My dzis po mszy mielismy spotkanie oplatkowe. Chor tradycyjnie spiewal pomimo braku naszej dyrygentki, jak skonczylismy to zabraklo talerzykow, wiec do jedznia zostaly nam tylko rzeczy, ktore sie da wziac w reke (glownie ciasta). Skoro nie rozpraszaly nas rozne przysmaki, nasza uwage zwrocila ilosc malych dzieci i kobiet w ciazy miedzy nami. Az sie smialismy, ze mozna by napisac niezla prace doktorska na temat 'Wplyw spiewu choralnego na rozrodczosc par znajdujacych sie na emigracji' (bo chorzysci wioda prym w dbaniu o ciagla podaz naszych nastepcow). Baaa, nawet model ekonometryczny mozna by sporzadzic, bo statystyki sa nieublagalne - na poczatek Nowego Roku spodziewamy sie trojki malych dzieciatek.
Po poludniu wybralam sie na spacer po miescie i przy okazji ponownie obejrzalam zlobki w Katedrze. Najbardziej mi sie podobal japonski - sam zlobek z Jezusem, za nim biala plachta ze szkicami Maryi i Jozefa, podswietlona od tylu i lekko bujajaca sie (co sprawialo wrazenie, ze postacie przyblizaja sie i oddalaja od zlobka). Z Polski reprezentowalo nas Opole - wystawilo szereg wyrzezbionych w drewnie i kolorowo pomalowanych postaci.
Natomiast najciekawszy zlobek pochodzi z Hiszpanii, typowe pueblo z mnostwem postaci, domkow, zwierzat (m.in. z kurami - Hiszpanie wierza, ze to kogut pierwszy zaanonsowal calemu swiatu swoim pianiem narodziny Jezusa). Kolega Meksykanin opowiadal, ze jak byl maly, to takie zlobki ustawiano w domu i kiedy zrobil dobry uczynek, to posuwal swoja figurke blizej stajenki, jak nic nie zrobil - stal w miejscu, a jak narozrabial to musial sie cofnac.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz