wtorek, 11 stycznia 2011

Muzykoterapia

Gdzie uslyszysz spiew, tam wchodz, tam dobre serca maja. 
Zli ludzie, wierzaj mi, ci nigdy nie spiewaja!

Okazalo sie, ze jest mnostwo przepieknych polskich koled, ktorych nigdy nie slyszalam. W zeszly czwartek mielismy choralne spiewanki trzejkrolowe i szybko sie zorientowalismy, ze to co my znamy, to tylko kropla w morzu wspanialych utworow bozonarodzeniowych. Przy gitarze nucilo sie swietnie, niesmialo wtorujac nawet mimo mojego permanentnego stanu przeziebienia, z ktorym sie mecze od miesiaca i wydawalam z siebie dzwieki o niezamierzonej wysokosci i brzmieniu, mocno rezonujace w zatokach przynosowych. I choc na koniec juz generalnie stracilam glos, to muzykoterapia na ducha umeczonego noworocznym powrotem do pracy dzialala doskonale (a i cialo sie wmocnilo, bo katar dal sie ladnie opanowac - odkrylam swietne krople Rhinospray).

Z ciekawostek - znacie dodatkowa zwrotke 'Pojdzmy wszyscy do stajenki'? Zaserwowal nam je jeden z zaproszonych Ojcow, z zaznaczeniem, zebysmy raczej ich nie dodawali do repertuaru podczas mszy, a zostawili sobie na podobne spiewne wieczorki. Przeczytajcie nucac melodie koledy:

Zostań Jezu mym braciszkiem.
Podzielę się z Tobą wszystkim.
Dam Ci swoje klocki lego,
dam Ci misia pluszowego.

A to jedna z koled, ktorej sie ostatnio nauczylam:




Teraz juz sie zajelam planowaniem weekendow, wakacji, pieciolatki (wkrotce mam rocznice przyjazdu do BXLi), zaczynamy solfez i spiewy choralne, powrocilam do wieczorkow kinowych, wdrozylam w zycie plan spotkan (z jedna znajoma smiejemy sie, ze wyrobilysmy juz roczna norme, bo w ostatni weekend bylam u niej 3 razy i ona raz u mnie), szykuje sie do testow w francuskiego i niderlandzkiego i znowu duzo sie dzieje.

Jedyne czego zaluje, to fakt, ze nie udalo mi sie wybrac na koncert WOSP, ktory po raz pierwszy organizowano w Brukseli - w Belgii zebrano ponoc lacznie 45 tys.euro!!! A w dodatku srodki maja byc przekazane na dzieci z chorobami nefrologicznymi, czyli tymi, o ktorych wiem najwiecej...

A skoro znowu zeszlam na temat zdrowia, po smierci Krzysztofa Kolbergera (7 stycznia) siegnelam po raz kolejny po ksiazke Szymona Holowni 'Ludzie na walizkach' do wywiadu z aktorem (chorym od 20 lat na nowotwor trzustki z przerzutami na nerki). Rozmowa, przeprowadzona przed kilku laty (tom wydano w 2009 roku) konczy sie odpowiedzia na pytanie, na co czeka:

Na Euro 2012 (śmiech). Cieszyłem się jak dziecko, gdy gruchnęła wieść, że będziemy to robić. Wróżka przepowiedziała mi kiedyś, że umrę, mając 61 lat, a więc w 2011 roku. Może uda mi się oszukać los i doczekać tych stadionów, dróg, pięknych domów.

Niech pan spojrzy za okno. Co pan widzi? Czternaste piętro, po lewej warszawskie wieżowce, po prawej Powązki. To właśnie jest moje życie - między metropolią i nekropolią (śmiech). A tutaj, widzi pan ten neon? On codziennie przypomina mi, że muszę żyć. To reklama banku, w którym spłacam kredyt.

Szkoda, ze nie podano szczegolow skad jest ta wrozka ;-)

Ja Kolbergera widzialam na goscinnych wystepach na deskach lodzkiego teatru w sztuce 'Kocham O'Keeffe'. Byl rewelacyjny!

W wywiadzie zas powtarzal, ze teatr byl najlepsza terapia na wszelkie bolaczki. Zapis rozmowy jest w necie na stronie:

http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/spoleczenstwo/ludzie-wierza--ja-czekam,10616,1

Brak komentarzy: