Poza przeziebieniem (po prawie pieciu latach w wilgotnej Brukseli klimat kontynentalny z suchym rzeskim powietrzem, temperaturami kolo zera w nocy i pieknym sloncem w dzien najwyrazniej mi nie sluzy), wyjazd udal sie wspaniale! Moskwa miejscami jest miastem 'jak z bajki', mimo ze czesto przypominala nam Polske, szara i kolorowa, czysta, przestrzenna, choc pelna ludzi i samochodow, oplywajaca w luksusy, choc widac, ze wielu mieszkancow ledwie wiaze koniec z koncem. Slowem - doskonaly i bardzo ciekawy wybor na dlugi weekend!!!
Lot trwal 3,5 godziny i przy dwugodzinnej zmianie strefy czasowej prawie caly czwartek nam minal na podroz. Ale dokonalismy wielu interesujacych spostrzezen. Na przyklad jadac pociagiem z lotniska Domodjedowo na dworzec Pawelecki nie moglam sie oprzec wrazeniu, ze krajobraz jest mi znany od lat i do zludzenia przypominal trase Warszawa - Lodz. Podobne nasypy wzdluz torow, lasy brzozowe lsniace sie wszystkimi odcieniami zolci i brazow, zza ktorych im blizej miasta, tym bardziej wyraznie zarysowywaly sie bryly blokow mieszkalnych. W pewnej chwili wrecz sie czulam na Lodz Niciarniana. Za to jak tylko dotarlismy na miejsce i rozejrzalam sie dokola, to stwierdzilam, ze okolica wyglada wypisz wymaluj jak dworzec Lodz Fabryczna kilkanascie lat temu. Kioski z mydlem i powidlem, smutni, przemeczeni ludzie spieszacy na pociag i nieduza cerkiew w poblizu. Za to przejscia podziemne to juz wierna kopia warszawskiego Dworca Centralnego ;-) Tylko bukwy zamiast naszego alfabetu.
Pierwszego dnia niewiele udalo nam sie zobaczyc, za to dlugo szukalismy jakiejs restauracji z lokalnym jedzeniem, ktorego sie nie uswiadczy w tejze czesci miasta. Jedyny wybor jaki mielismy to La Pizza czy sushi ;-) Na dobre zakonczenie wieczoru poszlismy do Swiss Hotel na drinki z przepieknym 360 stopniowym widokiem na miasto noca, a znajomy Irlandzczyk udzielil nam mnostwa porad i podzielil sie swoimi wrazeniami po kilku latach spedzonych w Moskwie.
W piatek przystapilismy do zwiedzania. Najpierw zjedlismy sniadanie w 'tradycyjnej rosyjskiej kawiarni' o nazwie... Starbucks ;-) Potem powedrowalismy ku Nowej Galerii Trietiakowskiej i Cmenatrzysku Obalonych Pominkow (o tym drugim miejscu jeszcze osobno napisze). Nastepny w kolejnosci byl nowo odbudowany Sobor Chrystusa Zbawiciela, Park Gogolewski (z pomnikiem laureta nagrody Nobla Michaila Szolochowa), Arbat (z pomnikiem Okudzawy w nonszalanckiej pozie, sklepami z matrioszkami i domem Puszkina), kilka siostr Stalina przypominajacych nasz Palac Kultury, Patriarsze Prudy i muzeum Bulhakowa. I kolacja, tym razem z trojka Rosjan, z ktorymi komunikowalismy sie w trzech jezykach: po polsku, rosyjsku i angielsku.
Na sobote zostawilismy sobie najwazniejsze zabytki. Skoro swit podjechalismy pod Mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym. W okolicy zaczal sie zbierac tlum gapiow, przy czym my bylimy pierwsi, wybila 10ta, a tu nic. Nagle jeden ze straznikow z niewinna mina zapytal: 'Wy czekacie na otwarcie? To tam jest kolejka' i machnal reka na grupke ludzi ustawionych kilkaset metrow dalej. No i caly tlum sprintem pobiegl, w efekcie na nic sie zdala wczesna pobudka, bo przed nami i tak byla godzina stania i czekania na swoja kolej (a w rekach dzierzylismy kubki obrzydliwej kawy z McDonalda w ramach sniadania, na ktore juz zabraklo czasu). Po kilkudziesieciu minutach oczekiwan, zdeponowaniu bagazy, telefonow i aparatow, nadszedl ten wyczekiwany przez nas moment, weszlismy do mauzoleum, w ktorym nic nie bylo widac po palacym sloncu, na ktore napatrzylismy sie na zewnatrz. Najpierw po omacku przedreptalismy paroma korytarzami, bacznie obserowani przez sztywnych zolnierzy i na koniec przez okolo 20 sekund, idac wolnym krokiem na przod, moglismy sobie zerknac na Lenina wygladajacego jak woskowy manekin w szklanej trumnie, niczym Krolewna Sniezka. I tyle. Za budynkiem przeszlismy jeszcze wzdluz grobow Stalina, Brezeniewa, Gagarina i innych osobliwie zasluzonych. Przy kazdym z nich wetknieta byla wiazka sztucznych czerwonych gozdzikow.
Spory niedosyt po wizycie wynagrodzil nam za to znajdujacy sie naprzeciw ponad stuletni dom handlowy GUM i bajkowy Sobor Wasyla Blogoslawionego z 1552 roku (zgodnie z legenda jego tworce po budowie oslepiono, zeby nie mogl juz stworzyc niczego piekniejszego). Przed nim stoi pomnik rzeznika Kuzmy Minina i kniazia Dymitra Pozarskiego, upamietniajacy wspolorganizatorow i dowodcow oddzialow, ktore w 1612 roku wyrzucily z Kremla okupujacych go Polakow. Po obiedzie szybciutko 'zaliczylismy' Kreml, przeszlismy kolo Teatru Bloszoj, hotelu Metropol, dawnej siedziby dowodztwa KGB na placu Lubianka, Muzeum Sztuki Wspolczesnej z pomnikiem Luzkowa przy wejsciu, az do Nowaja Opera, gdzie zostalismy na 'Demonie'.W niedziele mielismy plan udac sie na Plac Czerwony i sfotografowac sie tam 10.10.10 o 10.10 pod Brama Spasska, ale lenistwo wygralo (godzina 10ta w Moskwie, to 8 naszego czasu i jak sobie wyliczylismy, o ktorej musielibysmy wstac, entuzjazm blyskawicznie sie z nas ulotnil). Za to poszlismy na hotelowe sniadanie ze sledziami, cieplymi kielbaskami, pieczonymi ziemniakami z bekonem plus oczywiscie muesli i croissanty. Nastepnie pojechalismy na wycieczke metrem, z przystankami na niemal kazdej stacji, a na koniec zobaczylismy Monaster Nowodiewiczy, zalozony w 1524 roku na pamiatke odebrania Smolenska z rak Litwinow. I weekend sie skonczyl.
Z kwestii organizacyjnych:
- mieszkalismy w nowo otwartym hotelu Ibis, doskonale usytuowanym 10 minut pieszo od metra czy Dworca Paweleckiego, na ktory dojezdza sie pociagiem z lotniska.
- tradycyjnej rosyjskiej kuchni mozna sprobowac w bardzo fajnej sieci restauracji Ёлки-палки (jolki palki) - polecam zwlaszcza zupe solanke z roznymi kawalkami miesa, pielmieni (rodzaj nalesnikow) z miesem czy grzybami i wareniki z kartoszka, czyli odpowiednik naszych ruskich pierogow. I do tego koniecznie kwas do popicia!!! Zas nazwa sieci, doslownie: choinki - kijki, to rodzaj lagodnego przeklenstwa po rosyjsku, cos w rodzaju naszego 'kurcze blade' ;-)
- najlepszy kurs wymiany euro na ruble byl na Arbacie i przy metrze Majakowskaja
- bilet do opery, z calkiem dobrymi miejscowkami, kosztowal nas 200 rubli (5 eur) od osoby. W identycznej cenie w przerwie sprzedaja malutkie kanapki z lososiem lub kawiorem.
Na nastepna wizyte w Moskwie zostaly mi:
- Orunzejna Palata na Kremlu
- podobno bardzo malownicza wycieczka statkiem po rzece Moskwa
- Galeria Trietiakowska lub Muzeum Sztuk Pieknych im.Puszkina
I generalnie Rosja bardzo mi sie spodobala. Nastepny w planie (na blizej nieokreslona przyszlosc) jest Sankt Petersburg!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz