Nie mam az takich zdolnosci podpatrywania okolicy i pstrykania pieknych zdjec, jakie z przyjemnoscia ogladam sobie od czasu do czasu na blogu Patrycji Todo, nomen omen tez mieszkanki regionu Rhône-Alpes
http://mafrance.blox.pl/2009/09/Akordeon-czyli-na-czym-gra-Lyon.html
czy
http://mafrance.blox.pl/2006/10/Raz-na-moscie-raz-pod-mostem.html
czy
http://mafrance.blox.pl/2009/04/Lionskie-powroty.html
http://mafrance.blox.pl/2009/09/Akordeon-czyli-na-czym-gra-Lyon.html
czy
http://mafrance.blox.pl/2006/10/Raz-na-moscie-raz-pod-mostem.html
czy
http://mafrance.blox.pl/2009/04/Lionskie-powroty.html
Ale w Lyonie brak pomyslowosci nadrabia okolica - liczne mosty, barwne kamienice ustawione jak akordeony po obu stronach rzeki, place i palacyki, traboule, czyli waskie przejscia miedzy budynkami i piekne freski pojawiajace sie znienacka w roznych czesciach miasta. W dodatku wszystko jest czyste, lsniace, zadbane i nawet jak okolica nie jest skapana w promieniach slonca (akurat mialysmy 'okazje' zobaczyc miasto w pochmurnej odslonie), to i tak przy blizszym poznaniu robi bardzo dobre wrazenie.
Jest to tez miasto, w ktorym wybitnie mozna dbac o forme. Zwiedzanie warto zaczac od wzgorza Fourviere, na ktore prowadzi podobno 560 stopni (nie liczylam, ale jestem sklonna sie zgodzic). Tam, w katedrze sw. Jana, mialysmy niespodzianke w postaci obrazu Matki Boskiej Czestochowskiej, ladnie wyeksponowanego, podarowanego Lyonczykom przez Polakow.
W dzielnicy Croix-Rousse czekalo na nas jeszcze wiecej schodow, schodkow, waskich pochylych przejsc i nawet metro jedzie pod bardzo duzym nachyleniem (o polnocy zrezygnowalysmy z dalszego wedrowania i zamiast schodzic po ciemnych zaulkach postanowilysmy sprawdzic, jak na takim stromym terenie radzi sobie komunikacja miejska - wrazenia niczym w wesolym miasteczku!).
Moja druga pasja byly freski, malowane w roznych czesciach miasta od 30 lat przez grupe Cité de la Création. Miedzy innymi przy rue de la Martinier i quai de la Pecherie znajduje sie La fresque des lyonnais - upamietniajacy wielu wybitnych mieszkancow miasta - np. Malego Ksiecia ;-) Drugi - Le mur des canuts - widzialysmy w srodku nocy, bo nie moglam sie pogodzic z mysla, ze wyjade z miasta nie widzac malowidla, ktory co rusz wpadal mi w oko na pamiatkowych pocztowkach. Mam teraz mase zdjec jak wchodze w interakcje z bohaterami malunkow ;-)
I po trzecie - francuskie jedzenie!!! Nawet wchodzac po tych wszystkich schodkach nie mialam szans stracic tysiecy kalorii, ktore pochlonelam przez kilka dni. Jedno co mi zdecydowanie nie smakowalo, to glowny przysmak deserowy lyonczykow w postaci tarte/brioche aux pralines
Slowem - pyszne krociutkie wakacje! Plus cudne widoki. Plus troche kultury (w Lyonskiej operze bylam na 'Mazepie'). W takich okolicznosciach nawet chmury nam nie przeszkadzaly. A wrocilam prosto na egzamin z niderlandzkiego. Tam jedno z pytan dotyczylo okreslenia, kim sa Bourgondiërs (dla niewtajemniczonych - amatorzy dobrego jedzenia i picia, przeciwienstwo: 'Hollandse calvinisten'). Jak to kim sa? To my we Francji ;-)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz