‘Gdzie lezy Polska? Polska lezy przed telewizorem.’ przeczytalam w marcowym ‘Twoim Stylu’ siedzac na sofie. Poza tym siedze w pracy, w kinie, na probach itp. Albo przed kompem i z maili i pogaduszek dowiaduje sie, ze kolega po pazdziernikowym marszobiegu w Paryzu do dzis nie moze doleczyc kolan, drugi gral w pilke, niefortunnie skoczyl, zerwal wiezadla i wlasnie mial kolejna operacje. Hitem jest jedna znajoma, ktora ostatnio byla u ortopedy i sie dowiedziala, ze w naszym wieku grozi nam cos w rodzaju ‘niezytu kolan’ (akurat na to zapadla, kiedy ja leczylam sie z mojego niezytu nosa) – wystarczy jakas niewygodna pozycja, zeby zaczal sie bol, ktory nalezy traktowac masciami i plastrami przeciwzapalnymi i po paru dniach dolegliwosci ustepuja.
Rownoczesnie wpadl mi w rece artykul o kolanach i doczytalam, ze podobno w celu zachowania pelnej sprawnosci wiezadel, miesni, itp nalezaloby codziennie przemierzyc ok.10 km. Mitem bowiem jest fakt, ze oszczedzanie sie to dluzsza zywotnosc, bo tylko ruch zapewnia nalezyte odzywianie chrzastki stawowej i usuwanie szkodliwych substancji.
Poki co stosuje sie do tego co najwyzej moj Tata i co kilka dni mnie uracza kolejnymi doniesieniami o spacerkach w tempie przekraczajacym 6 km/h, ktore nalogowo sobie organizuje trenujac na 30 maja. Teraz ciazy na mnie presja, bo juz zakladamy, ze te 20 km zrobimy w czasie ponizej 3 godzin, a ja na gimnastyke moge jeszcze poswiecic jakies przerwy lunchowe, ale z chodzeniem mam problem, bo i aura nie sprzyja i za duzo mam prob, teatrow, koncertow. Dojscie do pracy to raptem kilometr, z pracy na niderlandzki raz w tygodniu – 3km (ostatnio sobie drepcze i nauczyciel az skwitowal, ze marsze to chyba polski narodowy sport ;-)), pojscie do sklepu wcale sie nie liczy, bo za blisko. I to by bylo tyle.
Niestety naleze do pokolenia krzywych kregoslupow i slabych kolan. Dzis zadziwia mnie, ze w szkole bez proszenia dostawalam calosciowe zwolnienie w WFu od ortopedy, bo rzekomo biegi, skoki, sklony byly szkodliwe dla kregow czy dyskow. I dlatego te kilka lat, ktore glownie decyduja o naszej postawie, przesiedzialam zgarbiona na lawce wypelniajac dziennik dla naszej klasy. A teraz musze nadrabiac...
Mam wrazenie, ze po wyprodukowaniu milionow polamancow i kalek, sytuacja sie odwrocila i zmieniono poglady o 180 stopni (w tej chwili ruch uwaza sie za lekarstwo na wszystko). Ale, jak pisal Leszek Kolakowski w ‘13 bajkach z Krolestwa Lailonii’ (de facto, swietna ksiazka) ‘leczenie chorego, drogi przyjacielu, nie ma nic wspolnego z widokami na uzdrowienie (...). Celem leczenia jest leczyc, podobnie jak celem spiewania jest spiewac, a celem grania - grac.’ Jak widac, dzialania ortopedow w latach 80tych okazaly sie woda na mlyn tychze specjalistow na progu XXI wieku (i nie tylko, bo w parze ida inne schorzenia). W radiu slyszalam, jak to WHO doszlo do wniosku, ze obecne dzieci beda zyly krocej niz ich rodzice, bo kolejne pokolenia sa coraz slabsze i bardziej schorowane. A nadcisnienie czy cukrzyce da sie tylko kontrolowac, a nie wyleczyc. Lailonia okazuje sie zatem byc nie do konca bajkowym krolestwem.
poniedziałek, 15 marca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz