W weekend po raz pierwszy mialam okazje pojechac do miasta, przez ktore przewinely sie tlumy Polakow, a co niektorzy nie omieszkali pozostac na dluzej. Mam tam wciaz znajomych i dzieki ich zaproszeniu trafila mi sie mozliwosc, zeby ich odwiedzic i przy okazji poznac Dublin. Punktow do zwiedzania mielismy sporo, a pogoda byla typowa dla tego kraju, choc tylko raz mocno przemoklismy (z reguly ulewy udawalo nam sie przeczekiwac w pomieszczeniach). Z zimnem i wilgocia walczylismy na sposob iscie irlandzki i kazdy dzien (z calych dwoch, ktore tam spedzilam) byl poswiecony innemu trunkowi. Motywem przewodnim soboty bylo... whiskey (przez 'e', w odroznieniu od szkockiej, ktora sie zapisuje 'whisky'), a konkretniej Jameson. Na zwiedzanie destylarni udalam sie razem z kolezanka i od razu na poczatku wycieczki sie zglosilysmy jako 'testerki'. Polegalo to na tym, ze po oprowadzaniu z przewodnikiem (skadinad bardzo ciekawym i teraz polecam je kazdemu), dostalysmy do sprobowania 3 rodzaje trunkow: Scotch whisky, American whiskey i Jamesona

i naszym zadaniem bylo je porownac i wybrac najlepsze. Wygral oczywiscie Jameson i tutaj wcale nie chcialysmy sie przypodobac organizatorom, ale faktycznie najbardziej nam odpowiadal. W nagrode dostalysmy dyplomy i kolejna szklanke trunku, ktora moglysmy wedle uznania zuzyc na zrobienie dowolnego drinka i teraz juz wiem, ze najbardziej mi smakuje zmieszane z 'ginger ale' (taki napoj imbirowy).
http://www.jameson.ie/text/global/enjoy/mixology.phpPo zwiedzaniu destylarni i zapoznaniu paru osob, ktore obserwowaly nasze zmagania w czasie degustacji, juz nawet ulewny deszcz nam nie przeszkadzal i przyszly maz kolezanki odprowadzil nas, tryskajace dobrym humorem pomimo przemiekajacych butow, do domu.
Niedziele poswiecilismy na piwo. Najpierw pilam Tigera w tajskiej restauracji, czyli piwo azjatyckie, ktore znam z ksiazek Bruczkowskiego, a potem poszlismy do Temple Bar, czyli pubowej dzielnicy Dublina, gdzie moglam wypic Guinnessa. Widzialam tez pub, gdzie piwo polskie stalo na polce kolo belgijskiego, posluchalismy troche irlandzkiej muzyki na zywo i zespolu czesko-polskiego i generalnie bylo bardzo przyjemnie.
A z irlandzkich alkoholi w sumie nadal najbardziej lubie... Baileys'a ;-)
Natomiast zadna wycieczka nie moglaby byc w pelni udana, gdybym nie miala choc drobnych elementow survivalowych. I jak na polwyspie Howth zobaczylam znak 'Uwaga niebezpieczne klify', to juz od razu wiedzialam, ze to miejsce bedzie moim ulubionym i zadne drinki nie przebija przepieknych widokow podczas spaceru (obuwie sportowe niestety mi przemieklo w sobote i sie wspinalam w kompletnie nie nadajacych sie na ta nawierzchnie polbucikach, ale w koncu nie od parady naleze do Epsek-Grotolazek). W tej chwili juz glownie mysle, jak tu zorganizowac w przyszlym roku wycieczke na zachodni brzeg Irlandii, gdzie jest ponoc jeszcze piekniej! I o ile do Dublina wroce chetnie glownie w celach towarzyskich (zakladajac, ze znajomi jeszcze tam zostana i ponowia zaproszenie), to reszta wyspy kusi mnie bardzo na wedrowki 'w naturze'. Mam jeszcze pare miesiecy, zeby to dokladniej przemyslec...
Tu pare zdjec (na zachete) - po kliknieciu mozna powiekszyc:


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz