niedziela, 13 grudnia 2009

Czeski film

Czasem zastanawiam sie, jak wyglada zycie codzienne profesjonalnego artysty - aktora czy muzyka. Jakos nie moge sobie wyobrazic, ze czlowiek, ktory przez pare godzin przezywa tak silne emocje, wraca potem do domu jakby nigdy nic. Np. taki Sztur czy Cielecka, ktorych tydzien temu widzialam w bardzo ekspresyjnych rolach w (A)polonii Warlikowskiego - czy jest mozliwe, ze po tak trudnym przedstawieniu poszli razem np.na belgijskie piwo do knajpy? Bo to co dla mnie jest wielkim wydarzeniem, dla nich staje sie codziennoscia. Albo np. mi na probie teatralnej duzo czasu zajmuje wejscie w role zimnej, zdystansowanej, cynicznej wdowy - profesjonalistom tez czesto zdarza sie grac role sprzeczna z ich charakterem - jak oni to robia, ze na zawolanie zapominaja o niezrobionych zakupach, obowiazkach domowych, codziennych klopotach i kreuja jakas zupelnie nowa postac.

Wczoraj mielismy koncert z Czechami. Przebralam sie, nawet zrobilam makijaz i godzine przez wystepem stawilam sie u kolezanki, z ktora mialam jechac. Ona jeszcze sie szykowala, ale i tak czekalismy na reszte. Po kilku minutach przyszedl skrzypek i jak nas zobaczyl w bialych bluzkach, to mocno sie zdziwil, bo myslal, ze to ma byc tylko proba przed wtorkowym spiewaniem w Reprezentacji. Byl ubrany jak na codzien, nie wzial nut i nic nie przygotowal. Pozyczyl koszule od kolegi, ktory nas wyprawial w droge i ruszylismy. Pare razy sie gubilismy, na 5 minut przed rozpoczeciem koncertu bylismy pod kosciolem, ale... nie tym co trzeba. Uznalismy jednak, ze nikt nie zacznie bez nas, czyli 3 sopranow, 1 altu i skrzypka ;-) W lekkiej panice dzwonilismy do reszty chorzystow (z ktorych czesc miala juz wylaczone komorki) z pytaniem, gdzie u licha mamy sie stawic. Na szczescie bylo to tylko dwa kilometry dalej i do kosciola wpadlismy o 18.05, akurat jak sie wszystko zaczynalo. Na piewszy ogien poszli Czesi, wiec mielismy kilka minut, zeby zarzucic chusty i wyciagnac nuty, ale o rozspiewaniu sie nie bylo juz mowy. Skrzypek jeszcze zapowiedzial, ze nie zagra, bo jest za zimno i boi sie, ze cos sie moze stac instrumentowi (wlasnie go wymienil na bardzo drogi i dobry jakosciowo). Nasza dyrygentka zrozumiala, ze nie moze grac na poczatku, ale pozniej sprzet sie przyzwyczai do temperatury i...zapowiedziala elegancko goscinnego muzyka, wiec nie bylo wyjscia i napredce musial na oczach wszystkich wyciagac skrzyce i tworzyc na poczekaniu wstepy do koled. My w tym kosciele jeszcze nigdy nie spiewalismy, nie znalismy akustyki i ciezko nam bylo sie uslyszec, ale nadrabialismy usmiechem. W porownaniu z profesjonalnymi sztywnymi Czechami nasz spiew to czysty folklor, barwny wyglad i duzo glosnych koled z Podhala. Nasz honor zostal uratowany. A wrecz wszystkim bardzo sie podobalo, bo stanowilismy przeciwwage i ciekawa przeciwwage dla doskonale przygotowanych gospodarzy ;-)

Na koniec bylo wspolne wykonanie paru koled, podczas ktorych emocje juz nam zupelnie opadly, bo jak tu sie nie rozluznic spiewajac po slowacku:

Tichá noc, svätá noc!
Všetko spí, všetko sní,
sám len svätý bdie dôverný pár,
stráži Dieťatko, nebeský dar.
Sladký Ježiško spí, sní,
nebesky ticho spí, sní.

czy po czesku:

Tichá noc, svatá noc!
Jala lid v blahý klid.
Dvé jen srdcí tu v Betlémě bdí,
hvězdy při svitu u jeslí dlí,
v nichž malé děťátko spí,
v nichž malé děťátko spí!

Skrzypek przyznal, ze bral juz udzial w przeroznych wystepach, ale takiego spontanu, jak zyje nie widzial. A nam udalo sie zebrac sporo datkow na cele charytatywne i jakis obcokrajowiec kupil nasza plyte. Tylko czemu caly czas mielismy wrazenie, ze gramy w czeskim filmie...

Brak komentarzy: