sie szampanem i przez wina biale i czerwone znowu sie zakonczyl lodowym. Tak wlasnie zaczelismy swietowac 30te urodziny kuzynki, ktora wedlug czasu polskiego byla juz jubilatka ;-)
Sobota
Toronto. Druga tura wyborow prezydenckich. Tutaj preferencje wyborcow prezentowaly sie nieco inaczej i Jaroslaw Kaczynski zdobyl 3483 glosow, a Bronislaw Komorowski - 848. Kiedy podalam moje zaswiadczenie o prawie do glosowania z ambasady w Belgii, babka sie na mnie srogo spojrzala i uslyszalam:
- A to nam Bruksela namieszala!!!
-???
- No same problemy przez ta Bruksele mamy!!!
-???
-Przez ta komisje!!!!
-....Mmmm... No ale flaga unijna wisi....
- Kto to slyszal, zeby dorzucac 100 dodatkowych kart do glosowania!!!
Odetchnelam z ulga, bo juz sie balam, ze trafilam na jakas bardzo zawzieta przeciwniczke wstapienia Polski do UE (zreszta od poczatku przeczuwalismy, jak bedzie sie plasowal wynik wyborow w tym miescie), a tu na szczescie chodzilo 'tylko' o falszowanie wyborow. Uspokoilam ich, ze to nie ja, bo mam mocne alibi i 2 tygodnie temu bylam i glosowalam w Waszyngtonie ;-)
Potem pojechalsmy do centrum i wlasciwie okazalo sie, ze juz prawie nic nam tam nie zostalo do zobaczenia. Skierowalismy sie zatem do portu, gdzie akurat odbywala sie parada zaglowcow- Toronto Waterfront Festival, ale wiekszosc tych amerykanskich i kanadyjskich to takie male popierdolki i wrazenie robily tylko holenderskie i niemieckie. Poszlismy zatem na CN Tower, czyli najwyzsza wolnostojaca budowle na swiecie (553 m). Tam pierwsza ciekawosta byla przeszklona winda, z przezroczystymi panelami w podlodze, a na gorze - szklana podloga. Tym razem weszlismy na nia wszyscy, ale nie dalo sie zupelnie zrobic dobrych zdjec.
Za to po raz pierwszy od 23 dni powstal problem z noclegiem. Czy przez zaglowce, czy przez krolowa angielska, ktora nas wreszcie dogonila w Toronto, czy z jakiegos innego powodu, znaleznienie miejca do spania w miejscie okazalo sie niemozliwe (przynajmniej w naszych widelkach cenowych). W informacji turystycznej podali mi numer telefonu do call center, ale jak przez pol godziny literowalam imie i nazwisko (a naprawde potrafie to zrobic, ale po 10 powtorzeniu operatorka sie mnie znowu zapytala, czy pierwsza litera nazwiska to W jak whiskey), moje kuzynostwo plakalo ze smiechu i jak uslyszalam, ze mam przeliterowac moj adres belgijski, to padlam i rzucilam sluchawke, bo przekroczylo to moja cierpliwosc. Zatrzymywalismy sie zatem kolejno w wielu miejscach, ale wszedzie mieli juz komplet i ostatecznie wrocilismy do Mississauga, niedaleko lotniska. I po drodze na autostradzie mijalismy gigantyczny kondukt korpusu dyplomatycznego eskortujacy prawdopodobnie krolowa Elzbiete ;-)
Niedziela, 4 lipca
To byl jedyny naprawde leniwy dzien. Spokojnie sie spakowalismy i podjechalismy nad jezioro poprawic opalenizne w ostatnich promieniach kanadyjskiego slonca i w poludnie skierowalismy sie na lotnisko. Przez 24 dni spedzalismy ze soba 24 godziny na dobe i w dalsza droge kazdy ruszal juz sam. Odlecielismy trzema osobnymi samolotami do swoich krajow (rano nastepnego dnia juz telefonicznie witalismy sie w Europie) i cala przygoda sie skonczyla. Bruksela wydala mi sie wioseczka po tych wszystkich amerykanskich miastach, strasznie brakowalo mi sluchaczy do mojego glindzenia, a na obiad nostalgicznie zjadlam pizze. No i zabralam sie za ogladanie moich 3200 zdjec i spisywanie wrazen.
W sumie przejechalismy:
Po powrocie dostalam od znajomej spozniony prezent urodzinowy, do ktorego byla dolaczona kartka z zyczeniami ‘zdrowia i umiejetnosci odpoczywania’ ;-) Tego ostatniego, to ja sie chyba nigdy nie naucze…
PS A losiow chyba bede musiala poszukac nad Biebrza czy w Kampinosie. Do trzech razy sztuka ;-)
Życie to żart - po tamtej stronie podejrzenie
Miałem, że to sąd mylny. Widzę po tej, że nie.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz