czwartek, 20 stycznia 2011

Ucz sie ucz...

Ostatnio z pewna satysfakcja zauwazylam, ze ja juz wlasciwie nie musze sie uczyc niczego, na co nie mialabym ochoty. Bo niderlandzki (gdzie co tydzien konkurujemy w quizach), lekcje muzyki (wczoraj mielismy dyskusje o tym, jak Pitagoras - ten od a^2 + b^2 = c^2\! - stworzyl system kwintowy i pojecie harmonii) i konwersacje z francuskiego (jutro), to przyjemnosc, a nie nauka. Po glowie mi chodzi, ze chetnie doinformowalabym sie np.z historii sztuki (sa rozne spotkania organizowane przez domy kultury), ale poki co zostawiam to sobie na blizej nieokreslona przyszlosc.

Wczoraj  ukonczylam ostatni, szosty poziom francuskiego i udowodnilam, ze przyjety na kursach system testowego oceniania pozostawia bardzo wiele do zyczenia, bo choc moja znajomosc jezyka uwazam wciaz za marna (biernie rozumiem go nienajgorzej, ale odpowiadam po angielsku), na egzaminie mialam 86% poprawnych odpowiedzi (w tym 100% z analizy tekstu czytanego, w ktorym jednego artykulu nie kumalam ni w zab, ale wylapujac kluczowe zdania udzielilam 10 na 10 poprawnych odpowiedzi na zadane pytania). Fakt, ze przygotowujac sie w ogolniaku do angielskich certyfikatow przeszlam fenomenalny trening z rozwiazywania setek testow, co teraz dziwnie procentuje i na sprawdzianach osiagam dobre wyniki opierajac sie nie tyle na wiedzy, co na... intuicji (choc hitem jest moj ostatni egzamin z trzeciego roku niderlandzkiego, na ktorym osiagnelam wynik 98% ;-).

 
Teraz mam przygotowac plan szkolen na wlasnie zaczynajacy sie rok (z zalozenia cos powinnismy sobie wybrac). No i patrze na liste i nic mnie nie przekonuje. Uzywane przeze mnie systemy znam i wiedze poglebiam empirycznie, a o nieuzywanych nie ma sensu sie uczyc, bo i tak zapomne. Kursy pisania mailii czy liczenia w excelu wprowadzaja mnie w czarna rozpacz i uwazam je za karygodna strate czasu. W ofercie mamy tez treningi asertywnosci czy zarzadzania czasem, ale nie wyobrazam sobie, zeby moj grafik i upor dalo sie jeszcze bardziej zoptymalizowac. Poradzilam sie znajomych, co mam wybrac i od paru osob dostalam bardzo interesujace porady:  friskis, plywanie, taniec czy zajecia rysunku klasycznego. Niestety nie znajdzie to uznania w oczach mojej szefowej...


W zeszlym roku uratowalo mnie szkolenie z pierwszej pomocy, w tym wymyslilam, ze dodatkowo moglabym zostac strazakiem, ale pechowo nie oglaszaja naboru. I tak moja teoria o uczeniu sie samych interesujacych rzeczy umiera w starciu z rzeczywistoscia...

PS Swoja droga, po dluzszym zastanowieniu, przypomnialam sobie, ze jeden z kursow, ktore przeszlam w zeszlym roku, nomen omen z ksiegowosci, pozornie nudnej, acz zaprezentowanej w bardzo ciekawy sposob, prowadzil koles, ktory nam sie przedstawil jako Harry Potter. A ja sie powinnam podszkolic z zasad uzywania przecinkow w jezyku polskim, bo juz troche zglupialam przy tym poprzednim zdaniu.

2 komentarze:

belgia od kuchni pisze...

Zawsze mozesz zapisac sie na kursy gotowania dla epsek... ;)

Aga pisze...

Widze, ze mam nowa czyteliczke - akurat jak zamykam bloga ;-)

Z gotowaniem jest problem, bo konsekwentnie nie trzymam sie przepisow i w kuchni najbardziej podoba mi sie udawanie czarownicy, ktora miesza i wciaz cos dosypuje. Nie poddaje sie pod zadne szkolenie.