Co rusz smutno i deszczowo za oknem (za wyjatkiem niedzieli, kiedy udalo mi sie pstryknac pare pieknych slonecznych zdjec). Niewazne czy jestem w Polsce, czy w Belgii. I tu i owdzie widac juz oznaki kolejnej pory roku: stalowe chmury, zimne podmuchy wiatru, wilgoc i opady. Do tego wciaz jakies kleski zywiolowe wszystkich nekaja, bo powodzie, pozary, huragany itp. Na szczescie nie przeszkodzilo mi to spotkac sie z masa znajomych. W tym tradycyjnie jeden dzien spedzilam z coreczka sasiadow, z ktora najpierw skladalam 350 klockow w kawiarenke przez 4 godziny (oprocz zbudowania pomieszczen i tarasu, trzeba bylo ustawic piecyk z okapem, kuchenke mikrofalowa, hustawki, stoliki, urzadzic ogrodek kwiatowy, zlozyc palme i drzewka itp). I kiedy po poludniu cala konstrukcja stanela w pelnej krasie i mialysmy przejsc do zabawy, moja towarzyszka zburzyla czesc budynku, rozrzucila plastikowa roslinnosc, zdmuchnela fryzury z glow bywalcow przybytku i oznajmila, ze przeszlo tornado i musimy sie zabrac do naprawiania strat. Jak widac, wydarzenia ostatnich miesiecy zywo wplywaja na wyobraznie nie tylko doroslych, ale i staly sie czescia codziennosci maluchow. I mam szczescie, ze nie bawilysmy sie w powodz czy pozar.
Zas w drodze powrotnej w pociagu do Warszawy spotkalam dawna uczennice, ktora poszla w moje slady, studiuje anglistyke (uczylam ja kiedys podstaw tego jezyka) i jak ja przed laty sobie dorabia korepetycjami. Jeszcze nie tak dawno z nia i innymi maluchami gralam w gry i spiewalam piosenki, zasmiewalam sie, jak dzieciaki mijajac mnie po drodze mowily: 'Good morning' albo 'Good afternoon' scisle przestrzegajac pory dnia i ani sie obejrzalam, a moi dawni podopieczni pozakladali rodziny czy dostali sie na uniwersytety!!! Choc przyznam szczerze, ze to bardzo fajne uczucie byc takim wzorem dla kogos innego. Ja z kolei spotkalam sie z moja wychowawczynia z klas 2-3 oraz mijalam moje dawne nauczycielki i teraz widze, ze sztafeta ciagle trwa i kolejne generacje dzielnie przejmuja paleczke.
I jesli jakims cudem za 20 lat z coreczki sasiadow wyrosnie architekt, to tez bede mogla powiedziec: 'Ha, a zaczynala ze mna od tornada w kawiarni!!!'.
A swoja droga, czy ktos kiedys przewidzial, ze ze mnie wyjdzie nudna urzedniczka...??? ;-)
Teraz juz wrocilam do mojej staro–nowej pracy (przetasowano wszystkich moich kolegow i kolezaki i tylko ja wytrwale stoje na posterunku i jestem 'irréductible’ niczym Asterix i Obelix w kraju Galow). Zaczynaja mi sie juz zajecia z francuskiego i niderlandzkiego i gimnastyki (przyda sie po tygodniu objadania sie bez granic pierogami, plackami, racuchami, nalesnikami i innymi potrawami, ktore uwielbiam bezgranicznie, szczegolnie jak ktos mi je przyrzadzi). W grafik na nowo wracaja mi wieczorki kinowe i proby choru. I moge sie umawiac na lunche, bo juz nie mam gosci. I czytac ksiazki!!!
No i jeszcze kupilam sobie samouczek z rosyjskiego, bukwy nie sa juz mi takie straszne i jak tylko uda mi sie odcyfrowac i przeczytac poszczegolne slowa, to nie moge wyjsc z podziwu, jaki to prosty jezyk (tu uwaga: wiem, ze nie jest az taki latwy, ale w porownaniu ze slowami po francusku, ktore nie kojarza sie z niczym, to rosyjski nie jest taki zly). Na przyklad:
Малина to malina (po francusku to framboise)
Вишня – to wisnia
Яблоко – jablko
Авокадо – awokado
Банан - banan
Banal, nie?
A poza tym:
To nic ze chmury
I wrzesien bury
Ratunkiem na smety
Sa przeciez weekendy!!! ;-)
Jeszcze tylko wrzesien, pazdziernik, listopad, grudzien, styczen....
I jesien tez wlasciwie nie jest taka zla...
środa, 8 września 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz