wtorek, 10 lutego 2009

Nagranie

Uffff. Wczoraj wieczorem udalo nam sie wreszcie zakonczyc nagrywanie plyty z koledami!!! W ciagu najblizszych miesiecy beda jeszcze dograni solisci, dzieci (wtedy my spiewamy tylko 'dudududu' albo 'hmmm hmmm') czy skrzypce i trzymam kciuki, zeby nie trzeba bylo robic zadnych poprawek. Plyte nagrywalismy po nocach w kosciele o.Dominkanow, trzesac sie z zimna i popijajac herbatke z wkladka. Kazdy mial na sobie pare warstw swetrow, cieple buty, czapki, rekawiczki (wszystko z nieszeleszczacych materialow) i wygladalismy wyjatkowo zabawnie i kolorowo (zwlaszcza z zaczerwienionymi policzkami z zimna). Ale czego sie nie robi dla sztuki ;-)))

Pierwsze nagrania robilismy zaraz po naszym powrocie z nart i na wyjazd ja i jedna kolezanka chorzystka dostalysmy zadanie nauczenia sie i przecwiczenia tekstow. Spiewnikow ze soba nie wzielysmy, ale dyrygentka i tak moglaby byc z nas dumna, bo pod koniec stycznia poszlysmy na niedzielna msze do malutkiego kosciolka we St Sorlin, gdzie ksiadz przyjezdza tylko raz w miesiacu (akurat dobrze trafiysmy), stanowilysmy prawie polowe wiernych, ktorzy sie tam zgromadzili i na pytanie, co umiemy zaspiewac wyjechalysmy z polskimi koledami. Zatem dzielnie szerzylysmy polska kulture na wysokosciach.

Na szczescie pomimo mojego sentymentu i zamilowania do koled, ten repertuar zamknelismy na najblizsze pare miesiecy. Za to na naszym chorku w pracy cwiczymy intensywnie... 'Va pensiero' z 'Nabucco' Verdiego. Podklad muzyczny mamy z plyty - jednym slowem bawimy sie w karaoke ;-)

http://www.youtube.com/watch?v=7K68tdN3fYw

niedziela, 1 lutego 2009

Wspomnienia z podboju UE

W zeszlym roku moj blog zostal wspomniany przez Reine_Marguerite. Wkrotce rozpocznie staz w Brukseli (trzymam kciuki) i troche mnie sprowokowala do przypomnienia sobie, jak to bylo na poczatku... Na moja druga rocznice, kiedy ze znajomymi robilysmy duza impreze, jedna kolezanka przygotowala swietna prezentacje o mnie i innych Epskach, ktore tez zaczely prace w lutym. W tym celu musialysmy podeslac jej fragmenty starych maili, ktore pisalysmy do znajomych/rodziny. Tu wklejam kilka fragmentow z 2006 roku:

Wszystko zaczelo sie w piatek po pracy wyjsciem z moim Unitem na piwko. Nauczona doswiadczeniami z poprzedniej firmy bardzo sie ucieszylam z takiej mozliwosci, jak mi jeszcze powiedzieli, ze idziemy do jakiegos super miejsca, gdzie chodza urzednicy, to sie ucieszylam jeszcze bardziej i jak juz dojechalam na miejsce (srednia wieku ludzi z ktorymi pracuje jest ok. 40 lat, wiekszosc po slubie i jeden 'kolega' mnie podrzucil) to sie zalamalam - bylo tam tak potwornie ciasno, ze ludzie stali w kurtkach z piwem w reku i udawali, ze jest tak super. Porazka. Czulam sie jak w tramwaju, taki scisk, tylko nie bujalo. Po 2 godzinach zwatpilam i zwialam prosto na comiesieczne spotaknie Polakow pracujacych w instytucajach (w kazdy pierwszy piatek miesiaca). Jak tam doszlam, bladzac niemilosiernie, to wpadlam w absolutny zachwyt - pub wygladal bardzo polsko, wokol sami Polacy, az zal bylo wychodzic.

W sobote ruszylam na poszukiwanie mieszkania. Generalnie to mi sie srednio podobaly, bo pietra sa malutkie i wszedzie sie trzeba bardzo nachodzic po schodach. Hitem bylo jedno mieszkanie, generalnie bardzo ladnie urzadzone, gdzie w celu dojscia do pokoju, ktory mialam wynajmowac, trzeba bylo pojechac w gore winda, potem pietro po schodach, potem korytarz, potem super waskie i strome schody w dol, tak zakrecone, ze caly czas sie zastanawiam, jak ja bym tam sie miala zmiescic z walizka. Zeby sie dostac do salonu, stala drabina, po ktorej trzeba sie tam bylo wdrapac. Jakis kosmos. I pokoj kosztowal tam 500 eur. Pewnie nie musialabym doplacac jeszcze za gimnastyke, ale i tak dziekuje bardzo za takie udogodnienia. Ostatecznie zdecydowalam sie na ladny pokoik z balkonem, 10 min pieszo od pracy, w ladnej i podobno bezpiecznej okolicy, lazienka na polpietrze (niestety) i 4 innymi osobami wynajmujacymi pokoje na innych pietrach. Zaraz ide podpisac kontrakt i mam pokoik na 6 miesiecy z mozliwoscia przyjmowania gosci ;-)))

Co do pracy, to tu wcale lepiej nie jest, jesli chodzi o to co tu robie. Caly czas nie wiem, co gdzie jest i za co sie zabrac. Dzis pol dnia stracilam na wyrobienie sobie indentyfikatora - poszlam tam o 8-mej, zeby byc jedna z pierwszych, ze specjalnej maszyny wyciagnelam numerek i jak zaczeli nas wpuszczac, to sie okazalo, ze tasma z numerkami byla wlozona w odwrotnej kolejnosci i numery zamiast narastac, to sie zmniejszaly. Balagan maksymalny!

Poza tym jestem troszke przytloczona biurokracja i procedurami. I pomyslec, ze narzekalam kiedys na tabelki w poprzedniej pracy. Tu zamiast tabelek mam liste, z ktora bede pokonywac kilkometry po korytarzach zbierajac podpisy. Przynajmniej nie bede narzekac na brak ruchu ;-))) Ludzie, z ktorymi pracuje, sa na szczescie dosc sympatyczni i pomocni. Jak na poczatku dostalam od IT klawiature francuska - oni tam maja wszystko w innym miejscu - i troche ponarzekalam, od razu mi zalatwili taka normalna (a wiem od innych ludzi z innych DG, ze sie nie moga doprosic o zmiane).Niestety mam szefowa gestapowca - nawet na kurs francuskiego mi zolza nie pozwolila pojsc, bo mam sie skupic na pracy.


Szkoda, ze wtedy nie wpadlam na pomysl prowadzenia bloga, bo bym miala takich historyjek jeszcze wiecej. Na koniec cytuje absolutny hit w postaci wspomnien mojej kolezanki :

Umowmy sie, nie byla to najlepsza decyzja jaka podjelam w zyciu. Dzisiaj przed praca usilowalam kupic sobie kolejna paczke chusteczek higienicznych, bo z nosa leje mi sie ciurkiem. Tymczasem zachodze dzis do sklepu a tam polka pusta i nie ma zadnych. Mysle sobie kupie w jakims kiosku po drodze, ale tu (cenzura) nie ma zadnych kioskow po drodze. Tu sa albo domy, albo biura, albo sklepy z drogimi ciuchami, ewentualnie (cenzura) czekoladki. Spozywczych jest malo, bo to jest Europa Zachodnia i oni nie jedza w domu - albo na stolowkach albo w restauracjach. Przekonuje sie powoli do Arabow, bo to jest jedyny narod, ktory tu pracuje jakos sensownie.

Rocznica

Dzis obchodze 3 rocznice rozpoczecia pracy w Komisji. Wciaz pracuje w tej samej dyrekcji, ale rok temu zostalam przesunieta z inicjowania platnosci dla jednego z dzialow do ich sprawdzania dla calego dyrektoriatu. I poki co, zadnych zmian nie planuje, choc na tym stanowisku moge byc jeszcze max 2 lata i musze sie przeniesc gdzies indziej (jest to wymog dla finansistow, zeby zminimalizowac ryzyko korupcji). Na szczescie jako mianowany urzednik nie musze sie martwic bezrobociem.

Przyjazd do Brukseli ma jednak swoje dobre i zle strony.

Glowne plusy to:
• Stabilna i dosc spokojna praca
• Mnostwo nowych mozliwosci: spiewanie w chorach, koncerty i wodewile, liczne wycieczki i nowi znajomi, z ktorymi mozna 'konie krasc'
• Swietna lokalizacja - 1,5 godziny pociagiem od Paryza, 2 od Londynu, 6-7 od Lazurowego Wybrzeza ;-)

Ale sa tez minusy:
• Zamienilam sliczna podlodzka miejscowosc, las i ogrodek z grzadkami z kwiatkami na zanieczyszczone miasto (szczegolnie dotkliwie odczulam to wczoraj, jak wrocilam z gor i poczulam smrod spalin)
• Coraz bardziej czuje sie 'gosciem' jak wracam do Polski, a z kolei w Belgii wciaz jeszcze nie jestem do konca 'u siebie' - ciagle sie nie moge dogadac z tubylcami, a francuskiego sie bede uczyc permanentnie

Przede mna jeszcze ponoc 40 lat pracy (chodza sluchy, ze wiek odchodzenia kobiet na emeryture maja z czasem przesunac do 70tki). Glownie mnie martwi fakt, ze coraz mniej nadazam za tym, co sie dzieje w Polsce - w grudniu kuzynka mi przywiozla gazete 'Viva' z rankingiem 50 najprzystojniejszych Polakow i o wiekszosci z nich nigdy nie slyszalam. Nie znam nowych piosenkarzy, prezenterow telewizyjnych, aktorow. O hitach ksiazkowych dowiaduje sie z 'Merlina' z lekkim opoznieniem, a nowosci filmowe docieraja do nas wiele miesiecy pozniej na DVD. Za pare lat juz zupelnie sie pogubie... Szkoda...

sobota, 31 stycznia 2009

Sprawnosc niedzwiadka


I wrocilam. Cala i zdrowa i baaaardzo zadowolona z wyjazdu. Narciarki ze mnie nie bedzie (po tygodniu prob jestem mistrzynia...oslej laczki), ale atmosfera w schronisku, przepieknie osniezone szczyty i slonce w srodku zimy tak mi sie podobaja, ze powoli zaczynamy planowac podobny wypad na przyszly rok!!!

Ale nie bylo latwo. Nasz wyjazd zorganizowalo UCPA (stowarzyszenie promujace sport na swiezym powietrzu, poczatkowo dzialajace na terenie Francji, obecnie poszerzajace swoj zasieg na skale ogolnoswiatowa). Nieopatrznie szukajac kursu pod zakladka 'ski alpin' wybralysmy opcje 'ski passion', ktora okazala sie wyjazdem dla najbardziej zapalonych narciarzy. Grupa poczatkujaca, do ktorej zaliczalam sie bezwzglednie, miala pierwsze wstepne dwugodzinne spotkanie juz w niedziele, gdzie nauczylismy sie: zjezdzac, skrecac i zatrzymywac sie. Czyli generalnie podstawy mielismy juz za soba i w poniedzialek wyjechalismy na pierwszy zielony szlak. Niestety nie przewidzialysmy kilku drobnych kwestii: w 12osobowej grupie wiekszosc osob juz umiala jezdzic na nartach, a od poniedzialku program przewidywal po 5 godzin dziennie zajec z instrukorem, co nijak sie mialo do naszej kondycji. W efekcie pierwsza Epska juz w niedziele miala kontuzje kolana, dzien pozniej ja meczac sie okrutnie z wchodzeniem pod gorke w nartach, gdzie kazdy krok w przod konczyl sie dla mnie zjazdem do tylu, wkurzylam sie i zrezygnowalam z kursu. Tego samego dnia kolejna Polka poszla w moje slady z powodu bolu kolan i do piatku po poludniu z instruktorem zostala tylko jedna z nas, ktora ma za soba 4 lata szusowania, ale tez byla w grupie poczatkujacej. Z 12 osob z instruktorem do konca wytrwalo 5. W tydzien przejechali chyba wszystkie zielone i kilka niebieskich szlakow.

Jako 'spady' z grupy bawilysmy sie jednak doskonale!!! Mialam czas na spacerki, wylegiwanie sie w sloneczku na lezaczkach, a oprocz tego co dzien bralysmy narty, same jezdzilysmy sobie na oslej laczce i wjezdzalysmy pod gore na najprostszym wyciagu. I choc nie naleza mi sie zadne gwiazdki ani odznaczenia narciarskie wydawane przez ESF (Ecole du ski français), to jak najbardziej zasluzylam juz na odznake niedzwiadka (umiem bezblednie rozpoznac moj sprzet, samodzielnie zapiac buty i narty, wjezdzac orczykiem do gory, zjezdzac w dol, skrecac i hamowac plugiem!). Niestety instruktor nie chcial mi jej wydac, bo nie widzial moich osiagniec na wlasne oczy, a zeznania swiadkow mu nie wystarczaly. Bede sie zatem musiala postarac w przyszlym roku ;-)

Za to jako poczatkujaca narciarka mam wrazen co niemiara:

• Sprzet jest ciezki jak diabli. Jak dochodziłam na stok, to mialam z reguly juz dosyc dzwigania. Idac w butach czulam sie jak astronautka spacerujaca po ksiezycu. Raz tylko jak wyszlam ze schroniska poczulam sie dziwnie swobodnie, ale szybko sie zorientowalam, ze wzielam ze soba wszystko procz… nart.
• Nie przypominam sobie, zebym kiedys miala tak bezbolesne upadki ;-) Lezalam pare razy, nic sobie nie uszkodzilam, nawet nie mam siniakow i wszystko by bylo dobrze gdyby nie to, ze sama nie potrafie wstac. Jak po ktorejs wywrotce wypiela mi sie narta, to dopiero wtedy mi sie udalo samej zgramolic i podniesc do pionu. Podobno we wstawaniu pomagaja kijki, ale zgodnie z francuska szkola, poczatkujacy 'narciarze' jezdza bez nich.
• Kiedy mialysmy juz dosc zjezdzania, odkrylysmy jeden wyciag gondolowy, ktorym wyjatkowo moga wjezdzac piesi i potem wracac nim na dol. Zatem popoludniami ustawialysmy sie w kolejce, zatrzymywali cale urzadzenie zebysmy mogly wsiasc i dawali znac pracownikowi na gorze, ze w numerze tym i tym jada 3 spacerowiczki. Tam mialysmy juz znajomego pana w schronisku, ktory spedzil kiedys pare miesiecy w Warce i na nasz widok wykrzykiwal 'Dobry dien', 'Dziekuje', 'Dobranoc' i wszystkie inne slowa, ktore mu polsko brzmialy. Pozniej wracalysmy do wyciagu, ktory znowu trzeba bylo zatrzymywac i jak ksiezniczki zjezdzalysmy na dol wprawiajac w oslupienie tudziez rozbawienie wszystkich narciarzy wjezdzajacych na gore (dzieciaki pytaly nas, czy zapomnialysmy nart, czy nie pomylilysmy kierunkow, raz nawet minelismy sie z nasza grupa poczatkujaca). Niemniej jednak byla to swietna okazja dostac sie na wysokosc 2000 m npm (miasteczko znajdowalo sie 400 metrow nizej).
• Osrodek, gdzie mieszkalismy, byl pelen super przystojnych... Szwedow! Mimo tego, ze maja u siebie gor pod dostatkiem, pare godzin swiatla dziennego na polnocy znacznie ogranicza czas na szusowanie i gromadnie zjezdzaja do Francji, ktora procz swietnej infrastrukury, pozwala na spedzanie na stoku 8-9 godzin dziennie. Szczegolne wrazenie robili na nas narciarze 'hors-pistes', czyli szusujacy poza wyznaczonymi szlakami. Mimo tego, ze jest to juz sport bardzo niebezpieczny, z reguly wracali wieczorami bez uszkodzen, a najwiecej wypadkow bylo wsrod grup mniej zaawansowanych (w naszej 12tce byly 2 kontuzje kolana i jedna kostki).
• Alpy zima sa przepiekne. Az brak mi slow, zeby opisac widoki. Kilka zdjec bedzie musialo wystarczyc (po kliknieciu na fotki, mozna je zobaczyc w wiekszym rozmiarze).

St Sorlin d'Arves, czyli miasteczko, w ktorym mieszkalysmy

Bylo tyyyyle sniegu

A to juz nasza osla laczka

Les Aiguilles d'Arves (charakterystyczne 3 szczyty o wysokosci 3510 metrow, zdjecie zrobione z lezaczka pod schroniskiem na 2000m)

Descente aux Flambeaux, czyli piekne nocne widowisko, kiedy instruktorzy zjezdzaja z gory z pochodniami - impreza konczy sie sztucznymi ogniami

piątek, 23 stycznia 2009

Narciary

No i jutro jedziemy! Niestety mam dowody rzeczowe, ze nie bedzie to moja pierwsza przygoda z nartami - ponizej zdjecie sprzed paru lat ;-)



Ale teraz bede miala pewnie jeszcze wiecej frajdy. Jedzie nas szostka (bedziemy w jednym pokoju w schronisku), mamy roznokolorowe kurteczki i te same zestawy skarpet z Decathlonu i przed paroma dniami juz sie ekscytowalysmy jak nam czadersko sprezynuja buty trekingowe. Jak zalozymy buty i narty, to pewnie wogole padniemy z radosci.

Attention! J'arrive!!!

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Maly update ;-)

• Po smogu nie ma sladu - anomalia pogodowe sa za nami, deszcz pada az milo!
• Na egzaminie z niderlandzkiego mialam ponad 90% poprawnych odpowiedzi (co jest doskonalym wynikiem wziawszy pod uwage, ze przed testem glowie czytalam kolejne 4 tomy sagi o wampirach). Francuski, ku mojemu zaskoczeniu, tez mam do przodu.
• Za to przesluchania do musicalu nie przeszlysmy, takze kariera w szol-biznesie nie jest nam pisana (przynajmniej przez najblizsze kilka miesiecy).
• W Wielkiej Orkiestrze Swiatecznej Pomocy Epsy zebraly ponad 5000 eur.
• Mam ekwipunek na narty (poza butami i nartami, ale to nam wypozycza na miejscu).
• Na najblizsze miesiace zapowiedzialo sie juz do mnie 4 gosci, po powrocie ze stokow zamierzam sie wreszcie na powaznie zabrac za planowanie wakacji.
• 16.01. dwie chorzystki urodzily dzieci (z roznica tylko kilku godzin, ale dzien ten sam). Obie spiewaja w sopranach, wiec mamy namacalny dowod doskonale zgranych glosow w naszej scholi ;-)

A z chorem wczoraj koncertowalismy w szpitalu dzieciecym Reine Fabiola. Troche smutno bylo patrzec na grupke maluchow poprzyczepianych do kroplowek, ale kiedy dostaly caly zestaw instrumentow do halasowania (bebenkow, tamburynow, trojkatow itp), dopingowaly nam jak mogly. Szczegolne zaslugi mial tu jeden z naszych kolegow, ktory porywal dzieciaki do zabawy (zanim zaczelismy koncertowanie) skaczac przed nimi i wymachujac bransoletka z dzwoneczkami. A my spiewalismy to, w czym jestesmy najlepsi, czyli tradycyjne polskie koledy! I choc sluchaly nas dzieci i rodzice francuskojezyczni, pochodzenia afrykanskiego czy nawet z Bliskiego Wschodu, to i tak nie mialo to znaczenia. Najwazniejsze, ze nawet te najbardziej doswiadczone przez los maluchy, mimo cierpienia, slabszej uwagi, na koniec zaczely sie usmiechac. Kto by pomyslal, ze 'Oj maluski' czy 'Z narodzenia Pana' moga miec taki efekt terapeutyczny i to na szczeblu miedzynarodowym ;-)

Wczoraj wieczorem bylam jeszcze na modlitwie Taizowej, skierowanej glownie do osob, ktore goscily pielgrzmow w grudniu. Katedra brukselska pekala w szwach. Oprocz medytacji i wspolnego spiewania, kilka osob wypowiadalo sie na temat swoich doswiadczen ze spotkania. Najwieksze brawa dostali ci, co wspominali, jak musieli lamac bariery flamandzko-walonskie, zeby sie wywiazac z obowiazkow gospodarzy. Moze zatem nie wszyscy chca tego podzialu Belgi...?

A jutro w zwiazku z naszymi zaslugami w Punkcie Informacyjnym UE mamy spotkanie z komisarzem Janem Figel'em! I dostaniemy listy z podziekowaniem, ktore sami ukladalismy ;-)

piątek, 16 stycznia 2009

Entropa, czyli czeski punkt widzenia



Jest afera. W budynku Rady UE, do ktorego ostatnio chodze na lunche, od tygodnia budowano skomplikowana konstrukcje. Jak ja zawieszono w docelowym miejscu, wybuchl skandal. Czesi, ktorzy w tym polroczu przewodza UE, w karykaturalny sposob przedstawili poszczegolne kraje czlonkowskie. I choc sama generalna idea (stereotypy to bariery, ktore nalezy obalic) wydaje mi sie swietna i pomysl na ukazanie niektorych panstw bardzo mi sie podoba, to nie dziwie sie, ze jest kilka narodow, ktore moga sie poczuc urazone. I tak:

Na tle Polski stoi grupka ksiezy trzymajacych teczowa flage (symbol gejowski)
Wlochy to wielkie boisko pilkarskie
Bulgarzy zostali porownani do tureckiej toalety
Holandia jest zalana woda, z ktorej wystaja tylko wieze minaretow
Hiszpania to wielki plac budowy
Wegry to wysypisko melonow, z ktorych kilka jest ulozonych na ksztalt brukselskiego Atomium (troche mnie to zmylilo)

Kraje, ktore wg mnie bardzo trafnie zostaly przedstawione to:

Francja - duzy napis 'Strajk'
Szwecja - opakowanie po meblach z Ikei
Dania - ukladanka z klockow Lego
Rumunia - zamek Drakuli
Belgia - pudelko czekoladek
Niemcy - siec poruszajacych sie malutkich samochodzikow na autostradach

Wiecej o wystawie mozna poczytac na stronie: http://www.eu2009.cz/en/news-and-documents/news/entropa:-stereotypes-are-barriers-to-be-demolished-5634/#

A tu kilka zdjec i zagadka, jaki to kraj ;-)