wtorek, 21 kwietnia 2009

Dzieciece marzenia

Wczoraj na lotnisko pojechala ze mna Mama i 6-letnia coreczka znajomych, ktorej najwiekszym marzeniem bylo przejechac sie pociagiem pospiesznym i miala okazje wyprobowac szybkie polaczenie Lodz-Warszawa (jak sie rozpedzi, to osiaga jakies 130 km/h). Co chwila mnie pytala, gdzie jestesmy i jak zobaczyla stacje Warszawa-Wlochy to oniemiala ze zdumienia i skometowala: 'Uaaaa! To my tak daleko dojechalysmy...??? A co zrobimy jak bedzie trzesienie ziemi???'. Widac dorosly czy przedszkolak, do wszystkich dotarly wiesci o tragedii w Abruzji.

Chwile pozniej pytam, jakie teraz ma marzenie, jak juz ta jazde pociagiem zaliczyla. Otoz zgodnie z przewidywaniem, mialaby ochote na lot samolotem. Kiedy zasugerowalam, ze na to pewnie bedzie musiala troche poczekac, od razu sie zgodzila, ze poleci jak bedzie miec 8 lat i wtedy wybierze sie w podroz, najchetniej do Brukseli, z Mama, albo jeszcze lepiej - z Tata, bo jej Tata jest bardzo dzielny ;-)

No fakt, jak tak czlowiek niepostrzezenie moze sie znalezc we Wlochach, to na Belgie jest potrzebne duzo wiecej odwagi. A swoja droga, to jej rosna wymagania. Pare lat temu najwiecej radosci sprawialo jej przejechanie sie z Justynowa do Lodzi rozklekotanym busikem, ktory nie tylko robil 'brum brum' (czyli jechal), ale i 'hop hop' (podskakiwal na wybojach). Coz, nawet przedszkolaki ida z czasem, z postepem, z osiagnieciami...

Sentymenty

Jednak blogowi daleko jest do oprogramowania bedacego odpowiedzia na wszystkie moje potrzeby. Moge wrzucic teksty, zdjecia, linki do piosenek, ale nie da sie dodac zapachu swiezej miety i melisy, ktora na nowo zaczyna wschodzic na grzadce pod domem i ktora pielilam przez dwa dni (wokol pieknie pachnialo ziemia i ziolami), nie da sie dolaczyc cwierkania i halasowania lesnego ptactwa ani blogiego ciepelka przy pierwszych promieniach slonca. Wegetacja w Polsce jest znacznie opozniona z porownaniu z Belgia, ale dzieki temu moglam znacznie dluzej podziwiac wczesne oznaki wiosny (kiedy w 'podjustynowskim' lesie wciaz kroluja zawilce, w parkach w Brukseli kwitna bzy i kasztany). Na krzakach w ogrodzie Rodzicow sa juz pierwsze liscie, trawa jest usiana stokrotkami, wszedzie mnostwo dzdzownic, a na zolto kwitnacej forsycji mamy hodowle biedronek siedmiokropek (liczylam!!!), co jest mila odmiana wobec zalewu trzynastokropek, ktore niczym stonka w latach piecdziesiatych opanowaly europejskie pola i laki ;-)

Stare liscie zgrabilam, krzaczki i powojniki przycielam, mlode pedy winorosli poprowadzilam wokol podporek (do altanki), grzadki przekopalam i przygotowalam na nowe sadzonki i az zal bylo wracac. Kiedy w ogrodzie wszystko zakwitnie, ja sie bede kisic w miejskim smrodzie ;-(

Na szczescie zawsze jak zateskie za swojskimi klimatami moge wsiasc w pociag i pojechac na przedmiescia. Kiedy z kolezanka bylysmy w Holandii, tlumaczylam jej, ze czuje sie tam jak u siebie. Co prawda w mojej wiosce na polach tulipanow nie ma, nie ma tez pieknych sciezek rowerowych i rownego asfaltu, ale poza tym, wszystko jest takie samo. Tylko tu nie mam czego pielic...

Na koniec kilka zdjec z minionego urlopu:

Zaczelo sie od Swiat i dekorowania mazurkow upieczonych przez Babcie

Tymczasem w ogrodzie wszystko kwitlo

Zanosi sie, ze bedziemy miec wysyp porzeczek

I mnostwo swiezej miety

Towarzystwa dotrzymywaly mi Tola...

...i Lolek (okazjonalnie dolaczaly Kluska, Baster i Amfa od sasiadow, ale zdjec nie mam)

Cudze chwalicie, a swego nie... macie, czyli las przy naszym domu pelen zawilcow


PS Tak wlasciwie odglosy okolicy da sie dodac do bloga. Tu Ptasie Radio ;-)

środa, 8 kwietnia 2009

Wielkanocnie

I znowu swieta. Jutro rano lece do domu i zostane az do 20 kwietnia. Ciesze sie bardzo na ta polska wiosne, pierwsze paki na drzewach, swieza trawe w ogrodzie, spiew ptakow za oknem. Na wielkanocne ciasta i zur z biala kielbasa. Na spotkania z sasiadami w drodze do i z kosciola i ze znajomymi zaraz po swietach.

To juz moja czwarta Wielkanoc, na ktora zjezdzam jako gosc do domu. Zwykle juz mnie omijaja wiosenne porzadki, a do obowiazkow naleza same przyjemnosci jak spacer ze swieconka czy dekorowanie mazurka. W koncu jestem na zasluzonym i wyczekanym urlopie. Czasem fajny jest los emigrantki ;-)

Zanim jednak wroce na lono rodziny, juz dzis zycze wszystkim, aby przez te dni w kazdym z nas zmartwychwstala jakas zagubiona czastka. Radosnych, pogodnych, zdrowych i smacznych Swiat!!!

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Dring dring

W sobote nie udalo nam sie pojezdzic na rowerze w mojej ulubionej, plaskiej jak nalesnik Holandii, na pocieszenie zrobilismy sobie wczoraj po poludniu wycieczke po okolicy Brukseli (bylo pieknie i slonecznie). Dystans, ktory przejechalismy, niewiele sie roznil od tego, ktory robimy pieszo (ok. 20 km), niestety ciagle gorki i dolki tak mnie wykonczyly, ze po wycieczce padlam ze zmeczenia. Cos z kondycja licho.

Natomiast co spojrze na rower, to mi sie przypomina kampania reklamowa przprowadzona w Wietnamie, namawiajaca rowerzystow do noszenia kaskow na rower. Troche mi dziala na wyobraznie. Sklada sie z trzech zdjec i hasel:

Nie zaloze kasku, bo...
... sprawia, ze glupio wygladam




... psuje mi fryzure



... nie wygladam cool



Nakrecono rowniez spot reklamowy, ktory mozna obejrzec tu: http://www.10ad.org/wear-a-helmet-and-protect-your-life/

Wczoraj przeanalizowalam moj sposob jazdy i wziawszy pod uwage ciagle hamowanie przy zjezdzaniu w dol i 'oszalamiajaca predkosc' z jaka sapiac i wyzywajac mozole sie pod gore, utrata kontroli nad rowerem raczej mi nie grozi (chyba, ze kierowca jadacy za mna straci cierpliwosc). Zatem poki co poprzestane na odblaskowej kamizelce i migajacaych swiatelkach.

Za to musze popracowac nad kondycja, bo wspoluczestnicy wycieczki troche sie wynudzili co chwila na mnie czekajac ;-) Jednak w wedrowaniu lepiej mi idzie.

niedziela, 5 kwietnia 2009

Wiosna w Brukseli

Avenue Michel Ange, czyli Aleja Michala Aniola (tu kiedys mieszkalam)



Square Ambiorix (przez ktory co dzien przechodze w drodze do i z pracy)



Okolice Parlamentu Europejskiego od strony Parku Leopold



Square Gutenberg (w Brukseli tez mamy tulipany)



Square Marie Louise i kwitnaca magnolia

sobota, 4 kwietnia 2009

Historia pewnej cebulki


W 1593 roku, botanik Carolus Clusius zakupil w imieniu Uniwersytetu w Leiden tulipany z Konstantynopola. Zasadzil je w nieduzym ogrodku, pokrzyzowal rozne rodzaje w celu wyhodowania odmiany odpornej na zimny holenderski klimat i zamierzal je zbadac pod katem ewentualnego zastosowania w medycynie. Tureckie kwiecie zapowiadalo sie dosc obiecujaco, kilkoro jego pobratymcow wyobrazilo sobie jaka fortune mozna by na nim zbic, zakradli sie do ogrodu i ukradli kilka cebulek.

I tak rozpoczela sie tulipomania - jeden z najbardziej spektakularnych przykladow zadzy szybkiego wzbogacenia. Taki kryzys finansowy w XVII wieku. Niespodziewanie Ci racjonali, oszczedni Holendrzy oszaleli na punkcie roslinek, ktore ani nie porazaly uroda, ani nie pachnialy. Malo tego, wartosc tulipanow wzrosla po przypadkowym rozprzestrzenieniu wirusa, ktory sprawial, ze platki przyjmowaly niespotykany dotad pofaldowany i postrzepiony ksztalt.


Nagle wszystkie arystokratyczne damy zapragnely miec kilka tulipanow w swoim ogrodzie. Popyt rosl, ale rosla tez cena (jak w przypadku dobr luksusowych). Z czasem przedstawiciele roznych warstw spolecznych zaczeli sie zajmowac handlem cebulkami i wierzyli, ze ta sytuacja bedzie trwac wiecznie i do Holandii przyjada kupcy z calego swiata, ktorzy zaplaca kazda cene. Zaczeto zastawiac caly swoj majatek – dom, ziemie, klejnoty – w nadziei, ze szybko uda sie go pomnozyc. Pojedyncza cebulka osiagala cene dworku z ogrodem. Handlowano rowniez tulipanami, ktore zamierzano dopiero posadzic.

W 1637 roku doszlo do zalamania rynku – ceny byly tak wysokie, ze nie znajdowano chetnych na zakup i pekla pierwsza banka spekulacyjna w historii. Juz wtedy bolesnie odczuto co sie dzieje, gdy zamiast podazy i popytu rzadzi euforia i panika.

I gdyby ktorys z bankrutow, ktory stracil cala swoja fortune na cebulce, znalazl sie dzis w Lisse (miedzy Leiden a Amsterdamem), pewnie by nie uwierzyl wlasnym oczom. Teraz okolica wyglada tak:



Ja w Keukenhofie bylam juz 3 lata temu, ale marzyla mi sie jeszcze wycieczka wsrod pol tulipanowych i dzis wreszcie udalo mi sie tam wybrac. Nasza podroz obfitowala, jak zwykle, w wiele niespodziewanych zdarzen. O 7 rano bylysmy juz na Dworcu Centralnym w Brukseli, jednak z powodu bledu systemu w kasie nie umiano nam sprzedac biletu do Holandii. Dostalysmy pisemne usprawiedliwienie dla konduktora i pojechalysmy. W pociagu z kolei okazalo sie, ze bilety powrotne mozna zakupic tylko na dworcu i w efekcie nie moglysmy skorzystac z ulgi Benelux Weekend (bedziemy teraz pisac odwolanie).

W Holandii szybko spostrzeglysmy, ze wcale nie jest tak cieplo i slonecznie, jak sie zapowiadalo (bylo 8 stopni zamiast 15) i jestemy zle ubrane (zamiast kremow do opalania i okularow przeciwslonecznych rozsadniej byloby zabrac ciepla kurtke). Przez chwile rozwazalysmy zmiane planow z pol tulipanowych na jakies muzeum w Amsterdamie, ale nie od parady jestesmy Epski-Twardzielki. Jak dotarlysmy na miejsce, zaczelo mzyc, wiec zrezygnowalysmy z wynajmowania rowerow i poszlysmy do parku (tam w razie czego mozna sie schronic w kafejkach).

Niestety wiekszosc tulipanow jeszcze nie zakwitla, wiec wrazenia wzrokowe mialysmy troche ograniczone, jednak jak przy wiatraku zobaczylysmy rozkwiecone pola kwiatowe, humory szybko nam sie poprawily i postanowilysmy trase, ktora pierwotnie planowalysmy przepedalowac, zrobic pieszo. No i to byl strzal w dziesiatke, zwlaszcza ze z zimna poruszalysmy sie niemal w tempie rowerzystow (na Epski-Maratonistki tez sie nadajemy). Bylo cudnie!!! Wiatr delikatnie muskal nam twarz, duza wilgotnosc powietrza korzystnie wplywala na cere, zamiast slonca zlocily sie zonkile i pola robily niezapomniane wrazenie. Znacznie wieksze niz wypielegnowane i dopieszczone grzadki parkowe.

No coz, na ten rok bedzie mi musialo wystarczyc. A najwyzej powtorzymy wycieczke za pare lat!

Wszystkich amatorow wiosennych kwiatow odsylam do ksiazki ‘Martwa natura z wedzidlem' Zbigniewa Herberta i jego opisu goraczki tulipanowej lub do kwiaciarni po bukiet do postawienia w salonie. Ja juz sobie kupilam ;-)

czwartek, 2 kwietnia 2009

Imie dla chlopca

Co jest wazniesze – prostota czy tradycja? Z tym pytaniem borykaja sie rodzice dzieci, ktore rodza sie i beda sie wychowywac poza granicami kraju. Odpadaja wszelkie imiona z polskimi literami, zgloski typu ‘sz’, ‘cz’ sa rowniez niemile widziane. Jakis czas temu mielismy miedzynarodowa dyskusje na temat imion i kolezanka, ktora spodziewala sie dziecka, zazartowala, ze z mezem mysla nad imieniem Strzezyslaw dla synka. My wybuchnelismy smiechem, ale kolega nie-Polak zareagowal wyjatkowo pozytywnie, bo mu sie to slowo kojarzylo wybitnie z naszym krajem, szelestem lisci na drzewach, husaria na koniach, bezkresnymi lakami i polami, niemal podswiadomie widzial ten ‘bursztynowy swierzop, gryke jak snieg biala’. Kiedy probowalismy go przekonac, ze sa tez inne tradycyjne imiona, z miejsca zdyskwalifikowal np.Stefana (bo obilo mu sie o uszy, ze jest serial ‘M jak milosc’ i w niektorych epizodach wystepowal jakis Stefan i bynajmniej nie byl to Polak), Piotr, Jan brzmialy zbyt miedzynarodowo i na koniec tylko to jedno mu sie podobalo.

Chlopiec sie juz urodzil. Ma na imie Bruno ;-)