To juz moj trzeci wyjazd z UCPA i coraz bardziej mi sie podoba. Tym razem nie spekalam po paru godzinach, ale caly tydzien dzielnie uczestniczylam w zajeciach. Ponoc jestem nadzieja dla wszystkich lamag, bo skoro ja dalam rade, to znaczy, ze kazdy sie nadaje do nartek! I do tego okazalo sie, ze bylismy najlepsza najgorsza (bo poczatkujaca) grupa, jaka kiedykolwiek mieli w Les Contamines! We wtorek zorganizowano nam wyscigi slalomem ze skretami rownoleglymi i komisyjnie uznano, ze na niebieska trase zamiast w piatek wyjedziemy juz w srode (choc byla taka mgla, ze widzialam co najwyzej czubki swoich nart). Co prawda dzien pozniej na koncowce dosc stromego stoku sie wystraszylam i trzeba bylo mnie sila sciagac z ostatnich kilku metrow, a ja instruktorowi miazdzylam reke w zelaznym uscisku, ale w piatek ze znajomymi zrobilam ta trase jeszcze pare razy i generalnie urlop zakonczylam w zachwycie nad niewatpliwa uroda okolicy, moja odwaga i czysta przyjemnoscia, ktora sie czerpie z dotlenienia i ruchu. I z pewnoscia wroce tam jeszcze ktoregos lata na trekking czy wspinaczke. Zas co do samej organizacji, to coraz czesciej nasuwaja mi sie skojarzenia z sanatorium dla osob w kwiecie wieku. Zamiast kapieli w borowinie, jest sport na bardzo swiezym powietrzu, zamiast dansingow - soirées dansantes. Pierwsza impreza zyskala miano wieczoru pierwszej szansy, a piatkowa - ostatniej. Do tego streching, joga czy (auto)masaz. I, opcjonalnie, sauna i jacuzzi. Tym razem niestety zabraklo silnej reprezentacji Szwedow, ale za to wzbijalam sie na wyzyny mojego francuskiego. Mialam tylko jedna wtope na zajeciach, kiedy instruktor wciaz nam kazal uwazac na 'bosses'. W pierwszej chwili skojarzylam to z niderlandzkim 'bos', czyli zaroslami i tylko z deczka sie dziwilam, czemu nam ciagle przypomina, zeby nie wjezdzac w krzaki, jesli duzo bardziej niebezpieczne sa na przyklad przepascie. Dopiero jak sie wykopyrtnelam na muldzie ze swiezego sniegu, to zrozumialam o co chodzi.
Ja za to odwdzieczylam sie podszlifowaniem znajomosci polskiego wsrod Francuzow. Jadac raz ze mna wyciagiem instruktor opowiedzial, ze mial kiedys kursanta polskiego pochodzenia, ktory za kazdym razem, jak mu cos nie wychodzilo, krzyczal:
- Korba!
- Chyba 'kurwa'!
- Oui, kuhrwaaa ma.
- Chyba 'mac'.
- Ah, oui, oui, kuhrwaaa macz - rozleglo sie szerokim echem po alpejskich lakach.
W kazdym razie wyjazd udal sie wspaniale, choc zaluje, ze nie udalo mi sie zalapac na jakas wyprawe piesza z przewodnikiem, bo okolica oprocz stokow dla narciarzy obfitowala w niezwykle formy terenu, oblodzenia i osoplenia niczym z basni o Krolowej Sniegu, a cala miejscowosc byla przeorana szlakami typu 'Tour du Mont Blanc' czy 'Voie Romaine'. A zreszta co sie bede rozpisywac. Zobaczcie sami:
Nasza pierwsza zielona trasa przygotowana do slalomu
Na szlaku dla piechurow
Po calonocnych opadach sniegu
Okolica Parc des Loisirs
Mont Blanc schowany za chmurka
Takie sobie sople
I absolutna perelka - moj widok z okna. Nawet piekniejszy niz w BXLi ;-)
Na krokusy trzeba co prawda jeszcze poczekac, ale przynajmniej jest co powspominac...
A dla porownania, tu sa moje wrazenia po wyjezdzie z UCPA na narty w zeszlym roku: Sprawnosc Niedzwiadka. Teraz juz bym zasluzyla na odznake Sniezynki!








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz