W Amsterdamie jest mnostwo muzeow, do ktorych chcialam/chcialabym zajrzec. Mam juz za soba Van Gogha (ktorego obrazy oglada sie doskonale po lekturze ‘Pasji zycia’ Irvinga Stone'a), Heinekena (gdzie w cenie biletu byly 3 piwa, wiec zwiedzenie dostarczalo niezapomnianych doznan i wiele zabawy). W ten weekend pojechalam do stolicy Wiatrakowa na urodziny kolezanki z ogolniaka i przy okazji postanowilam skorzystac z brzydkiej pogody absolutnie niesprzyjajacej wedrowkom po miescie i zahaczyc o kolejne miejsca. U Anne Frank jak zwykle byla straszna kolejka, w Hermitage akurat szykowano nowa wystawe i budynek zamknieto i ostatecznie wyladowalam w Rijksmuseum. Tam szczegolne wrazenie (oprocz malarzy niderlandzkich, ktorych bardzo lubie, ale ilez mozna ogladac podobnych portretow) zrobily na mnie… domki dla lalek. A wlasciwie domiska. Na ponad 2 metry wysokie (wchodzilo sie na drabine, zeby zajrzec na gore), kilkupietrowe, z meblami, zastawami i wszystkim tym, co normalnie znajduje sie w pomieszczeniu, tylko ze w miniaturce. Jako dziecko tez mialam taki (no moze nie doslownie) domek – pokoj z kuchnia, z wyposazeniem zrobionym przez prapradziadka. Rewelacja!
Zas drugiego dnia ze znajoma poszlysmy odkrywac Amsterdam dla kobiet, czyli Muzeum torebek i portmonetek (Tassenmuseum). Powiem szczerze, ze jest to fascynujaca wystawa. Do tego miesci sie w pieknej kamienicy z 1664 roku i oprocz bogatej kolekcji na parterze urzadzono bardzo przyjemna czesc kawiarniana (w sam raz na moja ulubiona Koffie verkeerd, czyli holenderska wersje Lait russe'a, czyli po prostu Latte) i ogrod (z oczywistych wzgledow chwilowo nieczynny).
Historie torebki w tymze muzeum datuja od XVI wieku, kiedy to sluzyla glownie mezczyznom. Z biegiem czasu panie z bogatych domow zaczely uzywac malutkich sakiewek, gdzie trzymaly drobne dla biednych (zwano je jalmuzniczkami). Pozniej rozpowszechnil sie doskonaly wynalazek - kobiety pod licznymi warstwami swoich sukni wiazaly dwa worki po obu stronach bioder. W spodnicach zostawiano wyciecia, zeby latwo mozna bylo siegnac do skrzetnie ukrytych toreb. Na swoj sposob byl to prekursor obecnych kieszeni. Innym pomyslem byly châtelaines. Nazwa doslownie oznaczala pania na zamku. W XVIII i XIX wieku gospodynie do pasa przyczepialy pek lancuchow z narzedziami pierwszej potrzeby: kluczem do spizarki, przyborami do szycia, szklem powiekszajacym itp.
Kiedy moda sie zmienila, zabraklo miejsca na drobiazgi pod ubraniem i zaczeto wprowadzac torebki - smiesznotki (ridicule): wyszywane szklanymi paciorkami, o fantazyjnych ksztaltach (np.tulipana), sakiewki ponczochowe i inne. Zmienialy sie tez materialy, z ktorych je robiono: od koralikow, metali, przez skory wezy, krokodyli, pawie piora, kosc sloniowa, az po plastik (co pozniej zaowocowalo nowym trendem i popularnoscia toreb z napisem: I am not a plastic bag). Jak grzyby po deszczu pojawialy sie stosowne pamiatki ze znanych kurortow, z wizerunkiem zamku, kosciola czy mola i dopiskiem 'Pamiatka ze Spa' czy 'Karlsbad'.
Ciekawym przykladem byly rowniez ozdobne kopertki w ksztalcie splaszczonego jaja z wizerunkiem kobiety na froncie, w ktorych we Francji i Hiszpanii Pan Mlody wreczal swojej nowo poslubionej malzonce 13 monet symbolizujacych Chrystusa i 12 Apostolow. Zwyczaj ten przetrwal az do XVIII wieku. Diametralnie roznily sie od tego, w czym obecnie wreczamy podobne prezenty slubne.
Kilka zdjec z kolekcji mozna obejrzec na stronie muzeum: http://www.tassenmuseum.nl/default.aspx?pagename=de_collectie. Czesc z nich przekleilam powyzej.
Poza tym jako absolutna abnegatka mody i trendow w dziedzinie ubioru, mocno sie podszkolilam w zakresie slawnych projektantow. I tak, jedna z pracownic muzeum wyrazila przy nas swoje ogromne ubolewanie nad przedwczesna smiercia (udana proba samobojcza ok. 10 dni temu) Alexandra McQueena. Widzialysmy jego torebke, zas pozniej w internecie wyszukalysmy inne jego projekty. Tu poczetne miejsce maja buty (jedna pare nosila rowniez Doda):
I ja narzekam na buty narciarskie!!! Jakbym sie w czyms takim wywalila, to juz zupelnie nie wiem, jak bym sie podniosla ;-) Fantazja w projektach torebek czy kapeluszy jest mi jednak troche blizsza.
Wczoraj zas, mimo tylu bodzcow i wrazen estetycznych, wyciagnelam moj niesmiertelny plecak, wypchalam go podrecznikami do niderlandzkiego i strojem na gimnastyke i powloklam sie do mojej zupelnie niekreatywnej pracy. Ale za to zerknelam sobie na strone Pakamery i moze sprawie sobie jakas wymyslna torebke ;-)
PS Kiedy szperalam po necie, natknelam sie na blog nawiazujacy do wystawy Muzeum Narodowego w Krakowie http://zawszepodreka.blogspot.com/ Okazuje sie, ze w Polsce tez sa milosnicy starych torebek ;-)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz