Wczoraj wieczorem (po blogowaniu) pojechalam na St Gilles, gdzie bylam umowiona ze znajomymi na kolacje urodzinowa (nie moja). Kolezanka znalazla sympatycznie zapowiadajaca sie knajpke w budynku w stylu Art Nouveau, poszlismy dosc sponatanicznie bez uprzedniej rezerwacji i pracujaca tam kelnerka powiedziala, ze jest sama, 8 osob na raz obslugiwac nie bedzie i nas nie wpuscila!!!
Jako ze nikt z nas okolicy za bardzo nie znal, udalismy sie do jedynego kojarzonego przez kolege miejsca – Maison Du Peuple. Tam mimo brakow kadrowych pozwolili nam usiasc, problem byl za to z rozgryzieniem systemu obslugi klientow. Otoz najpierw nalezalo dojsc do baru, zamowic i zaplacic – napoje dostawalo sie od razu, zamiast jedzenia wreczano numerek i kazano usiasc gdziekolwiek. Jak dania byly gotowe, kelner chodzil od stolu do stolu szukajac tabliczki, zanim sie orientowalismy, ze to dla nas, on juz uciekal, stucce donoszone byly pare minut pozniej, mniej wiecej jak jedna osoba konczyla jesc, to kolejna dostawala swoja porcje, ciagle slyszelismy odglosy tluczonych szkalnek i spadajacych talerzy i generalnie atmosfera byla jak przystalo na ‘dom ludowy’
Dzis juz wyjadam resztki z lodowki (jeszcze po niedzielnym sniadaniu, na ktorym mialam gosci), a od jutra czeka mnie restaurante italiano. Pewnie tez bedzie chaotycznie, ale za to z jakim wdziekiem ;-)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz