Tak sie troche opuscilam w pisaniu, bo cala energie i kreatywnosc kieruje gdzie indziej. To juz niemal tradycja, ze jak tylko uporam sie z egzaminami z jezykow, kiedy od czasu do czasu zza gestych chmur wyjrzy slonce i powieje cieply wiatr, zaczynam zerkac na przewodniki, mapy i powoli w glowie wykluwaja mi sie kolejne plany wakacyjno-wyjazdowe. A to wpadnie w oko jakies stare zdjecie, a to ktos napomknie, ze moze warto by powtorzyc wycieczke na Texel (gdzie po 3 dniach wypoczelismy tak, jak na 2tygodniowym urlopie), a inni znajda tanszy bilet w jakies odlegle miejsce. I zaczynam studiowac kalendarz w poszukiwaniu dlugich weekendow i licze dni urlopu, ile ich moge na co poswiecic. Potem rzucam haslo wsrod znajomych czy rodziny, zbieram chetnych i zaczyna sie dopracowywanie pomyslu - zagrzebuje sie w ksiazkach, atlasach, internecie, szukam ciekawostek, noclegow, wytyczam trasy itp. I musze przyznac, ze to UWIELBIAM!!! Czasem sie zastanawiam, czy bardziej lubie planowac czy pozniej to realizowac ;-)
Moja inwencja tworcza niestety jest mocno ograniczona przez zdecydowanie za mala liczbe wiosenno-letnich tygodni w roku. Poki co mam zaklepane kilka wizyt, narty za 2 tygodnie, pomysl na podroz, ktora mi zezre wiekszosc urlopu, bieg na 20 km, jeden dlugi i jeden krotki weekend. A to dopiero styczen...
sobota, 23 stycznia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz