sobota, 10 lipca 2010

Amerrica

http://www.youtube.com/watch?v=Qy6wo2wpT2k

I jeszcze uzupelnienie do tych poprzednich wpisow, czyli obalanie paru mitow i Polacy w Ameryce.

Jak podawalam moj adres belgijski, to rozmowcy nie mieli zadnych skojarzen (choc Stella Artois jest wszechobecna w kazdym miescie), ale jak mowilismy, ze jestesmy w Polski, wiekszosc osob bardzo pozytywnie sie do nas odnosila i niemal kazdy znal jakiegos fajnego Polaka, albo... rzekomo mial polskie korzenie ;-)

W Nowym Yorku najbardziej popularna woda mineralna byl:



Kiedy z kuzynka robilysmy sobie zdjecia, zaraz ktos podchodzil i proponowal, ze zrobi nam razem. Hitem bylo, jak do fotki przymierzala sie jakas babka i obcy facet chcial wziac od niej aparat i sfotografowac nas w trojke ;-)

Co do posilkow, obiady jedlismy w restauracjach (nie fast-foodach) i musze przyznac, ze prawie zawsze zarcie bylo wysmienite (zwlaszcza steki, ktore byly tak wysmazone, jak chcialam, a nie tryskajace krwia jak we Francji). Zatem jak sie chce dobrze i zdrowo zjesc, to mozna. Z ciekawostek, natknelismy sie na:






Natomiast najwieksza niespodzianka byla miejscowosc, przez ktora przejezdzalismy na trasie z Ottawy do Algoquin Parku:




W 1864 roku osiedlilo sie tam 300 Polakow. Uporzadkowali teren i zajeli sie rolnictwem. W latach 80tych XIX wieku wioske nazwano Wilnem na pamiatke miejsca urodzenia wielebnego Ludwika Dembskiego. Zalozono nowa parafie, ktora pozniej poswiecono Stanislawowi Kostce. W 1894 roku polaczono miejscowosc wezlem kolejowym z Ottawa. Na poczatku XX wieku zaczeli naplywac kolejni imigranci polskiego pochodzenia i ten proces trwa do dzis.

Zatrzymalismy sie na stacji benzynowej i przeszlam sie na poczte zapytac ilu tu wciaz mieszka rodakow. Babka przyznala, ze jej maz jest z pochodzenia Polakiem i mowi po kaszubsku. Zaraz zamachala na inna Polke, ktora wyemigrowala z kraju w latach 80-tych i opowiadala, jak to najpierw byla w Grecji, potem przeniosla sie do Toronto, zeby w koncu osiedlic sie w Wilnie. Wyrazila ogromne ubolewanie, ze nie mamy czasu zostac dluzej, bo by chetnie z nami porozmawiala i na dodatek moglibysmy wziac udzial w niedzielnej mszy (za 4 dni ;-), podczas ktorej ona spiewa w chorze!





Wiecej informacji o Wilnie na stronie: http://www.wilnovillager.on.ca/

Generalnie w Stanach/Kanadzie polskie korzenie byly cool.


I mysmy sie dostosowali do tego trendu. Oto co mielismy na tyle samochodu:

Ontario (tydzien trzeci - cd)


Wtorek  (po poludniu)

Ottawa. Poczatkowo nawet chcielismy ja ominac, ale slicznie nam sie wpasowala w trase i akurat wypadalo w jej okolicy przenocowac, wiec wynegocjowalismy, ze poswiecimy wieczor na stolice. I to byl pomysl doskonaly! Miasto da sie zwiedzic w godzine. Co prawda broszurki reklamowe podaja kilka propozycji tras na caly dzien, przy czym my je zalatwilismy w kilkadziesiat minut. Za to wszystko co widzielismy, bylo czyste, zadbane, dopieszczone, na kazdym budynku powiewaly flagi (nie wiem, czy to tylko na okolicznosc Canada Day, ktory wypadal 2 dni pozniej i przyjazd krolowej angielskiej, czy na stale). Naprawde urocze miasteczko. Na jeden wieczor ;-)

Z ogladanych miejsc fajne wrazenie robil wiecznie plonacy ogien przed parlamentem, zapalony w 1967 roku w stulecie utworzenia Dominium Kanady.

Bardzo nam sie tez spodobal pomnik sufrazystek. W 1929 roku piatka kobiet (Nellie McClung, Irene Parlby, Emily Murphy, Louise McKinney i Henrietta Muir Edwards) wygrala proces, ktory uznal kobiety za ludzi (?!) i nadal im prawa wyborcze do senatu. Dzis stoja w charakterystycznych dla siebie pozach, a puste krzeslo zaprasza przechodniow, zeby do nich dolaczyc (oczywiscie usiadlam).


Na koniec poszlismy na kolacje i tam w menu piwnym natknelismy sie na polski... Lezajsk ;-))) Dla odmiany postanowilismy zmienic nieco preferencje i zamowilismy kilka kanadyjskich win do oceny. Dostalismy specjalny kwestionariusz do wypelnienia i bawilismy sie w testerow. Ostatecznie zdania mielismy tak podzielone, ze chyba srednio w tej roli wypadamy. Ale zadanie odrobilismy (wszystkie zdjecia po kliknieciu mozna powiekszyc!).



Sroda

Wogole to jestesmy twardziele. Rano sie znowu zerwalismy, zeby zobaczyc zmiane warty w Ottawie. I to nie poprzestalismy na oficjalnym paradowaniu przy parlamencie o 10.00, ale w biegu lecielismy na 9.30 do The Drill Hall / Cartier Square (przy Laurier Avenue) zobaczyc przygotowania i cala ceremonie od poczatku do konca. Na poczatku bylismy pelni zachwytu. Dziesiatki wysokich przystojnych facetow (choc bylo tez kilka kobiet), czesc z nich w szkockich spodniczkach, szlismy z nimi krok w krok az do wybrzeza pstrykajac zdjecia i krecac filmiki. Kiedy jednak na wzgorzu przez prawie pol godziny dwoch kolesiow ze sztandarem snulo sie wte i we wte, dwoch innych wymachujac komicznie rekami i nogami dokonywalo przegladu, a reszta zaczela sie platac przy wydawanych komedach i przesuwac drobnym kroczkiem na nowe ustawienia, zaczelismy powatpiewac w powage calej imprezy. Choc bezdyskusyjnie warto bylo!





Niewiele pozniej ruszylismy w dalsza droge. Widzielismy juz wieloryby, zapragnely nam sie losie. Zreszta jest to moje niespelnione marzenie od ubieglego roku i wakacji w Norwegii. W Kanadzie co prawda roilo sie od znakow drogowych przestrzegajacych przed jeleniowatymi, ale poza setkami sarenek przy autostradach (sic!), nic wiekszego nie zauwazylismy.  Przestudiowawszy przewodnik postanowlismy zahaczyc o Algoquin Park. Jest to najstarszy i najslynniejszy rezerwat przyrody w Ontario. Za wjazd uiszcza sie 15 dolcow na dzien i wzdluz drogi numer 60 mozna przejechac przez 56 km parku. W informacji turystycznej zapytalismy sie, gdzie mamy isc, zeby zobaczyc losie i polecono nam dwa szlaki Beaver Pond i Mizzy Lake. Ten pierwszy przeszlismy czujnie i wypatrzylismy bobra budujacego imponujaca tame!!!

Bobr

Tama

Na drugim szlaku, ocenianym jako trudny, przez ktory wedrowalismy o zmierzchu (wtedy ponoc losie wychodza z kryjowek i ida do wodopojow) zlapala nas ulewa i po paru kilometrach z zalem zawrocilismy (robilo sie bardzo slisko, a my bylismy byle jak przygotowani do tej wyprawy). Znalezlismy tylko losie ochody.


Na pocieszenie, nieco pozniej, przy stawie wypatrzylismy czaple, pare jelonkow z cudnym porozem i sarne - kamikadze, ktora wpadala pod samochody.


Nocleg mielismy w Motelu Super 8 (jest lepiej reprezentowany w Kanadzie) i kiedy przy meldowaniu sie dalam moj polski paszport, recepcjonistka ze zdziwieniem spytala: 'Co Was sprowadza do Barrie???'. Zdecydowanie nie bylo to miejsce, ktore turysci, zwlaszcza z Polski, mogliby chciec odwiedzic ;-)


Czwartek, 1 lipca
Canada Day.

Rano z kuzynem ubralismy sie w czerwone T-shirty z Sault Ste Marie i caly dzien paradowalismy w narodowych barwach ;-) Pojechalismy do Zoo w Toronto, wiec bardzo dobrze wtapialismy sie w tlum. Co prawda za pozno sie zorientowalam, ze mozna jeszcze zrobic zmywalny tatuaz (bylam sklonna zafundowac sobie listek klonowy na policzku), ale i tak uwazam, ze ladnie sie dolaczylismy do ogolnonarodowego swietowania.

W zoo oczywiscie przede wszystkim chcielismy zobaczyc... losie! Postanowilismy jednak stopniowo dozowac sobie wrazenia i spacer rozpoczelismy od masy innych zwierzat. Byly niedzwiedzie polarne, slonie, tygrysy, zebry, zyrafy, mnostwo malpiatek, motyli, nawet chipmunk na talerzu z warzywami! Baaa, byly tez flamingi na wyciagniecie reki (i po co ja w zeszlym roku na Lazurowym Wybrzezu skakalam po rowach ;-). W sektorze kanadyjskim nadzieje mocno nam podniosl grizzli baraszkujacy z pilka w basenie (w sumie dobrze, ze go nie spotkalismy w realu),


spontanicznie przylecial bluejay (modrosojka blekitna)


szop pracz tylko subtelnie wysunal lapke,


a losie... spaly w najbardziej oddalonym, zacienionym i totalnie niewidocznym kacie swojego wybiegu!!!!!!! Kaszana. Europejskie renifery i kozice pieknie pozowaly, a te kanadyjskie ssaki totalnie nie wywiazywaly sie ze swoich zadan.

Na koniec czekala nas dodatkowa, bardzo polecana atrakcja - rekiny. Pomieszczenie od poczatku wydalo nam sie dosc male, zastanowil nas bezwzgledny nakaz zdjecia bizuterii z rak i umycia ich do lokcia (???), po czym weszlismy do srodka, a tam tlum ludzi glaszczacy male plaszczki! ;-))) I plaszczki i rekiny naleza do kregowcow, gromada chrzestnoszkieletowe, spodouste, ale jest miedzy nimi subtelna roznica. No coz, jesli wejdziesz miedzy wrony, ryby glaszczesz jak i one i choc na poczatku jedna wrogo na mnie zalopotala i mocno przestarszyla, zebralam sie na odwage i  udalo mi sie wyczuc ich szkielet i pomachac pletwa. Sciema, ale zabawna.

Na koniec czekal nas przejazd do Niagara Falls, a ze przewidywalismy jakas impreze z okazji Canada Day, z kuzynka przespacerowalysmy sie pare kilometrow do miasteczka, wzdluz kanionu w whirpoolami, akurat na bardzo fajne sztuczne ognie o zmroku. Sam wodospad noca troche nas rozczarowal, ale postanowilismy mu dac szanse za dnia, po czym poszlysmy na drinki do baru uczcic swieto narodowe.

Na koniec odwalilysmy niezla maniane. Rozhahane wyszlysmy z pubu, zawziecie dyskutujac, poszlysmy na azymut w kierunku rzeki, wzdluz ktorej mialysmy potem dojsc do motelu i nie zauwazylysmy, ze weszlysmy na most. Tymczasem w okolicy Niagary wszystkie mosty sa granica!!! A jacy Amerykanie sa w kwestiach bezpieczenstwa, kazdy wie ;-) Kiedy uslyszalysmy wrzaski i zobaczylysmy kilku wybiegajacych w naszym kierunku celnikow, zorientowalysmy sie, ze niezle wpadlysmy. W kazdym razie popisowo odegralysmy blondynki, przeprosilysmy i grzecznie zawrocilysmy. Dopiero potem do nas dotarlo, ze mogli nas skuc, aresztowac, tudziez zastosowac bardziej drastyczne srodki. Kuzyn na wszelki wypadek odebral nas z miasteczka i tyle bylo przygod.



Piatek

Niagara. Patrzac z gory, specjalnie nas nie zachwycala. Cala zabawa zaczynala sie, kiedy zeszlismy do lodki Maid of the Mist. Wodospad sklada sie z trzech kaskad: po stronie amerykanskiej znajduja sie nawyzsze: American i Bridal Veil (welon panny mlodej). Najwieksze wrazene robi jednak nalezacy do Kanady, wysoki na 54 metry i tworzacy podkowe o szerokosci 670 m i wysokosci 57 m wodospad Horseshoe i lodka podplywa tuz pod niego i sprawia, ze pasazerowie sa cali mokrzy od unoszacej sie tam mgielki. Aby chronic odziez kazdy dostaje czaderskie niebieskie plaszcze przeciwdeszczowe, ktore nam lopotaly na wietrze i na poczatku bawily nas bardziej niz sama Niagara. Za to ostatni wodospad sprawil, ze oniemielismy. Fale jak na morzu przy sztormie, wszedzie mokro, wokol huk! Pozniej nawet z gory zerkalismy na calosc pelni uznania i zachwytu.

Zostalo nam jeszcze ostatnie jezioro Erie do zobaczenia, wiec podjechalismy do Fort Erie zanurzyc w nim nogi (maja tam przedziwna plaze, wygladajaca jak nierowno oblana asfaltem), a potem malownicza Niagara Parkway pojechalismy do uroczego miasteczka Niagara-On-The-Lake. Domki, sklepiki, nawet apteki byly tam naprawde sliczne i slodkie az do omdlenia i co zrobilismy przy takiej ilosci cukierkowosci? Poszlismy do informacji turystycznej i zapytalismy, czy gdzies w miescie mozna obejrzec mecz i rownoczesnie zjesc obiad ;-) Zostalismy skierowani na obrzeza, w miejsce znane tylko lokalnym klientom i nie wiem, czy my bylismy bardziej zdziwieni tym, gdzie wyladowalismy, czy lokalsi, tam nas widzac (klienci z reguly wygladali na takich, ktorzy tam wiernie przychodza od 50 lat i jak tylko otwierali drzwi, barmanka od razu podawala im ich ulubione piwo). My zamowilismy pizze, ktora okazala sie byc bardzo dobra i dosc europejska.

Na koniec ruszylismy szlakiem winnym. Pierwszy w kolejnosci byl dosc przemyslowo wygladajacy Jackson-Triggs, gdzie sie okazalo, ze na ostatnie oprowadzanie po winnicy nie ma juz miejsc. Hillebrand  oferowal juz tylko zachecajaco brzmiacy Twilight tour (o zmierzchu, ale bez wampirow), na ktory sie zapisalismy, ale musielismy ponad godzine poczekac i pojechalismy do najbardziej odjechanej winnicy - 20 Bees (czyli 20 pszczolek): http://www.20bees.com/. W broszurce chwalili sie jajcarskim podejsciem (i nie da sie zaprzeczyc, bo juz sama nazwa wyraznie wskazywala, ze maja poczucie humoru), zreszta ich wina maja wizerunek owego owada na butelce i generalnie sa dosc oryginalne, przy czym smakuja doskonale. Wiem o czym pisze, bo sprobowalismy 6 roznych win tradycyjnych i 4 lodowe (Ontario, a szczegolnie okolica Niagara-on-the-Lake, dostarcza 75% icewine'a w Kanadzie, a kraj ten jest razem z Niemcami glownym producentem tego wina na swiecie). Kosztuje majatek (z jednego grona tworzy sie jedna krople), ale smakuje niebiansko. Przy czym nie mozna po nim juz nic pic, bo slodki posmak sprawia, ze wszystko inne wydaje sie gorzkie. A przed nami byl jeszcze Twilight tour, ktory zaczal sie szampanem i przez wina biale i czerwone znowu sie zakonczyl lodowym. Tak wlasnie zaczelismy swietowac 30te urodziny kuzynki, ktora wedlug czasu polskiego byla juz jubilatka ;-)




Sobota

Toronto. Druga tura wyborow prezydenckich. Tutaj preferencje wyborcow prezentowaly sie nieco inaczej i Jaroslaw Kaczynski zdobyl 3483 glosow, a Bronislaw Komorowski - 848. Kiedy podalam moje zaswiadczenie o prawie do glosowania z ambasady w Belgii, babka sie na mnie srogo spojrzala i uslyszalam:


- A to nam Bruksela namieszala!!!
-???
- No same problemy przez ta Bruksele mamy!!!
-???
-Przez ta komisje!!!!
-....Mmmm... No ale flaga unijna wisi....
- Kto to slyszal, zeby dorzucac 100 dodatkowych kart do glosowania!!!

Odetchnelam z ulga, bo juz sie balam, ze trafilam na jakas bardzo zawzieta przeciwniczke wstapienia Polski do UE (zreszta od poczatku przeczuwalismy, jak bedzie sie plasowal wynik wyborow w tym miescie), a tu na szczescie chodzilo 'tylko' o falszowanie wyborow. Uspokoilam ich, ze to nie ja, bo mam mocne alibi i 2 tygodnie temu bylam i glosowalam w Waszyngtonie ;-)

Potem pojechalsmy do centrum i wlasciwie okazalo sie, ze juz prawie nic nam tam nie zostalo do zobaczenia. Skierowalismy sie zatem do portu, gdzie akurat odbywala sie parada zaglowcow- Toronto Waterfront Festival, ale wiekszosc tych amerykanskich i kanadyjskich to takie male popierdolki i wrazenie robily tylko holenderskie i niemieckie. Poszlismy zatem na CN Tower, czyli najwyzsza wolnostojaca budowle na swiecie (553 m). Tam pierwsza ciekawosta byla przeszklona winda, z przezroczystymi panelami w podlodze, a na gorze - szklana podloga. Tym razem weszlismy na nia wszyscy, ale nie dalo sie zupelnie zrobic dobrych zdjec.

Za to po raz pierwszy od 23 dni powstal problem z noclegiem. Czy przez zaglowce, czy przez krolowa angielska, ktora nas wreszcie dogonila w Toronto, czy z jakiegos innego powodu, znaleznienie miejca do spania w miejscie okazalo sie niemozliwe (przynajmniej w naszych widelkach cenowych). W informacji turystycznej podali mi numer telefonu do call center, ale jak przez pol godziny literowalam imie i nazwisko (a naprawde potrafie to zrobic, ale po 10 powtorzeniu operatorka sie mnie znowu zapytala, czy pierwsza litera nazwiska to W jak whiskey), moje kuzynostwo plakalo ze smiechu i jak uslyszalam, ze mam przeliterowac moj adres belgijski, to padlam i rzucilam sluchawke, bo przekroczylo to moja cierpliwosc. Zatrzymywalismy sie zatem kolejno w wielu miejscach, ale wszedzie mieli juz komplet i ostatecznie wrocilismy do Mississauga, niedaleko lotniska. I po drodze na autostradzie mijalismy gigantyczny kondukt korpusu dyplomatycznego eskortujacy prawdopodobnie krolowa Elzbiete ;-)



Niedziela, 4 lipca

To byl jedyny naprawde leniwy dzien. Spokojnie sie spakowalismy i podjechalismy nad jezioro poprawic opalenizne w ostatnich promieniach kanadyjskiego slonca i w poludnie skierowalismy sie na lotnisko. Przez 24 dni spedzalismy ze soba 24 godziny na dobe i w dalsza droge kazdy ruszal juz sam. Odlecielismy trzema osobnymi samolotami do swoich krajow (rano nastepnego dnia juz telefonicznie witalismy sie w Europie) i cala przygoda sie skonczyla. Bruksela wydala mi sie wioseczka po tych wszystkich amerykanskich miastach, strasznie brakowalo mi sluchaczy do mojego glindzenia, a na obiad nostalgicznie zjadlam pizze. No i zabralam sie za ogladanie moich 3200 zdjec i spisywanie wrazen.

W sumie przejechalismy:



Po powrocie dostalam od znajomej spozniony prezent urodzinowy, do ktorego byla dolaczona kartka z zyczeniami ‘zdrowia i umiejetnosci odpoczywania’ ;-) Tego ostatniego, to ja sie chyba nigdy nie naucze…

PS A losiow chyba bede musiala poszukac nad Biebrza czy w Kampinosie. Do trzech razy sztuka ;-)

Życie to żart - po tamtej stronie podejrzenie
Miałem, że to sąd mylny. Widzę po tej, że nie.

Quebec (tydzien trzeci)

W Kanadzie siec Moteli 6 nam sie urwala. Postanowilismy zdac sie na pana Tomka i poszukac noclegu w GPSie. Wywiozl nas w jakis ciemny zaulek, pod budynek, ktory nie zdradzal zadnych cech toczacego sie w nim zycia. Nie zaryzykowalismy, zaczelismy rozgladac sie po okolicy i nasz wybor padl na Motel de la Gare w Richmond. Juz sama nazwa wskazywala, ze czas sie przestawic na francuski i przy wejsciu wisial telefon i numer. Zadzwonilam, poprosilam o otwarcie drzwi, koles odpowiedzial, ze przyjedzie pare minut… W tym czasie na korytarzu pojawil sie jakis zaspany gosc w pidzamie. Generalnie zapowiadalo sie ciekawie tudziez oryginalnie ;-) Wlasciciel dotarl, okazalo sie, ze warunki w srodku sa ok i zostalismy na noc. Przy check-in’e jeszcze nas prosil o wbicie szpilki w wielka mape swiata na Polsce, bo robi sobie nieformalne statystyki pochodzenia swoich gosci. Wynikalo, ze nie bylismy pierwsi!



Sobota, 26 czerwca

Miasto Quebec, prowincja Quebec. Autorzy przewodnikow, ktorzy porownuja je do Paryza, chyba nigdy nie byli we Francji. Na pewno jest pod silnymi wplywami frankofonskimi, ale klimatem przypomina bardziej Annecy, a nie stolice. Za to jest czarujace. Tak nam sie spodobalo, ze postanowilismy znalezc sobie jakis nocleg w centrum, zeby zobaczyc troche nocnego zycia, a nie, jak zwykle, wyjezdzac na przedmiescia. Chodzilam zatem kolejno po hotelikach i ostatecznie nasz wybor padl na jeden z bardziej odjechanych miejsc jakie tam widzialam. Klimatem przebijalo kamienice Madame De Ro, w ktorej mieszkalam w BXLi (choc rozklad i schody byly niemal identyczne). Otworzyl mocno wiekowy pan (az sie balam, ze sie przewroci ciagnac ciezkie drzwi), wlascicielem okazal sie troche mlodszy facet wygladajacy jakby cala noc spedzil na mocno zakrapianej imprezie, a z drzwi z boku wychylila sie starsza babcia. Przeszlo mi przez mysl, ze to jakis dom spokojnej starosci, ale sie okazalo, ze to bardzo towarzyscy rodzice. Pokoj okazal sie w porzadku (choc pelno bylo w nim bibelotow i na drzwiach mielismy przyczepiona sztuczna roze) i moglismy spokojnie poswiecic sie zwiedzaniu.



Quebec da sie przejsc wszerz i wzdluz w pare godzin i to zatrzymujac sie na kawe i obiad. Troche w nim kiczu, ale wrazenie sprawia bardzo pozytywne. Po poludniu okazalo sie, ze juz nie mamy co robic i pojechalismy nad Montmorency Falls (84 metry wysokosci, o 30m wiecej niz Niagara!). Po schodkach po prawej stronie mozna sie wspiac na gore i wejsc na mostek nad wodospadem. Byla walka z lekiem wysokosci, ale wszyscy stawilismy dzielnie czola wyzwaniu! Za to spowrotem  z kuzynka wybralismy sciezke, ktora czasem stopien nachylenia miala podobny do schodow i trzeba bylo przyjac technike, jak w zjezdzaniu na nartach (wezykiem od jednego brzegu do drugiego), coby nie zleciec na leb na szyje (szlysmy oczywiscie w sandaleczkach). Za to widzialysmy pierwszego chipmunka (pregowca, jak Chip i Dale) i cos wiekszego, ale nie wiemy co ;-) I cudna tecze nad Quebec’iem!!!


Zas co do nocnego zycia, to utknelismy w porcie na happeningu artystycznym i kiedy o 23ciej chcielismy isc na drinka, okazalo sie, ze wszystkie knajpy juz zamykaja.




Niedziela

Bez sensu jest zwiedzac Kanade nie zahaczajac choc troche o tamtejsza przyrode. Na niemal wszystkich drogach szybkiego ruchu sa ostrzezenia przed losiami, jeleniami i sarnami, a nawet w rzekach wystepuja…wieloryby! Przykladem jest bialucha (w staronordyckim zwano ja ‘wieloryb trup’ z uwagi na bialy kolor), ktora przypomina ksztaltem delfina, licznie wystepuje w St Lawrence river i wystarczylo dojechac do miejscowosci Saint-Siméon i odplynac troche od brzegu, zeby ja zobaczyc. Populacja bialuch w tej okolicy gwaltowanie spada (z 5000 w 1900 roku do 700 obecnie), wiec mielismy szczescie obserwujac kilka z nich. Baraszkowaly sobie tuz kolo nas, czasem przeplywaly pod lodka i budzily mnostwo emocji. Zal nam tylko bylo, ze nie widzielismy takiego ladego ogona pletwala blekitnego, ale za to w miedzyczasie moglismy podziwiac piekne wybrzeze Charlevoix. Lacznie wycieczka statkiem L'Explorathor dla 48 osob (bylo nas o polowe mniej) trwala 2 i pol godziny.





Pozniej promem przeplynelismy z autem na druga strone rzeki i pelni wrazen obralismy kurs na poludniowy zachod.


Poniedzialek

Montreal. Szczerze mowiac, troche mnie rozczarowal. Spodziewalam sie czegos pomiedzy Quebec'iem a ktoryms z duzych miast amerykanskich, a tu bylo szaro, buro, brudnawo, pelno sypiacych sie domow z powybijanymi oknami na wybrzezu itp. Z ciekawostek: wsrod straganow przy rzece napotkalismy stoisko z niewiarygodnie drogim... bursztynem z Baltyku!!!

Za to zachwycilam sie najstarszym i najwazniejszym kosciolem Montrealu, czyli katedra Notre Dame. Największy w Ameryce Polnocnej, budowany przez prawie cały XIX. Neogotyckie wnetrze zdobi mnostwo drewnianych rzezb oraz bajkowe blekitno-zlote podswietlane polichromie imitujace sklepienie ozdobione gwaizdami. Prawdziwa perelka.

Drugim bardzo pozytywnym aspektem byl Festival International de Jazz de Montréal (czy ja juz kiedys nie pisalam, ze mam szczescie calkiem przypadkiem pojawiac sie w roznych miejscach w najlepszym mozliwym momecie ;-)). W 2004 roku zostal wpisany do Ksiegi Guinessa jako najwiekszy festwal jazzowy na swiecie. Zgromadzil 3000 artystow z 30 krajow, skladal sie z 650 koncertow, w tym 450 bezplatnych na swiezym powietrzu i 2.5 miliona widzow (w tym 34% to turysci). Swietnie zorganizowany, z fajna atmosfera. Specjalnie wydzielono czesc miasta, gdzie ustawiono kilka scen i miejsc na mniejsze pokazy artystyczne. Najpierw widzielismy kilka prob, zas wieczorem wysluchalismy 3 grup:

  • Louiz Banks And Joe Alvarez with Naad Brahma z muzyka z Indii i wspolczesnym jazzem
  • Makaya (z instrumentalna muzyka kreolska)

  • Lulu Hughes et le Montreal All City Big Band (przyklad kanadyjskiej solistki, ktora najpierw wydala mi sie okropna krzykliwa baba, a z kazda piosenka moje uznanie dla niej roslo plus swietna orkiestra skladajaca sie z 5 trabek, 5 puzonow, 5 saksofonow, pianisty, perkusisy, gitarzysty i basisty - wszyscy w wieku 17-23 lat)
Okazalo sie, ze calkiem przypadkiem hotel zarezerwowalismy bardzo blisko festiwalu, wiec moglismy zostac do konca i spacerkiem wrocic do siebie.

Wtorek

Montreal c.d.

W 1976 roku obyly sie tu Igrzyska Olimpijskie i miasto do dzis dnia splaca dlug zaciagniety na sfinansowanie inwestycji. Poszczegolne czesci parku zaadoptowano do roznych celow, m.in. w hali wyscigow kolarskich zbudowano Biodome, czyli symulacje roznych stref klimatycznych - od dzungli tropikalnej do wiecznej zmarzliny. Kiedy tam poszlismy, okazalo sie, ze z powodu strajku jest zamkniete.



Chcac-nie-chcac wjechalismy na Montreal Tower - najwyzsza na swiecie pochyla wieze (175 m) skad mielismy doskonaly widok na...smog nad miastem ;-) Potem zas przeszlismy sie po wspanialym ogrodzie botanicznym - w imponujacej czesci chinskiej zlapal nas deszcz i mielismy prawdziwie azjatyckie klimaty.


środa, 7 lipca 2010

Wschodnie wybrzeze USA (tydzien drugi)



Sobota, 19 czerwca

Waszyngton. Wybory prezydenckie w Ameryce mialy miejsce w sobote i w pierwszej kolejnosci udalismy sie do Ambasady. O glosowaniu juz pisalam, za to dzis moge jeszcze dodac, ze w tym miescie krzyzyk postawilo ok. 700 Polakow i byl to jedyny punkt wyborczy w USA, w ktorym Jaroslaw Kaczynski nie zdobyl wiekszosci glosow (224 w stosunku do 339 dla Komorowskiego).


Pozniej dojechalismy do centrum i udalismy sie na zwiedzanie. Slonce prazylo od samego rana, bylo dobrze ponad 30 stopni w cieniu, troche ulgi przyniosla nam tylko wizyta w klimatyzowanym Capitolu (przy czym kuzyn zostal, bo przy rewizji na wejsciu nie chcial oddac pasty do zebow, a wszelkie plyny i zele byly zabronione). Najpierw pokazano nieco propagandowy film o wielkosci i wspanialosci kraju, a nastepnie z przewodnikiem przespacerowalismy sie po poszczegolnych pomieszczeniach i zobaczylismy rotunde od srodka (wydala sie troche mala).

Po wyjsciu beztrosko skierowalismy sie ku memorialom poszczegolnych prezydentow:


Jeffersona


Roosevelta – swietny! 



Lincolna




i Weteranow z Vietnamu nie zdajac sobie sprawy, jak duzo chodzenia jest przed nami. Przy Potomacu spotykalismy grupki ludzi bioracych udzial w triatlonie i grajacych na trawnikach (a my sie rozplywalismy z goraca). Przy Bialym Domu wymieklismy i ucieklismy z miasta do uroczego miasteczka Alexandria, gdzie energii juz tylko starczylo nam na wypicie piwa i polozenie sie na trawce przy rzece. Jak ochlonelismy, pojechalismy do Motelu 6 (w Waszyngtonie) i tam czekaly na nas dwie niespodzianki: primo - bylo na tyle wczesnie, ze moglam zrobic pranie (wylal mi sie plyn do kapieli w walizce i wszystko mialam w mydlanych plamach) i secundo – bylo na tyle pozno, ze w basenie pod motelem juz nikt nie plywal i mielismy ponad pol godziny na pluskanie sie w wodzie. Tylko tego nam bylo potrzeba! A do tego Murzynek w recepcji twardo gadal do mnie… po rosyjsku ;-)



Niedziela


Dawno temu, uczac angielskiego, przerabialam tekst o Amiszach. Teraz mialam realna szanse spotkac ich na zywo! Pojechalismy do Lancaster, gdzie rzekomo mialo ich byc mnostwo, a tu wtopa. Podreptalismy do informacji turystycznej, zapytac, gdzie mozna ich zobaczyc, a tam… Amisz! Skierowano nas do Lancaster County Visitors Center (przy drodze 30 i Greenfield Road), gdzie zaraz zaczynala sie wycieczka busikiem po Pensylvania Dutch County (miedzy Bird-in-Hand, Intercourse i Brownstown). Czad! Co prawda kierowca prowadzil tak szybko, ze sie nie dalo robic zdjec, ale za to widzielismy dziesiatki Amiszow, w galowych czarno-bialych strojach, kapeluszach i czepkach na glowie, w ich bryczkach konnych i na skuterach (polaczeniu roweru z hulajnoga). W niedziele nie pracuja, tylko odwiedzaja sie nawzajem i gdzieniegdzie bylo widac kilkunastoosobowe zgromadzenia na gankach.








Po poludniu pojechalismy do Filadelfii, gdzie na szczescie postanowilismy zobaczyc memorial Thadeussa Kosciuszki, bo w tamtej okolicy byly najladniejsze, stylowe domki. Mijalismy tez Independance Hall, dom Betsy Ross - szwaczki, ktora uszyla pierwsza flage USA, Chinatown i popularna Elfreth's Alley. Spacer zakonczylismy przy najwiekszej swiatyni masonskiej i pieknym ratuszu.
















Poniedzialek, 21 czerwca

Moje urodziny ;-) Rano utknelam przy komputerze na mailu i facebooku czytajac wpisy z zyczeniami (poranek w Stanach, to popoludnie w Europie, wiec wszyscy zdazyli sie dopisac). Jeszcze pospiesznie zarezrwowalam hotel przy Central Parku i pojechalismy do Nowego Jorku!

Tego dnia postanowilismy troche wyluzowac, a i tak obeszlismy prawie cale miasto. Zaczelismy od Battery Park, gdzie kolejka do promu na Liberty Island do Statuy Wolnosci troche nas zniechecila, kupilismy tylko bilety na nastepny dzien na 8.30 rano i skierowalismy sie na polnoc. Broadwayem doszlismy do Wall Street, obfotografowalismy sie przy byku i sklepie Tiffaniego, przy World Trade Center poszlismy na piwo i idac dalej ‘zaliczalismy’ kolejne wiezowce, Fifth Avenue i piekny Grand Central Terminal. Jak zaczelo sie sciemniac, obejrzelismy kolorowy i tetniacy zyciem Times Square i zupelnie po ciemku wjechalismy na Empire State Buildnig (rewelacja!!! choc 'tylko' 449 metrow). Na koniec zjedlismy urodzinowa kolacje przy muzyce na zywo i dobrze po polnocy wrocilismy do hotelu.




Wtorek

Pobudke mielismy o 6.45, zeby dojechac do Statuy. Byla to sluszna decyzja, bo z rana nie stalo sie w kolejach, za to znowu przeszlismy skrupulatna kontrole i rewizje (kuzynke jeszcze w tajemniczy sposob z nieznanej przyczyny... przedmuchali), kazano zostawic wszystkie torebki i plecaki i z samym aparatem moglismy isc dalej. Statua okazala sie byc ciut mniejsza, niz sie spodziewalam, ale za to wrazenie robil widok Manhattanu (spojrz na dwa zdjecia i znajdz roznice).





Potem poplynelismy na Ellis Island, gdzie docierali kiedys emigranci z Europy i w ogromnym muzeum znalezlismy duzo ulotek po polsku, typu:



Jak wrocilismy na lad, bylismy juz tak zmeczeni, ze reszta sil poszlismy obejrzec Most Brooklyn'ski, ale nie chcialo nam sie nawet na niego wchodzic, podjechalismy pod ONZ i postanowilismy uciec od goraca i schronic sie w Guggenheim Museum (budynek projektowany znowu przez Franka Lloyda Wrighta - niektorzy moga go kojarzyc w filmu ‘International’). Wnetrze ma ksztalt ogromnej spirali, wiec najpierw wjezdza sie winda do gory, a nastepnie schodzi pochyla podloga na sam dol ogladajac dziela sztuki wspolczesnej.

Stamtad bylo juz blisko do naszego hotelu (musielismy tylko przejsc przez Central Park) i poswiecilismy jedyny wieczor na nic-nie-robienie podczas calej wycieczki (ja mialam dzieki temu wreszcie czas na wypisanie kartek). A NY to niby miasto, ktore nigdy nie spi:  http://www.youtube.com/watch?v=B1mqJWotuAE ;-)



Sroda

Moj kuzyn rano zalozyl koszulke z 20 km w BXLi i poszedl biegac po Central Parku, a ja z kuzynka powedrowalysmy szukac tam rzezb. Znalazlysmy ich mnostwo, przy czym najlepsze to:

Alicja w Krainie Czarow


i Andersen czytajacy basn o Brzydkim Kaczatku. 


Przeszlysmy tez przez Strawberry Fields - niegdys ulubione miejsce Lennona, obecnie poswiecone pamieci artysty.

Po spacerze uznalismy, ze niezbedne minimum atrakcji w Nowym Jorku zostalo przez nas zaliczone (i to chyba nawet z nawiazka) i ze spokojnym sumieniem mozemy ruszyc dalej. Zreszta ja stwierdzilam, ze miasto bardzo przypomina mi Bruksele, tylko jest duuuuuuuuzo wieksze – wszedzie lezaly takie same torby ze smieciami, wciaz natykalismy sie na zabytkowa kostke brukowa, w pubach krolowala Stella Artois, a po calym miescie rozsiane byly sklepy Leonidasa, Neuhausa i Godivy. Nawet Central Park z biegaczami skojarzyl mi sie z Cinquantenaire (tez wszyscy poruszaja sie w kierunku odrotnym do wskazowek zegara).


Na zdjeciu kolejno: Flatiron Building (dom-zelazko z 1902 roku), odbudowa World Trade Center, Empire State Building, Chrysler Building, Rockeffeller Center, Muzeum Guggenheima, zolte taksowki na Times Square, Statua Wolnosci, Brooklyn Bridge, siedziba ONZ, Central Park i mozaika 'Imagine' ku czci Lennona.

W poludnie pojechalismy w kierunku Bostonu i zahaczylismy o outlet w Wrentham. Pozniej trafilismy na bardzo odjechanego recepcjoniste w Motelu 6, ktory po raz pierwszy zazadal paszportow calej naszej trojki. Na nasze zdziwienie, uslyszelismy lordowski glos kolesia: 'Yes, in this establishment we need all the passeports'.




Czwartek


Boston. Znowu upal nie do wytrzymania. Za to zwiedzanie jest zaskakujaco proste, bo wystarczy isc wzdluz 4-kilometrowej czerwonej linii i po drodze mija wszystkie zabytki: stare cmentarze, koscioly i budynki zwiazane z historia kraju i 'herbatka bostonska'. Kolo poludnia znalezlismy knajpke z telewizorem i obejrzelismy niemal caly mecz, pijac kolejne piwa (generalnie zupa chmielowa byla naszym glownym pozywieniem podczas calej wycieczki). Dzieki temu dalsze zwiedzanie nabralo zupelnie nowego wydzwieku, lekko bujalo i najbardziej podobalo nam sie USS Constitution (fregata z 1797 roku, ktora jest najstarszym amerykanskim plywajacym statkiem wojennym i byla niepokonana w 33 bitwach). Nagle niebo zasulo sie chmurami i spotkala nas ulewa, ktora co prawda znacznie poprawila jakos powietrza, ale za to przeszkodzila nam w planach kupienia sobie koszulek z Harvardu dla mnie, Bostonu dla kuzynki i MIT (Massachusetts Institute of Technology) dla kuzyna. Biegiem wrocilismy do auta, ja jeszcze po drodze wypatrzylam sklepik z Tshirtem dla siebie i skierowalismy sie ku Albany.



Piatek

Adirondack Mountains, a wlasciwie tylko malownicze Lake George i pobliski fort, gdzie trafilismy akurat na przygotowania do weekendowego Fort Ticonderoga's annual Grand Encampment of the French & Indian War. Zjechaly sie dziesiatki Amerykanow, ktorzy rozstawili namioty, poprzebierali sie we wdzianka z epoki i czekali na turystow, ktorzy chcieli sie z nimi fotografowac. Ci, co udawali Europejczykow, byli bardzo wymyslnie ubrani, zas w przypadku Indian za stroj robila czasem tylko skapa opaska na biodra ;-)


Przeprawilismy sie  promem na druga stone rzeki i ruszylismy na polnoc ku Kanadzie!

Przejechalismy przez ten tydzien przez stany: West Virginia, Maryland, Pennsylvania, New York, Connecticut, Massachusetts i Vermont. I do tego przyjemnosc podrozowania nam wzrosla, bo do naszego zwariowanego TomToma zaladowalismy glos lektora filmowego - Tomasza Knapika. Teraz za kazdym razem, jak sie gubilismy, pan Tomek niezasluzenie od nas obrywal ;-) I tylko na koniec dnia po slowach 'Dotarles na miejsce' brakowalo nam zdania 'Czytal Tomasz Knapik'.