wtorek, 21 lipca 2009

Tydzien w Norwegii – dziennik podrozy

Dzien pierwszy

Przylot do Oslo (lotnisko w Gardermoen, 50 km na polnoc, dogodny dojazd do miasta pociagiem).

Zwiedzanie zaczelysmy od skansenu (Norsk Folkemuseum), zeby sie wczuc w atmosfere polnocy. Tu zobaczylysmy pierwszy Stavkirke, czyli kosciol klepkowy/slupowy wykonany bez uzycia gwozdzi (jak Swiatynia Wang w Karpaczu sprowadzona z Norwegii). Pelno bylo tubylcow w tradycyjnych strojach – mielili kawe, smazyli nalesniki, grali, tanczyli czy oprowadzali spontanicznie tworzace sie grupki turystow. Byl to naprawde bardzo dobry poczatek.

Pozniej przeszlysmy sie po miescie, ktore bylo srednio urokliwe. Kilka ciekawych rzezb i fontann, port, nowoczesna opera, kosciol sw.Olafa z mszami po polsku (ale nie udalo sie nam tam dotrzec na czas).

Nocleg w Anker Hostel (10-15 minut pieszo od dworca).

Dzien drugi
Wypozyczenie auta i przejazd do Trondheim. Postoj w Lillehammer.

Tu pojawil sie problem, bo na prostych drogach byly ograniczenia do 50 km/h, a w miastach nawet do 30. Dla nas, przyzwyczajonych do niemieckich i belgijskich autostrad, tempo z poczatku wydawalo sie bardzo slimacze (zwlaszcza ze w planie mialysmy pokonanie 500 km w jeden dzien). Pozniej sie przyzwyczailysmy i dzieki temu mialysmy mnostwo czasu na podziwianie widokow.

Zrobilysmy tylko jeden dluzszy postoj w Lillehammer, gdzie wspielysmy sie na skocznie i widzialysmy przygotowania sportowcow do kolejnego sezonu.

Pierwszy zachwyt wzbudzil w nas Park Narodowy Rondane. Do tego spotkalysmy dziesiatki owiec autostopowiczek ;-)

Po drodze widzialsmy tez liczne lokalne domki pokryte trawa. Maja one podobno wiele zalet. Zielen dachowa (cytuje za specjalistycznymi gazetami) doskonale wyglusza halas, latem chlodzi (w sloncu temperatura zwyklego dachu moze dochodzic do 80°C, a roslinnosc znacznie ogranicza nagrzewanie), zima zapewnia dodatkowa izolacje, chroni przed sniegiem i gradobiciem, pod warstwa ziemi nie wystepuja naprezenia zwiazane ze zmianami temperatur jak to ma miejsce w zwyklym dachu. A do tego jak pieknie i malowniczo wygladaja takie domki, przystanki autobusowe, a nawet kibelki !!!

Poza tym nasza uwage zwrocila jednorodnosc budynkow. Niewazne czy rodzina bogata czy biedna – wszystkie wygladaly identycznie. Tylko farba mniej lub bardziej schodzila z desek. Nie bylo zadnych domow Gargamela z dziesiatkami kiczowatych wiezyczek, przepychu i popisywania sie.

Do hostelu Trondheim Vandrerhjem Rosenborg dojechalysmy wieczorem.

Dzien trzeci
Najwieksze rozczarowanie – rybacka wioska Kristainsund.



Trondheim zwiedzilysmy w godzine.













Zaczelysmy od fortu Kristinsten, wyciagu dla rowerow, mostu Gamle Bybro (okazal sie znacznie mniej czerwony niz na fotce w przewodniku) i skonczylysmy na Katedrze, ktora jest najwieksza budowla sredniowieczna i odwiecznym celem pielgrzymek w Norwegii.

Po szybkim spacerku ruszylysmy dalej w droge i od rana moglysmy podziwiac pierwsze fiordy, czyli dlugie, waskie i krete zatoki powstale w wyniku zalania doliny lodowcowej po uprzednim stopnieniu sie wypelniajacego ja lodowca. Widoki byly oszalamiajace.

Niespodziewanie okazalo sie, ze czesc drogi, ktora chcialysmy przejechac, jest w remoncie i objazd skierowal nas malownicza trasa (patrz fotka obok) na Kristiansund, ktore zgodnie z przewodnikiem jest stara wioska rybacka i daje wyobrazenie o sposobie zycia w nadmorskim miescie 200-300 lat temu. Tymczasem wygladalo bardzo wspolczesnie, a zamiast oczekiwanych dorszy znalazlysmy tylko lekko spelunkowalata smazalnie sprzedajaca sieje z frytkami. A zanim doszlysmy do przydroznej knajpki na kawe, zamkneli ja nam przed nosem.

Pierwotny plan przewidywal nocleg w Molde. Jednak kiedy pare miesiecy temu przystapilam do rezerwowania hosteli nie wiedzialam, ze w tym czasie bedzie sie odbywal Festiwal Jazzowy i o zamieszkaniu w tym miescie mozna zapomniec. Najblizsze miejsce z dobra cena bylo ok. 50 km dalej w Sunndalsøra. Kiedys byl to hotel i aby sciagnac wiecej turystow, przystapiono do sieci HI Hostels i obnizono ceny. Warunki (swietne) i cena (niska) zupelnie do siebie nie przystaja.

Dzien czwarty
Wspinaczka na punkt widokowy Varden. Gratka dla budowniczych drog i mostow – droga Atlanycka.

Po dwoch dniach spedzonych w wiekszosci w samochodzie, zapragnelysmy blizszego kontaktu z przyroda, skierowalysmy sie do Molde (cieszace sie nieco wyolbrzymionym okresleniem Miasta Roz) i wspielysmy sie pieszo na Varden, skad widac 222 gorskie szczyty, a z drugiej strony Ocean Atlantycki z setkami wysp i wysepek. Z kazdym krokiem pogoda niestety sie psula i jak doszlysmy na szczyt to widok (ograniczony) mialysmy chyba przez minute, po czym cala okolice spowila gesta chmura i prawie stracilysmy orientacje, jak zejsc na dol.

Na pocieszenie udalysmy sie nad Ocean i przejechalysmy wybrzezem i Droga Atlantycka. Jej budowe ukonczono w 1989 roku i szybko zyskala miano 'konstrukcyjnego projektu stulecia'. Przejechalysmy zygzakowatymi mostami wte i spowrotem i zatrzymywalysmy sie chyba we wszystkich miejscach postojowych, zeby kazdy kawalek drogi dokladnie obejrzec;-)

Nocleg mialysmy w Åndalsnes Hostel. Wygladal jak farma, z nieodlaczna trawa na dachu i widokiem na Romsdalfjord. Cudnie.

Dzien piaty
W krainie trolli. Geirangerfjord.

Trolle wywodza sie z mitologii nordyckiej i w srodkowej Norwegii jest wiele odnosnikow do tych przedziwnych stworow. Najpierw zaczelismy od Sciany Trolli (Trollveggen), ktora widzialysmy tylko z dolu, a potem skierowalysmy sie na Droge Trolli (Trollstigen – dosłownie Drabina Trolli), skladajacej sie z 11 serpentyn, w wiekszosci zakrecajacych pod katem 180 stopni. Nasz kierowca spisal sie popisowo i pozniej beztrosko spacerowalysmy po szczycie robiac pelne dramatyzmu i akcji zdjecia nad przepasciami. Niestety nie udalo nam sie znalezc znaku ‘Uwaga !Tolle !’, ktory sie tam podobno znajduje (fotke obok znalazlam w internecie).

Nie ujechalysmy paru kilometrow, gdy zauwazylysmy tlumek ludzi obrzucajacy sie sniezkami. Nie moglysmy byc gorsze i po chwili w bluzkach na ramiaczka i tenisowkach slizgalysmy sie po zlodowacialym sniegu.

Nieco dalej czekala nas Droga Orlow (podobna do tej Trolli, ale mniejsza), po ktorej wsiadlysmy w prom (nie turystyczny, lecz tradycyjny, dla samochodow chcacych sie dostac na drugi brzeg – wychodzi znacznie taniej) i przeplynelysmy z Geiranger do Hellesylt przez najslynniejszy fiord (jest na liscie UNESCO). Plynac widzialysmy slynny wodospad Siedem Siostr. Po drugiej stronie splywa pojedynczy wodospad Zalotnik, zgodnie z legenda probujacy uwiesc siostry.

Nocleg mialysmy zaraz za przystania w Hellesylt. Wioska jest tak mala, ze nasz HI Hostel nie mial nawet adresu, tylko podana nazwe miejscowosci. Za to z pokoju byl widok na Geirangerfjord.

Dzien szosty
Epoka lodowcowa

Zwiedzanie zaczelysmy od spacerku do lodowca. Trasa klimatem przypomnia nieco ta do Morskiego Oka, przy czym nie ma asfaltu, a bryczki konne niedawno zastapiono zielonymi samochodzikami. My jednak dziarsko podreptalysmy, zeby jak najwiecej nawdychac sie super czytego powietrza. Jostedalsbreen to nawiekszy lodowiec w Europie. Co ciekawe, nie jest on wcale pozostaloscia ostatniej epoki lodowcowej i odradza sie od 1750 roku. Obecnie ponownie rosnie, gdyz na jego rozmiar nie wplywa temperatura, a opady sniegu, ktore w ostatnich latach sa dosc obfite. Po 45 minutowym podejsciu doszlysmy do jezora lodowca Briksdalsbreen mieniacego sie roznymi odcieniami blekitu (co ponoc wskazuje na jego niebywala czystosc).

Pod lodowcem widok byl nieprawdopdobny ! Nowa Zelandie znam tylko ze zdjec i filmu ‘Wladcy Pierscieni’, ale mialysmy chyba podobne widoki i to tak blisko. Po porannym deszczu wokolo pelno bylo drobnych chmurek nad dolinami, zielen razila po oczach, slonce grzalo, az zal, ze nie moglysmy tam zostac dluzej.

Nocleg w Bergen Montana Family & Youth hostel na wzgorzu nad miastem.

Dzien siodmy
Bergen bez samochodu.

Bergen jest miastem w ktorym pada czesciej niz w Brukseli (choc nie myslalam, ze jest to mozliwe). Morski klimat powoduje, ze leje, mzy czy siapi 250 dni w roku. Co roku w pazdzierniu w miescie odbywa sie Festiwal Deszczu!

Na jeden dzien odstawilysmy autko na parking, kupilysmy Bergen Card i ruszylysmy na spacer po muzeach. Stare rezydencje okazaly sie wtopa, Fantoft Stavkirke z 1150 spolonelo w 1992 roku i to co obejrzalysmy, bylo jego kopia, zas niewatpliwa atrakcja bylo Akwarium, gdzie doszlysmy akurat na karmienie pingwinow, fok, w miedzczasie lowilysmy kraby w basenie (ja sie generalnie brzydze dotykac i jesc te morskie zyjatka, ale zebralam w sobie cala odwage i wyciagnelam jednego skorupiaka starajac sie, zeby mnie nie dziabnal szczypcami). W klatkach byly liczne weze i krokodyle, male malpki i wlochate pajaki, a w wodzie w kolko plywaly sardynki i makrele, piranie czy rybki nemo.

Nocleg w tym samym miejscu.

Dzien osmy
Tunele i wodospady (Voringsfossen). Park narodowy Hardangervidda.
To byl kolejny ciezki dzien z ponad 500 km do przejechania w deszczu i wietrze takim, ze z trudem otwieralam drzwi od samochodu. Rozrywek dostarczaly nam jednak liczne tunele. Norwegom sie chyba nudzilo i zbudowali je w skalach w ksztalcie spiralek (widzialysmy je dokladnie na GPSie). Odwazylysmy sie wejsc tylko zobaczyc wodospad Voringsfossen, ktory splywa na 182 metrach.










Ogromnych wrazen dostarczyl nam plaskowyz Hardangervidda smagany przez wiatr (wokol drogi utkane sa setki patykow, zeby po opadach snieznych bylo widac, ktoredy przechodzi droga). Byla to jedna z najbardziej wyludnionych surowych okolic przez jakie przejezdzalysmy i tylko na jednej gorce stal samotny troll (wlazlam tam prawie na czworakch i pozujac do zdjecia musialam sie go kurczowo trzymac, zeby mnie nie zdmuchnelo). Rownolegle do drogi dla samochodow przebiegala linia kolejowa i mysle, ze podroz pociagiem rowniez musi byc spora frajda.

Nocleg mialysmy w znanym nam juz z pierwszego dnia Anker Hostel w Oslo.

Dzien dziewiaty
Przescigamy Japonczykow. Ostatni spacer po Oslo.

Niewielu jest Norwegow znanych na swiecie. Wogole Norwegow jest niewiele, bo ok 4.5 mln, czyli niemal 10 razy mniej niz Polakow. W Oslo glosno jest o dwoch.


Pierwszy to Gustav Adolf Vigeland - artysta, ktory stworzyl kompozycje ogrodowa z ponad 200 rzezb. Najpopularniejsze z nich to krzyczace dziecko i monolit z 121 postaci nagich ludzi. Prace nad kompleksem trwaly od 1907 roku do lat 40tych. Park robi wrazenie do dzis.

Z kolei w 1947 Norweg Thor Heyerdahl przeplynal z 5 osobowa zaloga na tratwie zbudowanej z drzewa balsowego czesc Oceanu Spokojnego, zeby udowodnic, ze ludzie przybyli na Polinezje z Ameryki Poludniowej. Jego wyprawom poswiecone jest muzeum w Oslo z mnostwem zdjec i statkami, ktorymi podrozowal. Naprawde warto tam zajrzec. Heyerdahl oprocz zadzy przygod mial wiele innych zalet i talentow – mozna bylo obejrzec wspaniale notatki i rysunki z podrozy, jego ksiazki tlumaczono na 70 jezykow (w tym polski), a film z wyprawy Kon Tiki zostal nagrodzony Oscarem w 1952 roku w kategorii najlepszy film dokumentalny.

Nastepnym razem pojde jeszcze do muzeum Muncha. Ale ‘Krzyku’ wykradac nie bede ;-)


Ciekawostki z podrozy :
• Na kazdym kroku spotykalysmy Polakow. Pracuja np.w recepcji hostelu w Oslo, w budce z pamiatkami na szczycie Drogi Trolli, polach truskawkowych i jako kierowcy autobusow w Bergen. Mam wrazenie, ze przez ten tydzien spotkalam wiecej rodakow niz Norwegow.
• Najbardziej nas zaskoczyla cena… wody. Butelka pol litra w restauracji kosztuje 20 zl.
• Lacznie przejechalysmy niecale 2500 km (tym wolnym tempem). Koszt wynajmu samochodu (na tydzien), benzyny i promow/platnych drog to +/- 1000 eur. Drugie tyle wyniosly nas wszystkie noclegi (za 4 osoby).
• Nie wstawalysmy co prawda nigdy o swicie (w Trondheim slonce wschodzi o 4:45), ale do zachodu tez nam sie nie udawalo dotrwac (po polnocy). Niemniej jednak pobudka ok.7 rano byla norma i codziennoscia. Inaczej nie udaloby sie nam tego wszystkiego zobaczyc.


Wnioski na przyszlosc :
• Miasta nalezy omijac szerokim lukiem. W Norwegi urzeka glownie przyroda (wlasciwie to powala z zachwytu), a zwiedzanie miast bylo strata czasu. Moze za wyjatkiem Bergen, ale tam mialysmy szczescie, ze akurat nie padalo – w przeciwnym przypadku zmienilabym zdanie.
• Nie szkodzi zabrac ze soba troche jedzenia. W wiekszosci schronisk byla kuchnia, gdzie turysci gotowali pelne obiady z ziemniakami i mieskiem/rybami. Moze nie ma co popadac w skrajnosc, ale kabanosy i polskie slodycze pozwolily nam co nieco zaoszczedzic. Troche za pozno odkrylysmy siec Peppe Pizza, gdzie jedna wielka pizza i salatka wystarcza na 4 osoby.

A co jeszcze bym kiedys chciala zobaczyc w Norwegii ?
• Kolo podbiegunowe, najchetniej w czerwcu, kiedy slonce nie chowa sie za horyzontem

• Polacy maja swojego Pana Tadeusza, Norwegowie - Peer Gynt’a (to tytul dramatu Ibsena i suit Griega – kluczowych artystow polnocy). Ksiazke chce sobie kupic przy najblizszej wizycie w Polsce, a ‘Poranka’ Griega juz od jakiegos czasu ucze sie grac na pianinie. Tymczasem w Rondane mozna sie udac na szlak Peer Gynta. Wnioskujac po wygladzie okolicy, musi to byc piekna wycieczka.
• Poludnie Norwegii – na fotkach wyglada rowniez bardzo urokliwie, a dodatkowa zaleta jest brak koniecznosci pokonywania tak dlugich dystansow.

2 komentarze:

http://privatephotoblogofps.blogspot.com/ pisze...

Bardzo dobrze napisany dziennik. Konkretnie, ciekawie i rzeczowo. I gratuluje odwiedzonych miejsc i "zobaczonych" widokow. W zasadzie zobaczylyscie znakomita wiekszosc tego co powinno sie zobaczyc, jako turysta w Norwegii. Zdecydowanie polecam jeszcze Lofoty, Nord Kapp, a z poludnia podroz z Bergen wzdluz Hardangerfjorden, Sorfjorden (z zaliczeniem Sommerskisenter na lodowcu Folgefonna) do Stavanger. Ale te odleglosci....
Pozdrawiam.

Pawel

Aga pisze...

Najbardziej mnie ciagna Lofoty i Kolo Podbiegunowe. Zobaczymy...

A swoja droga, swietne zdjecia na blogu http://privatephotoblogofps.blogspot.com/