
I wrocilam. Cala i zdrowa i baaaardzo zadowolona z wyjazdu. Narciarki ze mnie nie bedzie (po tygodniu prob jestem mistrzynia...oslej laczki), ale atmosfera w schronisku, przepieknie osniezone szczyty i slonce w srodku zimy tak mi sie podobaja, ze powoli zaczynamy planowac podobny wypad na przyszly rok!!!
Ale nie bylo latwo. Nasz wyjazd zorganizowalo UCPA (stowarzyszenie promujace sport na swiezym powietrzu, poczatkowo dzialajace na terenie Francji, obecnie poszerzajace swoj zasieg na skale ogolnoswiatowa). Nieopatrznie szukajac kursu pod zakladka 'ski alpin' wybralysmy opcje 'ski passion', ktora okazala sie wyjazdem dla najbardziej zapalonych narciarzy. Grupa poczatkujaca, do ktorej zaliczalam sie bezwzglednie, miala pierwsze wstepne dwugodzinne spotkanie juz w niedziele, gdzie nauczylismy sie: zjezdzac, skrecac i zatrzymywac sie. Czyli generalnie podstawy mielismy juz za soba i w poniedzialek wyjechalismy na pierwszy zielony szlak. Niestety nie przewidzialysmy kilku drobnych kwestii: w 12osobowej grupie wiekszosc osob juz umiala jezdzic na nartach, a od poniedzialku program przewidywal po 5 godzin dziennie zajec z instrukorem, co nijak sie mialo do naszej kondycji. W efekcie pierwsza Epska juz w niedziele miala kontuzje kolana, dzien pozniej ja meczac sie okrutnie z wchodzeniem pod gorke w nartach, gdzie kazdy krok w przod konczyl sie dla mnie zjazdem do tylu, wkurzylam sie i zrezygnowalam z kursu. Tego samego dnia kolejna Polka poszla w moje slady z powodu bolu kolan i do piatku po poludniu z instruktorem zostala tylko jedna z nas, ktora ma za soba 4 lata szusowania, ale tez byla w grupie poczatkujacej. Z 12 osob z instruktorem do konca wytrwalo 5. W tydzien przejechali chyba wszystkie zielone i kilka niebieskich szlakow.
Jako 'spady' z grupy bawilysmy sie jednak doskonale!!! Mialam czas na spacerki, wylegiwanie sie w sloneczku na lezaczkach, a oprocz tego co dzien bralysmy narty, same jezdzilysmy sobie na oslej laczce i wjezdzalysmy pod gore na najprostszym wyciagu. I choc nie naleza mi sie zadne gwiazdki ani odznaczenia narciarskie wydawane przez ESF (Ecole du ski français), to jak najbardziej zasluzylam juz na odznake niedzwiadka (umiem bezblednie rozpoznac moj sprzet, samodzielnie zapiac buty i narty, wjezdzac orczykiem do gory, zjezdzac w dol, skrecac i hamowac plugiem!). Niestety instruktor nie chcial mi jej wydac, bo nie widzial moich osiagniec na wlasne oczy, a zeznania swiadkow mu nie wystarczaly. Bede sie zatem musiala postarac w przyszlym roku ;-)
Za to jako poczatkujaca narciarka mam wrazen co niemiara:
• Sprzet jest ciezki jak diabli. Jak dochodziłam na stok, to mialam z reguly juz dosyc dzwigania. Idac w butach czulam sie jak astronautka spacerujaca po ksiezycu. Raz tylko jak wyszlam ze schroniska poczulam sie dziwnie swobodnie, ale szybko sie zorientowalam, ze wzielam ze soba wszystko procz… nart.
• Nie przypominam sobie, zebym kiedys miala tak bezbolesne upadki ;-) Lezalam pare razy, nic sobie nie uszkodzilam, nawet nie mam siniakow i wszystko by bylo dobrze gdyby nie to, ze sama nie potrafie wstac. Jak po ktorejs wywrotce wypiela mi sie narta, to dopiero wtedy mi sie udalo samej zgramolic i podniesc do pionu. Podobno we wstawaniu pomagaja kijki, ale zgodnie z francuska szkola, poczatkujacy 'narciarze' jezdza bez nich.
• Kiedy mialysmy juz dosc zjezdzania, odkrylysmy jeden wyciag gondolowy, ktorym wyjatkowo moga wjezdzac piesi i potem wracac nim na dol. Zatem popoludniami ustawialysmy sie w kolejce, zatrzymywali cale urzadzenie zebysmy mogly wsiasc i dawali znac pracownikowi na gorze, ze w numerze tym i tym jada 3 spacerowiczki. Tam mialysmy juz znajomego pana w schronisku, ktory spedzil kiedys pare miesiecy w Warce i na nasz widok wykrzykiwal 'Dobry dien', 'Dziekuje', 'Dobranoc' i wszystkie inne slowa, ktore mu polsko brzmialy. Pozniej wracalysmy do wyciagu, ktory znowu trzeba bylo zatrzymywac i jak ksiezniczki zjezdzalysmy na dol wprawiajac w oslupienie tudziez rozbawienie wszystkich narciarzy wjezdzajacych na gore (dzieciaki pytaly nas, czy zapomnialysmy nart, czy nie pomylilysmy kierunkow, raz nawet minelismy sie z nasza grupa poczatkujaca). Niemniej jednak byla to swietna okazja dostac sie na wysokosc 2000 m npm (miasteczko znajdowalo sie 400 metrow nizej).
• Osrodek, gdzie mieszkalismy, byl pelen super przystojnych... Szwedow! Mimo tego, ze maja u siebie gor pod dostatkiem, pare godzin swiatla dziennego na polnocy znacznie ogranicza czas na szusowanie i gromadnie zjezdzaja do Francji, ktora procz swietnej infrastrukury, pozwala na spedzanie na stoku 8-9 godzin dziennie. Szczegolne wrazenie robili na nas narciarze 'hors-pistes', czyli szusujacy poza wyznaczonymi szlakami. Mimo tego, ze jest to juz sport bardzo niebezpieczny, z reguly wracali wieczorami bez uszkodzen, a najwiecej wypadkow bylo wsrod grup mniej zaawansowanych (w naszej 12tce byly 2 kontuzje kolana i jedna kostki).
• Alpy zima sa przepiekne. Az brak mi slow, zeby opisac widoki. Kilka zdjec bedzie musialo wystarczyc (po kliknieciu na fotki, mozna je zobaczyc w wiekszym rozmiarze).

St Sorlin d'Arves, czyli miasteczko, w ktorym mieszkalysmy
Bylo tyyyyle sniegu
A to juz nasza osla laczka
Les Aiguilles d'Arves (charakterystyczne 3 szczyty o wysokosci 3510 metrow, zdjecie zrobione z lezaczka pod schroniskiem na 2000m)
Descente aux Flambeaux, czyli piekne nocne widowisko, kiedy instruktorzy zjezdzaja z gory z pochodniami - impreza konczy sie sztucznymi ogniami

2 komentarze:
Ale chyba jestes troche za duza na odznake niedzwiadka;-)
Brukselka
Skoro 40letnia Anette z naszej grupy mogla dostac odznake sniezynki http://www.esf.net/fr/tests/enfant/flocon.html to rownie dobrze ja zasluzylam na niedzwiadka! Zreszta w ksiazeczce przyznawanej ze sprawnoscia nie bylo ograniczen wiekowych. Tylko kto w naszym wieku chce zostac narciarzem Piou Piou ;-)
Prześlij komentarz