Trzeba miec pecha, zeby pierwszego dnia serii koncertow (praktycznie co dzien do wtorku wlacznie w roznych miejscach) sie... przeziebic!!! I to juz piaty raz w tym roku ;-( W domu zywie sie czosnkiem (w formie nie tylko zjadliwej, ale i smacznej z pomidorami i oliwa), w pracy popijam cieple mleko z miodem, odwolalam juz wszystko, co nie jest spiewaniem i wciaz mam cicha nadzieje, ze wydobrzeje. Gdyby nie gipex'y, to bym sobie serwowala jeszcze grzance (ostatnio podpatrzylam znajoma, jak je robi z wina z miodem, laskami cynamonu, listkami laurowymi, czarnym pieprzem i cytryna - efekt jest doskonaly), ale chyba nie bede przeginac z ta kuracja.
Pierwszy wystep z chorkiem w pracy udal nam sie nadspodziewanie dobrze, jak na nasz poziom przygotowania i najbardziej mnie zaskakiwali panowie nagrywajacy filmiki komorkami (az mi sie nie chce wierzyc, ze ktos to bedzie pozniej jeszcze ogladal). Z bolem gardla, zanim przejdzie na krtan, spiewa sie calkiem niezle. A i repertuar mielismy fajny. Sporo po angielsku (Glorious Kingdom, Good News), nic po francusku (!), 'Cicha Noc' w 4 jezykach, z polskich koled tradycyjnie wzbudzilismy zachwyt 'Przybiezeli do Betlejem'. Ponizej youtube'owe wersje moich trzech ulubionych kawalkow:
El noi de la mare (Katalonia)
O ce veste minunata (Rumunia)
Roshdectvo Christovo (Bulgaria)
czwartek, 9 grudnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz