niedziela, 18 kwietnia 2010

Gdyby...

Gdyby rok temu ktos napisal ksiazke o tym, jak delegacja najwazniejszych politykow i dowodcow sil zbrojnych leci razem samolotem uczcic pamiec poleglych i ulega wypadkowi, jak zjazd glow i reprezentantow panstw z calego swiata jest uniemozliwiony przez wybuch wulkanu na Islandii, to ksiazke zaliczonoby do gatunku fantastyki badz jako thrillera.

Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda - nie.
Mark Twain


Pod ambasada skladano liczne kwiaty i znicze, a w piatek w Katedrze odbyla sie msza, podczas ktorej ludzie przeroznych narodowosci mogli pomodlic sie za ofiary wypadku. My spiewalismy (ponoc bardzo dobrze wypadlismy, bo pozytywne sygnaly dochodza nawet od osob, ktore nas nie slyszaly), a Prymas wyglosil homilie w 4 jezykach (choc polska czesc do prostych nie znalezala). Ponizej zalaczam tekst kazania, tak jak zostalo wygloszone:

Beste broeders en zusters uit Polen, België, Europa en van over de hele wereld, die gekwetst werden door de ramp die Polen in rouw bracht, wees welkom bij deze viering die tegelijkertijd in het teken staat van verdriet, sympathie en hoop. Moge het Woord van God en het vieren van de Eucharistie een bron van vrede en troost zijn !

Drodzy bracia i siostry z Polski, z Belgii, z Europy i z całego świata, wstrząśnięci z powodu katastrofy, która pogrążyła Polskę w żałobie, witam was na tej Mszy świętej. Będziemy ją celebrować z bólem, ze współczuciem, ale zarazem i z nadzieją. Niech Słowo Boże i celebracja Eucharystii będzie dla nas źródłem pokoju i pociechy!

Frères et sœurs, si nous sommes réunis, c’est pour entourer de notre prière le peuple polonais qui est dans la peine. Nous célébrons cette eucharistie en commémoration du Président de la République de Pologne Monsieur Lech Kaczyński, de son Épouse Madame Maria Kaczyńska et de toutes les victimes dela catastrophe aérienne qui a eu lieu le 10 avril 2010, aux environs de Smolensk en Fédération de Russie.

During this eucharist we offer with bread and wine which human hands have made, the greatest gift we have to offer : the life of our brothers and sisters, whom we have known and loved, and in whose life we have been involved. And we pray to our Father that he will accept our offering and raise up our brothers and sisters, victims of the airplane-crash, with his Son in glory.

Voor deze herdenkingsviering hebben we heel eenvoudig de lezingen genomen die voorzien zijn voor de liturgie op vrijdag in de tweede week na Pasen. Zoals elke dag in de Paastijd zijn ze vol van hoop. Op het eerste gezicht lijkt die ramp, die zich voordeed op nagenoeg dezelfde plaats als waar men de herdenking zou vieren van de Poolse slachtoffers van het bloedbad te Katyn, bijzonder wreed en absurd. En, als we gelovig zijn, hebben we misschien dezelfde gevoelens ervaren als de discipelen te Emmaüs destijds, die van hun illusies beroofd zijn. Deze werden vergezeld op hun weg door de verrezen Jezus, maar zonder Hem te herkennen. En zij spraken Hem over hun hoop waarin ze teleurgesteld waren : “Wij hoopten dat Jezus de bevrijder zou zijn van Israël, maar alles is jammerlijk geëindigd met een nederlaag”.

Nous aussi, nous sommes tentés de dire : « Quel gâchis ! » Les disciples de Jésus, qui assistèrent à sa mort, fût-ce de loin, dans une totale impuissance, eurent la même tentation de désespérance : le Vivant par excellence qui sombre dans la mort, le Juste mis au rang des pécheurs entre deux brigands, la Source de la vie qui murmure sur la croix : « J’ai soif », le Fils bien-aimé du Père, celui qui disait : « Le Père et moi, nous sommes un », qui meurt en criant : « Mon Dieu, mon Dieu, pourquoi m’as-tu abandonné ? », tout cela paraît dénué de sens, absolument incompréhensible. Et pourtant, au jour de Pâques, il apparaît que tout cela avait un sens. Si Jésus était tombé si bas dans la solitude et la détresse, c’était pour que puissent être accueillies en Dieu toute détresse, toute solitude, toute misère humaines. C’est à ce prix que la résurrection de Jésus a ouvert une espérance qui ne désespère plus d’aucun être humain : « car le Fils de l’homme est venu chercher et sauver ce qui était perdu ».

It was this hope already which inhabited Gamaliel’s heart in the first reading. Probably this man did not believe yet in Jesus Christ the Son of God, nor in his resurrection from the dead, but he understands that finally all the events of history are in the hands of God, and that even those which puzzle us most are ultimately submitted to God’s Providence, the only one who is able to redeem everything. That is why he wisely advises those who share his faith not to fight against what appears to be a dissident faction in Judaism, and to let God manifest the purpose that he pursues through the shattering events of Jesus’ sentence to death and through the emergence of the Christian community. We do not now understand the meaning of what happened in the crash of that plane. We will, as usual, try to determine the human causes of this tragedy through an investigation. But as Christians, with the eyes on Jesus crucified and risen from the dead, in an almost blind, although so brightly enlightened faith, we are invited to accept that this tragedy, like many others, will reveal its meaning, even if we cannot understand it now.

Peut-être aurez le sentiment, même comme croyants, que cette lueur d’espérance est bien fragile face à la douleur qui étreint tout un peuple, par-delà les clivages religieux et politiques. Mais qu’est-ce qu’étaient les cinq pains d’orge et les deux poissons dont l’apôtre André signale la présence, quand il s’agit de nourrir tant de monde, environ cinq mille hommes ? Cela paraît franchement dérisoire. Mais, à partir de ce tout petit peu, le Seigneur est capable de procurer une nourriture si abondante qu’avec les morceaux qui restent du repas il est encore possible de remplir autant de paniers que les douze tribus d’Israël et que les douze Apôtres de la Nouvelle Alliance.

Moi drodzy bracia i siostry, wobec tego dramatu, także nasze ubogie słowa wypowiedziane podczas tej liturgii mogą wydawać się śmiesznie błahe i, w pewnym sensie, takie są. Nawet emocje, które jednoczą w tych dniach synów i córki Rzeczypospolitej, tysiące kwiatów i świec, łzy i kondolencje napływające z całego świata, wszystko to może wydawać się nic nie znaczące wobec tak niepowetowanej straty. A jednak, nawet ci, którzy nie wierzą w zmartwychwstanie Chrystusa i nasze, oraz – tym bardziej – ci, którzy złożyli nadzieję w Chrystusie zmartwychwstałym, przeczuwają w głębi serca, że to wielkie nieszczęście nie pójdzie na marne i że już teraz zaczyna przynosić owoc niezwykłego braterstwa. To jest to, co Jezus nam zapowiedział, On, który staje się obecny wśród nas w tej liturgii: „Na świecie będziecie musieli cierpieć, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat” (J 16, 33). Amen. Alleluja!

czwartek, 15 kwietnia 2010

Efekt motyla

W fizyce istnieje zjawisko zwane ‘efektem motyla’, ktore sprawia, ze bardzo zmiana wartosci poczatkowych moze wywolac zupelny chaos. Przykladem jest trzepot skrzydel motyla w Ohio, ktory powoduje burze piaskowa w Teksasie.

Pare miesiecy temu na ekranach kin pojawila sie wspolprodukcja m.in.belgijska w postaci filmu Mr Nobody. Tam pieknie i poetycko przedstawiono, jak wiele zalezy od zupelnego przypadku. Nemo, glowny bohater, na lozu smierci analizuje 3 rozne zycia, jakie mogly mu przypasc w udziale, w zaleznosci od tego czy po rozwodzie rodzicow zostalby z mama czy tata i jak potoczylyby sie jego dalsze losy. I udowadnia, ze efekt motyla powszechnie wystepuje na codzien.

Na Islandii od kilku tygodni wieksza aktywnosc wykazuje jeden z wulkanow (o egzotycznie brzmiacej nazwie Eyjafjallajoekull). Ewakuowano juz 800 osob, a ostatni, najwiekszy wybuch spowodowal dostanie sie do atmosfety chmury pylow, ktora ma negatywny wplyw na ruch lotniczy w Europie i sparalizowala juz komunikacje w Skandynawii i Wielkiej Brytanii, a dzis wieczorem nadciagnela nad Belgie. W grupie zagrozenia sa tez astmatycy, dzieci i osoby starsze, choc wygrzewajac sie na sloneczku przez pare minut w poludnie stwierdzilysmy, ze pyly te, nomen omen ze stuprocentowo naturalnego zrodla, bo prosto z wnetrza ziemi, nie moga byc chyba gorsze od zanieczyszczenia z autostrad i glownych arterii miasta.

I kiedy przegladalam portale w poszukiwaniu informacji o wybuchu (znalazlam przede wszystkim bardzo malownicze zdjecia http://wiadomosci.wp.pl/gid,12175813,title,Wulkan-sparalizowal-komunikacje,galeria.html), natknelam sie na pytanie internautki - czy mozliwe, ze wulkan, od jakiegos czasu bardziej aktywny, mogl przyczynic sie do… tragedii w Smolensku… Zdolnosc wyciagania wnioskow niektorych osob jest zdumiewajaca...

Za to u nas panuje burza maili i zalew przeroznych opini na temat ostatnich wydarzen. Kiedy wlaczam wiadomosci widze tylko protestujacych pod Wawelem, protestujacych przeciw protestowi i coraz bardziej wydluzajaca sie liste gosci na uroczystosci pogrzebowe (choc okazuje sie, ze motyl dziala, bo erupcja w Islandii moze spowodowac, ze Prezydent USA nie przyleci na pozegnanie Prezydenta Polski).

Ja pod naporem ciaglych klotni i sprzeczek nie wytrzymalam i wypisalam sie z teatru amatorskiego (ktory stal sie forum dyskusyjnym zamiast artystycznym), nagle zyskalam wiecej czasu, obsadzilam juz balkon masa kwiatow (w tym roku zrywam z pelargoniami i eksperymentuje ze smagliczka, lobelia i roznymi rodzajami karlowatej trzmieliny) i zaczelam uzupelniac kalendarz kolejnymi wycieczkami, bo nie moge sie napatrzec na wiosne za oknem, biegajacych zolnierzy i tors Aresa na biurku, ktory dostalismy wydrukowany na kartce i sciereczce niewiadomego zastosowania (dla wtajemniczonych: Adonis jest juz u nas na wymarciu). I bez watpienia moge to nazwac np. efektem biedronki, bo przy takiej pogodzie usiedziec przed komputerem i przy biurku nie sposob.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Paradoksow ciag dalszy

Przegladalam wczoraj gazety, ktore sobie zakupilam w sobote na lotnisku. W 'Polityce' z dnia 10 kwietna w dziale 'Gadajace glowy' jest zdjecie Prezydenta, ktory wiaze spadochron i mowi, ze zaproszenie z Moskwy przyjal, ale nie do konca. Ironia losu. Kiedy dzis spojrzec na to, co prezentuja media, az trudno uwierzyc, ze chodzi o te same osoby, ktore opisuje prasa z zeszlego tygodnia.

Z kolei znajoma Polka opowiadala, ze jak w sobote odczytala SMSa z wiescia, ze Prezydent nie zyje, w pierwszej chwili pomyslala o Van Rompuy'u - najwyrazniej przeszlismy niezle pranie mozgu w tej Brukseli.


Opuszczono juz flagi do polowy masztow, a dzis przyszedl oficjalny mail z gory hierachii o laczeniu sie w bolu z Polakami i zaleca sie, zeby spotkania zaczynac minuta ciszy. Jednoczesnie dostalam maila od szefa z gratulacjami dla naszego dzialu (wprowadzilismy znaczne usprawnienia i statystyki nam sie poprawily jak nigdy dotad) i informacja, ze w srode uczcimy sukces szampanem. Nie wiem tylko jak powiazac toast z zaduma, ale uznanie za prace nam sie nalezy. A choc szkoda wielka uczestnikow katastrofy i wciaz trudno w to wszystko uwierzyc, nie oczekuje od nikogo kondolencji. Takie gesty solidarnosci i wspolczucia nalezy kierowac raczej ku rodzinom i bliskim ofiar wypadku. Wiekszosc nas i tak nie wyciagnie z tego zadnych wnioskow, co juz widac na przykadzie homilii w Katedrze Przemyskiej (pralat stwierdzil, ze tragedia mogla sie wydarzyc w srode, jak do Katynia polecial m.in. Tusk - http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,7763307,Szokujaca_homilia_w_Katedrze_Przemyskiej__POSLUCHAJ_.html).

A w miedzyczasie trzeba sie zabrac do pracy (dzis caly dzien zmarnotrawilam na szkoleniu, ktorego glowna mysla przewodnia byl fakt, ze w mitologii greckiej Ares zabil Adonisa - oba pojecia paradoksalnie naleza do naszego urzedniczego zargonu). Jest co robic.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Paradoksy

Kilka dni temu, podczas moich rozlicznych marszy i spacerow (w tydzien przewedrowalam chyba wiecej niz podczas trekkingu na Lazurowym Wybrzezu), poszlam zobaczyc 'pomnik lotnika' - drewniany krzyz ukryty wsrod drzew w samym srodku galkowskiego lasu upamietnia wypadek awionetki z 4 wrzesnia 2006, kiedy to rozbil sie i zmarl pilot Roman Sieradzki, lecacy z Krakowa do Bydgoszczy. Malo kto pamieta o wypadku (mi akurat mocno wryl sie w pamiec, bo tego dnia jechalam polprzytomna z Zakopanego prosto do lodzkiego szpitala z ostrym zapaleniem nerek), a jeszcze mniej osob wie, gdzie dokladnie do niego doszlo.

Inaczej bedzie z katastrofa lotnicza w Smolensku, ktora miala miejsce wczoraj rano. Juz sie pojawiaja pierwsze pamiatkowe plakaty, a kiedys z pewnoscia powstanie kolejny pomnik. Jest to ogromny paradoks, ze kilkudziesieciu ludzi, ktorzy dazyli do tego, zeby zbrodnia w Katyniu wyszla na swiatlo dziennie, zginelo w tej okolicy dokladnie 70 lat pozniej. Historia zatoczyla kolo. O ile kilka dni temu podobno dwie trzecie Rosjan (o Europie Zachodniej juz nie wspominajac) wogole o Katyniu nie slyszalo, to teraz nie da sie przemilczec tego, co sie tam wydarzylo. Niezaleznie od przekonan politycznych, zapatrywan, kraju pochodzenia itp wszystkim trudno uwierzyc, ze moglo dojsc do tak wielkiej tragedii.

Od rana dostawalam SMSy o specjalnej mszy w Kosciele Dominikanow w Brukseli, a polskie radio i telewizja nie podawaly zadnych innych wiadomosci. W necie na blogach, fejsbukach itp tez sie pojawilo mnostwo odniesien do wczorajszego wypadku. I rozlicznie cytowany jest fragment wiersza Herberta, ktory nagle stal sie na nowo aktualny (to mgla spowodowala trudnosci podczas ladowania). Ponizej wrzucam calosc:

Guziki

[ Pamięci kapitana
Edwarda Herberta ]

Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnię
jedyny pomnik na ich grobie


są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychstać mają ciałem
kiedy są lepką cząstką ziemi


przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las


tylko guziki nieugięte
potężny głos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów

Zbigniew Herbert

Ja zas nie moglam uczestniczyc w zadnych mszach, marszach itp, bo dokladnie 12 godzin po smolenskiej katastrofie lecialam zlotym jubileuszowym samolotem LOTu nawiazujacym do akcji Pawla Althamera (4 czerwca 2009 roku wraz z 160 "zlotymi ludzmi" przylecial do Brukseli uhonorowac 20 rocznice pierwszych polskich wolnych wyborow). Rano rozbil sie jeden samolot - symbol, a ja wieczorem wsiadlam do drugiego. I jak latam regularnie na trasie Warszawa-Bruksela, akurat wczoraj pierwszy raz na niego trafilam. Duzo mowiono o bezpieczenstwie, ale lot przebiegl spokojnie i nawet wyladowalismy troche przed czasem. Tylko nikt z podroznych nie chcial usiasc w 13tym rzedzie i bylam w nim sama jedna (uznalam, ze miejsce to jest tak samo (nie)bezpieczne jak kazde inne i przy odprawie bohatersko zgodzilam sie je zajac).

Jak wrocilam do domu, czekala mnie kolejna niespodzianka. Pod koniec marca ze smutkiem zostawialam mojego nowego amarylisa, ktory lada chwila mial zakwitnac i zakladalam, ze po powrocie z urlopu zostana po nim juz tylko suche szczatki.  Tymczasem zastalam go w pelnej glorii i chwale, tylko zamiast bialego z wisniowa obwodka okazal sie caly czerwony (widac w Amsterdamie mieli balagan w koszach).

A ostatnim paradoksem jest fakt, ze kiedy Polska pograzona jest w zalobie, TV Polonia relacjonuje tylko przebieg przewozu szczatek Prezydenta i kondukt zalobny, w Brukseli zycie toczy sie jakby nigdy nic. Zamast polskiego deszczu i przygnebienia, tu drzewa rozkwitaja na potege, ptaki cwierkaja z zapalem i, o dziwo, nawet slonce przygrzewalo od rana. Tylko w kosciele mozna bylo zapalic swieczke za zmarlych. I sie troche zadumac.

piątek, 9 kwietnia 2010

Wieczorynka na polnych drozkach

...i w chaszczach, lasach, rezerwatach i na polach, czyli sezon spacerowy rozpoczety!


Dzis juz za mna 25 km w tempie ok.6 km/h, co jest wynikiem calkiem niezlym jak na dukty i drogi gruntowe, tory kolejowe (trzeba bylo tylko przepuszczac pociagi), piachy i kaluze (asfaltu to mielismy moze 5 km), porywisty wiatr i drobna mzawke.





Od jutra na nowo zaczynam wiesc zycie mieszczucha...

Spotkania teatralne

Wiecie jaka jest roznica miedzy pacynka, marionetka i kukielka? Albo co to jest zyworeka? Ja nie wiedzialam, ale sie doksztalcilam, jak poszlam z coreczka sasiadow do lodzkiego Teatru Piccolo na przedstawienie 'Urodziny Baby Jagi'. Po niedlugiej fabule w temacie urzadzono pogadanke dla maluchow o teatrze. Tlumaczono gdzie sa kulisy, gdzie scena wlasciwa czy proscenium, a gdzie foyer. A nastepnie przedstawiono i zaprezentowano rozne rodzaje lalek. I tak:

Pacynka - jest nakladana na reke jak rekawiczka i poruszana przez animatora
Kukielka - osadzona na kiju
Marionetka - poruszana od gory za pomoca drucikow czy nitek zawieszonych na krzyzaku
Zyworeka - lalka, ktorej animator uzycza swoje dlonie
Muppet - naszemu pokoleniu chyba nie trzeba tlumaczyc ;-)

Normalnie nie moglam wyjsc z podziwu, ile to czlowiek moze sie nauczyc na przedstawieniu dla dzieci! Troche tylko niewygodnie bylo siedziec (a wlasciwie lezec) na srodku pierwszego rzedu tak, zeby nie zaslaniac czterolatkom.

Albo wyobrazcie sobie taka mala dziewczynke, lekko znudzona czekaniem na rozpoczecie sztuki, zawadiacko machajaca chudymi nozkami w blekitnych geterkach, ktora nagle przyznaje, ze kiedys tez wystawiala... PRELUDIUM DESZCZOWE FRYDERYKA CHOPINA!!!
- A jak to wystawialas?
- Normalnie. Mialam parasolke.
- I dla kogo to wystawialiscie? Dla rodzicow?
- Nieeeeee. Dla innych przedszkolakow!
Niektore preludia znam, ale o tym nie slyszalam, a o wystawianiu takich utworow to juz zupelnie nie myslalam. Musialam sobie wyguglac w internecie po powrocie do domu. I wyszlo mi czarno na bialym, ze w edukacji muzycznej mam zaleglosci od przedszkola. To chyba dlatego, ze nigdy do zadnego nie uczeszczalam.

Dla zainteresowanych link: http://www.youtube.com/watch?v=qn1ybsv-0ic

I nieco w temacie - niezawodna Irena Kwiatkowska, preludium e-moll Chopina i deszcz oczywiscie ;-) http://www.youtube.com/watch?v=juVLrJZHG4Q

Wracajac zas do siedmiolatkow, ostatnio rodzice mi opowiadali, ze jak z Wiktoria ogladali stare zdjecia, zaplatala sie wsrod nich moja fotka z pazdziernikowego biegu z Francji.
- A co Aga robila w Paryzu? - pyta coreczka sasiadkow.
- A skad wiesz, ze to Paryz?
- Poznaje po Wiezy Eiffla.
- Brala udzial w biegu.
- I co? Wygrala!
- A dlaczego tak myslisz?
- Bo widzisz jak trzyma reke?- tu wskazuje na moja dlon w charakterystycznym gescie. - To jest litera V. Victoria. Czyli zwyciestwo!

Rodzice mi przygadali, ze w tym wieku to ja nie mialam pojecia, co to Paryz, o Wiezy Eiffla nie wspominajac. Ale za to wiedzialam, co to jest Moskwa. Taka stara lodowka po dziadkach. Napis Mocква byl pierwszym, ktory potrafilam odczytac bukwami ;-)

A zamiast preludium deszczowego wystawialam 'Anie z Zielonego Wzgorza'. I o wplywie moich upodoban artystycznych na wydarzenia roku biezacego jeszcze napisze w osobnym wpisie!

niedziela, 4 kwietnia 2010

Wielkanoc w Polsce

... czyli wszystkie kolory wiosny