Tak mi sie przypomnialo, ze jak sie przeziebilam, to mi znajoma poradzila, zebym zwolnila tempo i zostala filozofem. Dlugo nad tym myslalam, ale moje zastanawianie sie doprowadzalo mnie na manowce, bo na przyklad doszlam do smutnego wniosku, ze sobie wszyscy dobrze radza z moja nieobecnoscia i ze jestem latwo zastepowalna (to raczej w chorze, gdzie solowek zadnych nie mam i miec nie bede, bo w pracy w zwiazku z brakiem tak zwanego 'back-upa' jestem rzekomo niezbedna - przynajmniej az do transferu, ktorego mam pasc ofiara w przyszlym roku, czyli - ni mniej, ni wiecej - za 4 dni robocze, ktore mi do konca tego pozostaly). Na tym jednak moje przemyslenia skonczylam, bo nic z tego nie wynikalo, i zabralam sie do czynow (a o tym jest poprzedni wpis).
Kiedy po uzupelnieniu bloga i zjedzeniu obiadu polozylam sie na chwile i zasnelam przy Monteverdim, a obudzilam sie z kaszlem niczym suchoty Chopina, postanowilam zmienic klimat i po przejrzeniu zasobow mojej filmoteki wyciagnelam po raz kilkunasty spektakl teatralny 'Chlip-hop' z Magda Umer, Andrzejem Poniedzielskim i ich wirtualnym wirtuozem, czyli Wojciechem Borkowskim. Przedstawienie ma forme wymiany internetowej 'na lekkim czacie', podczas ktorej 'bibrzenie' tej trojki przeplatane jest piosenkami. No i duzo w tym filozofowania na temat naszych czasow. Dodajmy, ze bardzo trafnego. Bo na przyklad ja przez ostatnie dni przenioslam sie na skejpa, mejla i fejsbuka i choc wokol rozsiewalam zarazki i nie wystawialam nosa za drzwi, moje 'zycie towarzyskie' nie zamarlo (no przynajmniej 'po tej drugiej stronie'). Bohaterowie 'Chlip-hopu' potwierdzaja, ze internet to taka lepsza wersja domofonu - sterujemy nasza goscinnoscia, rozmawiamy, a mieszkania nam sie nie niszcza (a i sasiedzi zyja spokojnie, bo dzis nawet odwolalismy solfez w realu, skutkiem czego moge sobie siedziec i guglac do woli).
W necie oczywiscie placza sie fragmenty spektaklu i tu jeden z nich:
A na rozterki serca autorzy stosuja dorobek narodow smielszych uczuciowo i wychodzi im cos takiego:
Wniosek: zapatrujmy sie w przyrode, a nie w internet.
I ja, mimo regularnie prowadzonego bloga, sie pod tym podpisuje.
Jutro ze swiata wirtualnego wracam do rzeczywistego, ktory mnie od rana ta realnoscia zasypie jak snieg w Polsce i przydusi silniej niz kaszel stosem teczek do sprawdzenia.
Ci co chcieliby blizej poznac klimat chlip-hopu, a nie maja DVD ze spektaklem pod reka (brukselczykom moge go w swoim czasie uzyczyc) odsylam do wspanialego cieplego bloga: http://chlip-hop.bloog.pl/. To generalnie spelnia moja potrzebe filozofowania...
środa, 15 grudnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz