czwartek, 23 września 2010

Dni dziedzictwa

Kalendarzowa jesien rozpoczela nam sie burza z piorunami, nadciagaja deszcze i ochlodzenie i chyba juz definitywnie rozstajemy sie z latem. A u mnie wciaz cos sie dzieje. Choc ciesze sie, ze jeszcze zauwazam zmiany por roku ;-)

Dopiero dzis mam czas przysiasc i opisac ostatni weekend, ktory laczyl Dni Dziedzictwa (czyli mozna bylo zajrzec do budynkow na codzien zamknietych dla zwiedzajacych), Dni Folkloru (na Grand Place prezentowalo sie m.in. woj. zachodniopomorskie) i niedziele bez samochodu. Z mniejszych imprez, flamandzkojezyczny Dom Kultury dla dzieci na mojej ulicy mial otwarte drzwi i caly dzien plataly sie tlumy maluchow, jezdzacych w malych autkach, skaczacych na dmuchanym zamku itp oraz arabska knajpa pod moim domem zorganizowala uroczysta inauguracje po remoncie. 

Ja mialam goscia, wiec po pretekstem zwiedzania miasta moglam spokojnie przejsc sie po kilku ‘zabytkach’.


Na pierwszy rzut poszla Bourse, czyli gielda (stworzona w latach 1868-1873). Budynek znam doskonale, zamkniety na 3 spusty, lekko podniszczony z zewnatrz, zawsze myslalam, ze jest on pozostawiony sam sobie. A tu sie okazalo, ze nic bardziej blednego. A do tego, ku mojemu zaskoczeniu, wnetrze jest w stosunkowo dobrym stanie. Gielda brukselska samodzielnie funkcjonowala do 2000 roku, a nastepnie razem z paryska i amsterdamska stworzyla wspolna platforme handlu Euronext, 6 lat pozniej przejeta przez New York Stock Exchange. Dzis pracuje w niej ok.30 osob, zamiast chaosu znanego z filmow o Wall Street, dzialalnosc maklerow stracila swoj rozmach i efekt i siedza oni przed komputerami. Tylko przy wejsciu wisi symboliczny dzwonek. Zas imponujace sale Bourse’y z glownym holem z rzezbami Augusta Rodina sa wynajmowane na imprezy takie jak wesela czy bankiety.



Nieopodal znajduje sie drugi symboliczny budynek – teatr La Monnaie, otwarty w 1856 roku. Podobno moze pomiescic 1700 osob, choc robi dosc kameralne wrazenie. Od 4 lat probuje sie tam wybrac na opere, ale ciagle borykam sie z brakiem biletow, ktore sa na piniu rozdzielane miedzy posiadaczy abonamentow. Za to sala jest naprawde piekna, z wielkim malowidem na suficie, loza dla rodziny krolewskiej itp. Zdjecia z renowacji sprzed kilku lat mozna zobaczayc tu : http://www.buildingsagency.be/detailfoto_fr.cfm?realisatie=69&foto=01-Trm_B_050825_32A.jpg


Nastepna w kolejnosci byla Krolewska Akademia Wojskowa, na obrzezach parku Cinquantenaire, tuz kolo kosciola Dominikanow. W zeszlym roku swietowala swoje stulecie (sama szkola istnieje juz od 1834 roku, ale dopiero na poczatku XX wieku przeniosla sie do eleganckich budynkow przy Renaissancelaan). Nauka trwa tam 5 lat – po 3 uzyskuje sie tytul licencjata, pozniej – magistra. Sa 4 specjalizacje : naziemna, morska, powietrzna i medyczna. Kandydaci musza przejsc wstepne badania lekarskie, badania psychologiczne,  testy sportowe (bieg przez 18 minut z predkoscia do 14,4 km/h, pompki i brzuszki przez minute) i egzamin z drugiego jezyka i matematyki. Studia sa bezplatne, a do tego studenci dostaja wynagrodzenie, ktore w przypadku odejscia z akademii z przyczyn innych niz zdrowotne nalezy pozniej zwrocic.

Dla zwiedzajacych przygotowano nieduza wystawke ukazujaca historie uczelni, ale przyznam szczerze, ze nie robi ona zbyt oszalamiajacego wrazenia i zdecydowanie bardziej oplaca sie udac do pobliskiego muzeum wojskowego (gdzie oczywiscie tez poszlam, bo to ostatnio moje ulubione muzeum ;-).




Natomiast najbardziej kontrowersyjnym budynkiem jest Palac Sprawiedliwosci. Z zewnatrz wyglada paskudnie, od lat trwa renowacja, ktora sie pewnie bedzie ciagnac kolejne 50 lat, za to w srodku zachwyca rozmachem i rozmiarem (jest wiekszy niz Bazylika Sw.Piotra w Rzymie i sklada sie z 27 duzych sal sadowych i 245 mniejszych pomieszczen). Jego inauguracja odbyla sie w 1883 roku, do dzis cieszy sie fatalna opinia, bo wielu oskarzonych zbieglo z przesluchan (ostatnio chyba nawet pare miesiecy temu). Ale zobaczyc zdecydowanie warto!!! Zreszta jest to najwieksza budowla, ktora powstaja w XIX wieku i pretenduje do listy UNESCO.  Zdjecia z przeprowadzanych remontow i nie tylko sa tutaj : http://www.buildingsagency.be/detailfoto_fr.cfm?realisatie=39&foto=05a_SalledpPerdues_02_A.jpg




A stamtad mozna sie udac w kierunku synagogi i Konserwatorium Krolewskiego. Zawsze jest mi smutno, gdy tam przechodze. Piekny budynek, niestety majacy czasy dawnej swietnosci daleko za soba, dzis jest obrazem nedzy i rozpaczy. To chyba najbardziej zaniedbana sala koncertowa w miescie, choc gdyby cos z nia zrobic, naprawde wywieralaby znowu ogromne wrazenie. Jak weszlismy, na glownej sali akurat orkiestra cwiczyla symfonie ‘Z nowego swiata’ Dvoraka. I musze przyznac, ze czesto proby podobaja mi sie bardziej od oficjalnych koncertow. Co prawda trzeba sie liczyc z przerwami i od czasu do czasu slychac glos dyrygenta, ale za to pelno jest emocji, detali, ktore pozniej gdzies umykaja. Zreszta to wcale nie musi przeszkadzac, a wrecz pomaga zwrocic uwage na szczegoly.  Podczas oficjalnego wystepu do glosu dochodzi stres, trzeba sie skupic na calosci i nierzadko zapomina sie o drobiazgach, ktore sie cwiczylo. Podobnie u nas. Ostatnio uczylismy sie Ave Verum Corpus Mozarta i przy umiejetnym dyrygowaniu i podszeptach wyszlo nam naprawde pieknie. Mozna bylo skoncentrowac sie na sluchaniu siebie nawzajem i prawdziwej przyjemnosci samego spiewania.

Ja natomiast goraco polecam takie bliskie spotkania z architektura w BXLi (bo nie kazdy ma okazje byc na probie choru czy orkiestry). Choc wszystkie te budynki powstaly mniej wiecej w tym samym czasie i reprezentuja podobny pompatyczny styl, sa mila odskocznia od tutejszych nudnych biurowcow. A jak do tego dojdzie jeszcze piekna pogoda, tlumy rowerzystow i zwiedzajacych, wychodzi calkiem fajny weekend.

Choc chaotyczny! W Bourse dolaczylismy do grupy flamandzkojezycznej, dla ktorej w ostatnej chwili zabraklo przewodnika i zapytano, czy wszyscy sie zgadzaja na wyklad po francusku. Zatem bylam w specjalnej frankofonskiej grupie Flamandow. A moj znajomy, Niemiec mieszkajacy w Anglii, ktory nie mowil w zadnym z tych oficjalnych 'brukselskich' jezykow, o gieldzie wiedzial wiecej niz przewodniczka. Po czym poszlismy na polska impreze z bigosem i pierogami. Dziedzictwo dziedzictwem, ale znakiem naszych czasow jest szeroko pojeta internacjonalizacja i mialam jej w ten weekend pod dostatkiem ;-)

PS Wszystkie fotki tradycyjnie pochodza ze strony: http://cartes-postales.delcampe.be/

PS2 I jeszcze mala dygresja o umiedzynarodawianiu. W przerwie na niderlandzkim poszlam do kafejki z Belgiem i Tajwanczykiem. Panowie ostro probowali dyskutowac w naszym lekcyjnym jezyku. Nagle jeden sie mnie pyta:

- Uit welk land kom je? (skad pochodzisz?)
- Uit Polen.
- Dzien dobry - mowi Belg.
- Dziekuje - odpowiada Tajwanczyk.
- Taaaak - znowu Belg.
- Krakow!
- Lodz!
- Polanski. Kieslowski!

Ja zaniemowilam. Okazalo sie, ze obaj panowie sa milosnikami naszego pieknego kraju, obaj nawet byli w Lodzi, a Tajwanczyk (obecnie juz bedacy Belgiem) po zajeciach przybiegl do mnie, pokazal mi swoja torbe i z duma oznajmil ' Ik heb dat in Krakow gekocht!' (kupilem to w Krakowie). Nie moglam mu niestety sie zrewaznowac tajwanskim zegarkiem ;-) 

Brak komentarzy: