Ja przede wszystkim jestem Polka. Nie zadna Europejka (no chyba, ze spotykam sie z dawnymi znajomymi i odgrywam swiatowa osobe), tylko Polka z krwi i kosci. Jak pierogi z kapusta i racuchy z jablkami. I nie moge zrozumiec ludzi wsrod ktorych mieszkam. Ich kraj i tak jest juz tak maly, a kiedy my na wyjezdzie bez oporow sie identyfikowalysmy jako grupa z Belgii (choc oczywiscie wszyscy wiedzieli, ze jestesmy ze wschodu), zapoznany kolega zaznaczyl, ze on jest Flamandem, a nie zadnym Belgiem! I stracil w moich oczach cala sympatie. Opinie troche nadrobila jego rodaczka, urodzona i mieszkajaca w Brukseli. Jej pierszym jezykiem jest francuski, ale studiowala prawo po niderlandzku. I kiedy na zajeciach jeden z profesorow sie spytal o ich tozsamosc narodowa, jedna osoba powiedziala, ze jest Europejka, a nasza znajoma jako jedyna (sic) - Belgijka. Reszta to Flamandzi.
Z kolei inna dziwna sytuacje mialysmy w Hyères. Kolo kosciola zaczepila nas Francuzka w srednim wieku z pytaniem, skad jestesmy. Jak sie dowiedziala, ze z Polski, to zaraz zaczela opowiadac o jakims jej znajomym czy krewnym o nazwisku Pietrzyk i nas zaangazowala, zeby jej wniesc zakupy z auta na plebanie. Z deczka z zaskoczone propozycja, stwierdzilysmy, ze nic nam sie nie stanie, jak troche pomozemy i poszlysmy. Podczas rozmowy przyznalysmy, ze jest tez z nami jedna Slowaczka, na co zaczela mowic cos o Jugoslawii. Nas wrylo. Viera od razu zareagowala, ze Slowacja i Slowenia to dwa rozne kraje. Babka spojrzala tylko kpiaco na jedna z nas i zadrwila: 'Alez niektorzy sa wrazliwi na punkcie swojej narodowosci...'. My bylysmy wsciekle. Co innego nazywac Flamanda Belgiem, a co innego mylic dwa rozne kraje! Najchetniej bysmy ja zostawily z siatami, ale machnelysmy reka, zrobilysmy swoje i poszlysmy. Do dzis zaluje, ze nie przyszlo nam nic na mysl, zeby sie jej odciac. Niestety jej kraju nie da sie pomylic z zadnym innym...
Pozniej w kawiarence zaczepil nam jeden facet z pytaniem w jakim jezyku mowimy. Ponoc polski brzmi dla niego bardzo ostro, wzbudza strach i sprawia wrazenie, jakbysmy sie caly czas klocily.
A teraz pytanie z innej beczki. Jedna z Francuzek na poczatku marszu sie odlaczyla i caly dzien czekala na nas na plazy, na ktora mielismy dotrzec na koniec. Kiedy tam doszlismy nie moglsmy jej znalezc. Jak nas odszukala?
...
Uslyszala nasze krzyki po polsku w wodzie, jak klnelysmy i wyzywalysmy na meduzy! Teraz wszyscy obcokrajowcy z naszej grupy beda bez problemu rozpoznawac nasz jezyk ;-)
poniedziałek, 14 września 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarz:
Szczerze mowiac, po kilku miesiacach spedzonych na Lazurowym Wybrzezu, doszlam do przekonania, ze nigdzie indziej we Francji nie spotka sie takich bufonow jak tam. Wiec nie dziwi mnie zachowanie tej kobity od siatek, oni po prostu tacy sa, niestety. Jak mawial moj profesor i dawny prorektor UAM, "sa normalni i jest bryndza". ;-) Trafilyscie akurat na brynzdze.
Pozdrawiam.
Reine Marguerite
Prześlij komentarz