Pobyt w Polsce jak zwykle minal mi bardzo szybko, przyjemnosci mieszaly sie z obowiazkami, a lenistwo w fotelu z ksiazka ('Anna Karenina' Tolstoja po polsku na przemian z Houellebecq'iem po francusku) przeplatalam udzielaniem sie towarzysko.
Niestety kaszel sprawil, ze po raz pierwszy od wielu lat nie dotarlam na pasterke, a gololedz narazala nas na niezwykle wygibasy, bo ledwo mozna bylo pod gorke wyjsc z podworka na oblodzona szose. W dodatku oddalam moj aparat do naprawy i na najblizsze miesiace az do kolejnej wizyty w Polsce musi mi starczyc ten w komorce.
Udalo mi sie jednak spotkac mnostwo znajomych i krewnych, choc jak bumerang w rozmowach wracaly problemy, a to z praca, a to ze zdrowiem, a to generalnie aura nie sprzyja. Na szczescie gdzies w tym wszystkim zachowalo sie poczucie humoru i zasmiewalismy sie z meza kolezanki, ktory krople na zapalenie spojowek pomylil z kroplami do ucha dla kota (szczypalo ponoc okrutnie), z pierogow z serem doprawionych proszkiem do pieczenia zamiast wanilii czy z posolonego kompotu. Ja gubilam sie namietnie, mylilam tramwaje (16tka zamiast 6tki), kwitlam na przystankach, po Lodzi wedrowalam z mapa albo dzwonilam po pomoc, ktory, do krocset, blok jest tym, do ktorego mam wejsc, bo wszystkie dokola wygladaja identycznie ;-)
No i przede wszystkim mialam okazje troche odpoczac i poleniuchowac. W ramach prezentu gwiazdkowego dostalam tomik wierszy mojego bylego 11-letniego wakacyjnego prawie-sasiada z dedykacja, a z 7-letnia byla prawie-sasiadka tworzac cos na wzor krotkiej tasmy produkcyjnej wyrobilysmy kolejna ogromna porcje piernikow z przeznaczeniem czysto konsumpcyjnym (te brukselskie byly dla ducha, a justynowskie - dla ciala). W dodatku prace (ja je packalam lukrem i czekolada, a moja towarzyszka obficie zasypywala je roznokolorowymi posypkami i srebrymi kuleczkami) umilalysmy sobie przyjemna rozmowa:
- Aga, jak myslisz, czy moglabym wystartowac w konkursie na dekorowanie piernikow?
- Na pewno bys mogla.
- I mialabym szanse na pierwsze miejsce?
- No tego nie wiem.
- Ale jakbym nie wygrala, to tez by bylo dobrze. Bo wiesz, w grze chodzi o to, zeby dobrze grac. A nie wygrac. Ktos przeciez tez musi zajac ostatnie miejsce...
My na szczescie bylysmy bezkonkurencyjne ;-) A nastepnym razem mam w planie sprobowac zrobic biale rudolfy ;-)
Objadlam sie tez mnostwa innych swiatecznych pysznosci (makielki, makowce, serniki, pozniej tatar, bigosik itp), poprobowalam kilka nowosci (pierogi ze sledziem czy nalewki) i tylko pogoda (slizgawki i zamiecie) nie do konca sprzyjala spacerom i gubieniu kalorii (to zostawiam sobie na Bruksele od poniedzialku).
Z reguly nie robie postanowien noworocznych, ale tym razem zanosi sie na wyjatek vel poczatek nowej tradycji. W zamysle mam 3 pomysly:
- zapisac sie do biblioteki publicznej De Munt, skad oprocz ksiazek mozna wypozyczac plyty i filmy - jest to szansa na zachowanie jakiejs pustej przestrzeni w mieszkaniu, bo z moim tempem kupowania ksiazek niedlugo ono samo zamieniloby sie w biblioteke
- nauczyc sie szydelkowac. Znalazlam nawet internetowy poradnik dla poczatkujacych: http://www.kuradomowa.com/zrobtosama/robotki_szydelkowe_podstwy_techniki.shtml. Moja praprababcia byla mistrzynia szydelkowania i do dzis mamy jej serwetki i misterne bordiury na chusteczkach. Prababcia bardziej upodobala sobie druty i robienie welnianych skarpet, babcia dziergala przepiekne swetry, pozniej tradycja umarla i zobaczymy, czy w genach przenioslam jakies umiejetnosci (bo upodobania do frywolitek mam od dawna i nawet dostalam teraz dzwoneczek, kwiatek, gwiazdke i aniolka od znajomej mojej Mamy i zabieram ze soba do powieszenia na lampie - kolo bombki z napisem Polska, szklanych motylkow i kanadyjskiego lapacza snow). Zreszta nawet moj Tata przyznal sie do popelnienia kilku chusteczkowych obwodek. W kazdym razie juz teraz w 'spadku po dziadku' zostalam wyposazona w ekwipunek do szydelkowania, wywoze go do Brukseli i zobaczymy czy cos mi z tego wyjdzie (osobiscie z moim wzrokiem zle rokuje, ale sie nie dowiem, poki nie sprobuje).
- przynajmniej do wiosny, kiedy znowu mnie pewnie zacznie gonic w nature, pola, lasy, mam nadzieje znalezc troche czasu na spokojne spotkania z brukselskimi znajomymi. Bo mysle, ze ostatnie miesiace troche mi przelecialy nie-wiadomo-gdzie. Poki co z (pod)lodzka ekipa zaleglosci mam nadrobione. Poza tym zglaszaja mi sie kolejni goscie, a w glowie wykluwaja mi sie nowe pomysly.
A zeby uczynic zadosc noworocznym klimatom, zycze wszystkim, zeby mogli robic i realizowac to, co lubia lub czego pragna najbardziej.
Pieknego roku 2011!!!
(i choc nie zawsze jest rozowo i nie zawsze sie wygrywa, zebysmy umieli dostrzegac te pozytywne strony - patrz filmik ponizej)
PS A podsumowanie roku 2010 wypada mi niemal jak reklama korporacji transnarodowej: Amsterdam - Paryz - Toronto - Nowy York - Moskwa - Londyn ;-) W 2011 przydaloby sie zamienic metropolie na piekno przyrody i duzo swiezego powietrza!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz