W sobote bylismy na bardzo udanym przedstawieniu ‘Skrzypka na dachu’. Trojka moich znajomych grala, a ja organizowalam 23 osobowa grupe widzow (24ty kolega zglosil chec dolaczenia jak juz zrobilam rezerwacje, wiec bilet musial kupowac sam). Oczywiscie oprocz nas byl jeszcze caly teatr innych milosnikow musicali. Jedna osoba z mojej ekipy zapomniala biletu (ale wytlumaczyla, ze jestesmy grupa i i tak go wpuscili), dwie wyszly w przerwie, bo myslaly, ze to koniec, inna przyszla dopiero na drugi akt, bo pomylila godziny. W grupie mialam 2 osoby, ktore przyjechaly specjalnie z Luksemburga i kolege z Wloch, ktory przylecial odwiedzic zone i na ‘Skrzypka’ zalapal sie przy okazji. Inny kolega ubral sie niczym Village Man z przedstawienia i zanim usiadl dokladnie wszystko obszedl (zartujemy, ze chcial sie niepostrzerzenie dostac na podium, ale nie przewidzial, ze miedzy scena a widownia jest dziura dla orkiestry i jest troche trudniej przejsc). Generalnie atmosfera wycieczki szkolnej, ale wyjscie bardzo udane, zwlaszcza, ze skonczylo sie swietna kolacja w Carpe Diem (komentarz kolegi: ‘Ojej, jak tu elegancko. Czuje sie, jak u siebie w domu’). Omawialismy sposoby chronienia sie przed kryzysem finansowym (tenze kolega we wrzesniu oplacil czynsz za mieszkanie na kilka miesiecy z gory, a teraz co moze trzyma na tzw.protonie, czyli w elektronicznej portmonetce, twierdzac, ze nawet jak bank padnie, to jemu te pieniadze zostana), problemy z nazwiskami (wspominalismy m.in.stara historie, jak to kolezance w windzie w drodze do kantyny kiedys przedstawil sie facet Bernard Petit; ona nie doslyszala, reke podala i odpowiedziala: 'Bon appétit') i wiele innych problemow, po ktorych nas brzuchy bolaly ze smiechu (i, co niektorych, z przejedzenia).
A w niedziele spadl snieg. I to taki prawdziwy! Kto mogl chwycil za aparaty, bo nastepne takie opady w Brukseli moga byc za rok albo jeszcze pozniej (kilka zdjec znajomych tu potajemnie wykorzystuje).
Ja w najwieksza sniezyce dzielnie zasuwalam na probe – miala byc super wazna, ale dotarla tylko jakas 1/3 aktorow (za kare teraz co dzien mamy proby). Zima w Brukseli bezdyskusyjnie zaskoczyla drogowcow - jak sypalo, to ulice byly calkiem puste, a wracajac do domu widzialam rozwalony autobus, ktory najprawdopodobniej wpadl w poslizg (snieg juz wtedy topnial).
W tej zimowej aurze zaczynamy myslec o swietach. Okazuje sie, ze sporo osob jest zmuszonych zostac w BXLi (np. maz kolezanki pracuje i w wigilie i w sylwestra). W dodatku bilety na samolot robia sie strasznie drogie (dobrze, ze bilet na Wielkanoc kupilam we wrzesniu, bo teraz ponoc juz tez sa astronomiczne ceny). Smiejemy sie, ze jeszcze troche a skonczy sie to rozjezdzanie i bedzimy kiblowac w Brukselce, chyba ze porwiemy jakis autobus, zeby nas zawiozl - w kominiarkach na glowie moglybysmy sterroryzowac meza-kierowce naszej kolezanki i po 15tu godzinach na STIBowskich siedzeniach bylibysmy w Polsce za bezcen. Inna kolezanka slusznie zauwazyla, ze jakby zadbac o odpowiednia muzyke czy zabrac pana z harmioszka, to nawet niezla impreza by z tego wyszla ;-)
A teraz ide na probe. Dzis dostalismy ostateczny scenariusz. Produkujemy sie w najblizsza sobote!!!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz