Zacznijmy od wiezy. Mialam ogromne szczescie, bo kilka dni przed wyjazdem dowiedzialam sie, ze mozna zamowic wczesniej bilety przez internet (przy okazji zaoferowano mi regularny newsletter dla stalych klientow) i dzieki temu nie trzeba stac w kolejce. I faktycznie, kiedy setki zapalencow tkwily w ogonku, my podeszlysmy do wejscia od razu. A zaraz potem mialysmy prawdziwa lekcje pokory i cierpliwosci. Czekanie na winde dowozaca z drugiego pietra na sam szczyt zajelo nam niemal godzine. W tym czasie wygaszono wieze z okazji godziny dla Ziemi, a my nadal stalysmy czujac bolesnie lodowate podmuchy wiatru (a przed nami Amerykanie/Kanadyjczycy prowadzili zazarta dyskusje, bo polowa chciala zrezygowac i zejsc na dol, a reszta krzyczala, ze nie po to zaplacili 3000 za podroz, zeby spekac w ostatniej chwili - ostatecznie nie zrozumieli napisu po francusku i przypadkiem opuscili kolejke). Na szczescie widoki byly piekne - Paryz noca jest super oswietlony! Na szczycie przebielysmy szybciutko dookola pstrykajac zdjecia i potem czekaly nas juz tylko dwie kolejki do wind na dol i duza ilosc alkoholu, zebysmy sie nie pochorowaly.
Zas w Louvrze oniemialam. Mimo wielokrotnego okrazania budynku z zewnatrz nie zdawalam sobie sprawy z jego ogromu. Glowne hity takie jak Mona Lisa czy Wenus z Milo byly tak oblegane, ze nie dalo sie dopchac. Uznalam, ze nie warto tracic na nie za duzo czasu, celulity Rubensa tez mnie troche przeploszyly (jest mu poswiecona osobna ogromna sala) i na poczatek postanowilam pokrazyc z sali do sali zaczynajac od mojego ulubionego malarstwa flamandzkiego z Memlingiem, Metsysem i van Eyck'iem i dajac szanse nieznanym artystom z nadzieja, ze moze cos mnie bardziej zaciekawi. No i sie nie mylilam. Mam teraz mase zdjec... podpisow pod obrazami (zapomnialam dlugopisu, zeby sobie zapisac, co chce sprawdzic). Fotki z muzeum nie bardzo sie udaly, ale zdolalam obfotografowac kilka moich faworytow:
Swego czasu zasmialam sie nad felietonem w Polityce o grze w Vermeery (patrz http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/felietony/1500621,1,kawiarnia-literacka.read). Teraz jak sie przyjrzalam luwrowskiej Koronczarce i Astronomowi (patrz zdjecie), stwierdzilam, ze to wcale nie taka glupia zabawa. Jan Vermeer jest znany rowniez za popelnienie Dziewczyny z perla, o ktorej kilka lat temu nakrecono film.
Georges de La Tour - malarz zupelnie mi nieznany, choc jakies reprodukcje musialam kiedys napotkac, bo wygladaly znajomo. Ciekawa jest seria 4 obrazow z Maria Magdalena - powyzej po lewo jest jeden z nich, pozostale, ludzaco podobne, choc z innymi szczegolami, znajduja sie w Nowym Jorku, Waszyngtonie i Los Angeles.
Niczym Siostry z Lodzi Kaliskiej - http://www.swiatobrazu.pl/30_lat_lodzi_kaliskiej.html Tyle, ze to jest pierwowzor (o ktorym wczesniej nie slyszalam). Obraz namalowany w XVI wieku. Szkola Fontainebleau.
Jean-Antoine Watteau i jego Pierrot/Gilles (obok byly jeszcze swietne obrazy Gillota rowniez nawiazujace do commedia dell'arte). Jako nastolatka mialam w swoim pokoju obrazek z takim ubranym na bialo romantykiem (tylko posrebrzanym ;-), ale nigdy nie znalazlam czasu, zeby doszukac sie szczegolow historii o Kolombinie, Arlekinie i innych postaciach z dawnych pantomim. Wszystko przede mna...
Satyres en Atlante (zastanawiam sie, jak to przetlumaczyc). Tak samo nie rozumiem nad czym tak dumaja ;-) Rzym, II wiek naszej ery.
Psyche reanimowana pocalunkiem amora Antonio Canova, 1808 rok. I jakie przeslanie...
Tu troche inna bajka - personifikacja 4 glownych cnot z XIV wieku - nie wiara, nadzieja, milosc, a pokora (z wezem), sprawiedliwosc (z waga), sila (z lwem) i cierpliwosc (z kwiatkami).
Atelier Daniela Maucha - Dwoch papiezy, kardynal, biskup, kanonik i siedmiu mnichow w modlitwie
Dzbanek. Nie mam pojecia skad i z ktorego okresu. Mijalam po drodze. Swietny, nie?
A to nie zaden Czarnoksieznik z Oz, a rzezba z... Beninu (1858).
Jedno jest pewne - choc w internecie i pieknych albumach roi sie od zdjec i reprodukcji slawnych dziel, to niestety tylko oryginal odda w pelni kolory (nie jarmarczne czy wyblakle jak na fotkach), kreske i atmosfere. Na koniec kupilam sobie przewodnik po Luwrze i go z przyjemnoscia obejrze, ale tylko po to, zeby nastepnym razem wiedziec, gdzie na pewno chce sie skierowac i na co zwrocic uwage. Ale mysle, ze i tak jest niezle, jak na moj pierwszy raz ;-)
Teraz powoli dojrzewam do kolejnego wyjazdu do Paryza, tym razem kierunek Montmarte i Moulin Rouge. Zbieram chetnych.
PS dodany juz po publikacji posta i wstepnej lekturze w poszukiwaniu niezamierzonych aluzji i podtekstow:
Mam nadzieje, ze nikt mi nie zarzuci, ze tych co chodza do muzeow przezywam od konformistow...

4 komentarze:
Dzien dobry,
jestem zaprenumerowana do Twojego bardzo sympatycznego bloga, czytuje wiec regularnie i mieszkam w Paryzu. Daj znac, gdy bedziesz sie wybierala nastepnym razem. A nie bylas przypadkiem tym razem rowniez na "Tramwaju" Warlikowskiego? Pozdrawiam i zostawiam moj adres emailowy
joanna@dziennikparyski.com
Na Warlikowskiego nie poszlam, choc przyznam szczerze, ze przeszlo mi to przez mysl, ale nie bylo juz biletow. Zamiast sie ukulturalniac na calego, w nocy swietowalysmy urodziny znajomej. 'Tramwaj' musi poczekac ;-)
Pozdrawiam z Brukseli
Konformisci? A co powiesz o tych ktore dopchaly sie do Leonarda, zrobily zdjecia Mona Lisie i kontemplowaly pol godziny cellulitis Rubensa?;-)
Brukselka
Mona Lisa to konformizm w czystej postaci. Celulity sa raczej dla koneserow... ;-)
Prześlij komentarz