Wrocilam z dlugiego weekendu w niemieckim Sauerlandzie. Pomysl udania sie tam na kilka dni byl zwiazany weselem, na ktore byla zaproszona jedna kolezanka - zebrala pare osob do towarzystwa i pojechalismy w czworke zacheceni rajskimi dolinami i tysiacem gor, ktore obiecywano
na stronach internetowych.

Czasu starczylo nam niestety tylko na przewedrowanie dookola zalewu Bigge. Sciezki piesze faktycznie byly, ale... wyasfaltowane. Widoki cudne, a w tle procz spiewu ptakow - jednostajny szum... samochodow. Staralismy sie jak moglismy, zeby z tej wycieczki zrobic wyjazd w nature, np. schodzilismy ze szlakow i przedzieralismy sie przez krzaki i chaszcze na kolejne pagorki, ale pomoglo to tylko troche, a przywiezione przez nas na wszelki wypadek buty trekkingowe okazaly sie zupelnie bezuzytczne, bo trasy mozna bylo pokonac w sandalkach.

Na koniec, jak skonczyly nam sie pomysly na dalsze spacerki, wsiedlismy na statek, usadowilismy sie w fotelach i opatuleni w szale i kurtki plywalismy w kolko. I tak nam sie nasunelo, ze przez chwile wiedlismy zycie niemieckiego emeryta, ktorych pelno bylo dookola ;-)
Oprocz Sauerlandu, zahaczylismy tez o Siebengebirge, czyli Siedmiogorze. W przewodniku wyczytalam, ze bylo to miejsce akcji bajki o Krolewnie Sniezce i krasnoludkach, zatem nadzieje mialam wielkie.

Najpierw wspielismy sie na najnizsza z gorek - Drachenfels (mozna tam podjechac
kolejka z 1883 roku lub wejsc pieszo 220 metrow w gore na dlugosci 1.5 km - wybralismy oczywiscie to drugie). Tu czekalo mnie kolejne rozczarowanie, bo poszlam sie zapytac, gdzie u licha jest legendarny smok, wzbilam sie przy tym na wyzyny mojego niemieckiego, a moj rozmowca, chichoczac bez zenady, zaczal mi tlumaczyc, ze smoka to juz tu dawno nie ma.

Nie bylo tez krasnoludkow (nawet gipsowych), o Krolewnie Sniezce juz nie wspominajac ;-( Byl za to Drachenburg, czyli Smocza Warownia, z pieknym widokiem na okoliczne wzgorza i swiezo wykoszona trawa, w sam raz na wypoczynek po wspinaczce (zdjecie zrobilam ze szczytu i potem zeszlismy do zamku).
Dodatkowo niemieckie wursty, sznycle, piwo, ktore pilismy w ogromnych ilosciach (pierwszy raz spotkalam sie z mieszanka piwa z cola o nazwie Krefelder) i szparagi, na ktore wlasnie jest sezon, nadrobily wszelkie braki w ofercie turystycznej. To byl pyszny weekend!
PS Dzis odebralam koszulke na moj slynny marsz w biegu na 20 km w niedziele. Na szczescie jeszcze sie mieszcze ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz