piątek, 26 marca 2010

W glowie juz sie kreci…

…od szalenstwa slupka rteci (M.Umer sparafrazowana). W BXLi juz wiosna pelna geba, zazolcily sie zonkile i forsycja na skwerkach, sloneczko przygrzewalo pieknie kilka dni, a teraz od czasu do czasu pada wiosenny cieply deszcz i na drzewach pojawiaja sie pierwsze paki. W zeszlym tygodniu jeszcze nosilam zimowy plaszcz i wszyscy niecierpliwie wyczekiwali pierwszych oznak ocieplenia, az tu nagle naplynal jakis front razem z nowa pora roku i Bruksela od razu zmienila oblicze.

Nie wiem czy to aura czy roztrzepanie, w kazdym razie ja mam wokol siebie absolutny chaos. I to wcale nie przez nadmiar obowiazkow, tylko robie 100 rzeczy rownoczesnie. Raz zapomnialam zalozyc swetra, ktory sobie naszykowalam w domu i teraz sie boje, ze pewnego dnia w tym calym zamieszaniu przywedruje do pracy w pizamie. Obijam sie o szafki, polki, barierki, rano przesypiam dzwonek budzika, kraze miedzy praca, probami, kinem, teatrem, starajac sie skorzystac z konca zimy i zapewnic sobie jak najwiecej spacerkow, w zeszly weekend mialam gosci (jest juz pierwszy wpis w homebooku), teraz jade do Paryza na dwa dni (juz sie nie moge doczekac) i probuje nad tym wszystkim jakos zapanowac.

Poza tym z trudem sie skupiam na pracy, bo mysli wedruja i uciekaja ku wakacjom, weekendom, wycieczkom, podrozom i wszelkim formom ruchu. Jedna kuzynka mi napisala, ze za miesiac bedzie wchodzic 1776 stopni na CN Tower w Toronto  i zbierac fundusze na WWF i troche zerkam, czy nie ma podobnych imprez gdzies blizej Brukseli, bo nagle bardzo mi sie spodobalo robic cos dla wiekszej idei. Co prawda jeszcze nie biegam (choc mam juz swoj numer na 30 maja, tradycyjnie w grupie Running For Europe), bo jak to ujal znajomy, przy aurze ostatnich dni, niebo mowi NIE (na szczescie chodzic mozna nawet z parasolka), ale juz sie grupowo mobilizujemy do gimnastyk z zaskakujaco dobrym skutkiem, a moj Tata zaczyna mnie przeganiac w formie (twierdzi, ze nie ma 30 lat zycia, ale tylez lat doswiadczenia w wedrowaniu na dlugie dystanse, wiec rzekomo to normalne), takze motywacja jest.

A w ramach planowania wakacji nalatalam sie za nowym paszportem – poprzedni, acz jeszcze wazny, okazuje sie niewystarczajacy (bo nie-biometryczny) na moje plany wyjazdowe. Troche stresu mnie to kosztowalo, bo choc specjalnie ufarbowalam wlosy, spokojnie poszlam do fotografa, z wyprasowanym kolnierzykiem i przypudrowanym nosem, a zdjecie wyszlo wcale niezle, w konsulacie okazalo sie, ze sie ponoc kiepsko skanuje i mialam 5 minut na dostarczenie kolejnego (zaraz zamykano). Odbylam wiec sprint do najblizszego zakladu, dotarlam tam zdyszana, z wypiekami, potargana, wygnieciona, a pan takim polaroidem czy innym ustrojstwem pstryknal mi okropna fotke (taka, jaka daja w magazynach kobiecych w dziale metamorfozy). Urzedniczka w okienku potwierdzila z usmiechem: ‘Tak, to jest idealne!’, a ja przez najblisze 10 lat bede po Europie podrozowac z dowodem osobistym, bo wstyd komukolwiek pokazywac moj paszport.

Ale sie pocieszam, ze jeszcze tylko kilka dni i lece do Polski na swieta, a tam glowe bedzie mi zaprzatac co najwyzej farbowanie jajek czy ubieranie mazurkow. Urlop na wiosne zdecydowanie sie przyda!

PS1 A propos paszportu i aklimatyzacji polecam bardzo film (i ksiazke) 'Desert flower'. A propos latania (w sensie doslownym i przenosni) - 'In the air'. A absurd i surrealizm swietnie oddaje 'Alicja w Krainie Czarow' w 3D. Gdyby nie te ciagle wedrowki do kin w tym tygodniu, moze juz bym miala kupiony bilet na samolot na wakacje..

PS2  Ale przynajmniej udalo mi sie zarezerowac moj pierwszy wjazd na wieze Eiffla tuz przed jutrzejszym zaciemnieniem o 20.30. Nie dosc, ze do Paryza pozno jedziemy, to jeszcze na godzine wylaczaja swiatla, a w nocy jest zmiana czasu ;-) Ale i tak sie ciesze. I wierze, ze nie bedzie padac jak wjedziemy na wieze!

PS3 A najstarsza corka mojego kolegi z pracy od jutra od 14tej, razem z innymi brukselskimi skautami bedzie przez 24 godziny objezdzac rowerem Bois de la Cambre!!! Dzieciaki robia sztafete i pedaluja na zmiane. Znajoma Belgijka brala w tym udzial przed wielu laty i ponoc Eddy Merckx (najslynniejszy tutejszy kolarz) przyszedl goscinnie i tez zrobil jedno okrazenie ;-)

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Aga, jak tak sobie czytam Twoje wpisy to az sie chce mieszkac w tym wspanialym kraju!!! :)
Ale zeby to docenic wyjezdzam - pewnie z perspektywy 1200 km bedzie wygladal jeszcze ciekawiej, he,he.
Wesolych Swiat wszystkim!
Galka A

Aga pisze...

To musze uwazac jak bede opisywac pobyt w Polsce, bo jeszcze nie bedziesz chciala tu wrocic... Choc w kwietniu powinnismy zaczac wycieczki i bedzie jeszcze wspanialej ;-)

Wesolych! I mam nadzieje, ze bagaz dolecial!