Dopiero w ostatni weekend zorientowalam sie, ze dni sa coraz krotsze (o dziewiatej wieczorem robi sie juz ciemno, a dopiero co bylo widno przed jedenasta), ze niemal co dzien do pracy zabieram kurtke, ze na sciezkach Ambiorixu leza brazowe kasztany. Nic dodac, nic ujac, tylko jesien idzie. Dostalam juz powiadomienie, ze w poniedzialki i piatki przed praca bede miec francuski (koniec z przedluzonymi weekendami), wkrotce zaczynam kurs niderlandzkiego, powoli reaktywujemy cotygodniowe proby chorow. Idac przez park czasem patrze, czy w Brukseli tez sie rankiem srebrza pajeczyny, ale jasne nitki widze tylko w lustrze, jak we fraszce Sztaudyngera:
Zdobi nitka siwizny głowę szpakowatą,
A żona się uśmiecha mówiąc: "Babie lato..."
No coz, koniec wakacji (co widac rowniez po naszych lanczach w pracy, na ktore przychodzi coraz wiecej osob). Mam teraz ostatnie dni na leniuchowanie i beztrosko co wieczor biore kolejne ksiazki ze stertki lektur pozyczonych i korzystam, ze pogoda i coraz wczesniej zapadajace ciemnosci nie zachecaja mnie juz do wychodzenia z domu i bez wyrzutow sumienia moge sobie siedziec/lezec i czytac. Ostatnia okazja!
wtorek, 26 sierpnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz